„Będą podnosić sprawy, wywołując spory w rządzie. Będą nastawiać ludzi przeciw sobie: jeden będzie krytykować drugiego. System osłabnie, a podziały będą narastać. W rezultacie tych podziałów emirat zostanie zniszczony. Ale gdy zachowa się jedność, a dystans między rządem a uczonymi zostanie wyeliminowany, gdy ci, którzy chcą wywołać podziały, zostaną powstrzymani, a rozziew między rządem a ludźmi zostanie zamknięty, gdy wyeliminuje się tych, którzy starają się te rozziewy tworzyć – jedność zostanie zachowana” – grzmiał talibski lider Hibatullah Achundzada na pochodzącym ze stycznia zeszłego roku nagraniu, które opublikowało BBC.
Połajanki przywódcy afgańskich bojowników, którzy od kilku lat kontrolują olbrzymią większość kraju, mogłyby uchodzić za tradycyjny lament autokraty żyjącego w realnej lub urojonej oblężonej twierdzy. Ale zdaniem brytyjskiej stacji – i wielu ekspertów – oznaczają one znacznie więcej: wewnątrz ortodoksyjnego reżimu zarysowują się podziały.
Frakcje nie tylko toczą spory o to, jak ma wyglądać wymarzony emirat. Próbują rozbudowywać podległe sobie „księstwa” w aparacie władzy, wydają sprzeczne decyzje, w coraz mniejszym stopniu komunikują sobie lub uzgadniają swoje poczynania, być może gdzieś za kulisami dochodzi do awantur, może nawet leje się krew. To jeszcze nie oznacza, że lada chwila kraj pogrąży się w kolejnej wojnie domowej – ale nawet te pęknięcia sugerują, że druga odsłona rządów ortodoksów może tylko symbolicznie przypominać tę pierwszą, z czasów mułły Omara.
Afganistan: buldogi pod dywanem
„Dwór w Kandaharze kontra Kabul” – w tak lapidarny sposób jeden z rozmówców BBC, prawdopodobnie powiązany z ugrupowaniem, opisuje podział. Pierwsza z tych frakcji jest oczywista: to tytułujący się emirem Achundzada oraz jego zwolennicy, którzy – niczym mułła Omar w latach 90. – wzgardzili kosmopolitycznym Kabulem. Grupa optuje za Afganistanem odciętym od świata, emiratem odzwierciedlającym realia opisane w Koranie i rządzonym przez autorytety religijne. Jej przedstawicielem jest także premier Mohammad Hassan Achund oraz szefowie kluczowych (z punktu widzenia kandaharskiego światopoglądu) resortów – sprawiedliwości i edukacji: Abdul Hakim Hakkani oraz Neda Mohammad Nadim.
Druga frakcja jest bardziej skomplikowana i mniej przejrzysta. Mają ją tworzyć m.in. wicepremier Abdul Ghani Baradar, szef MSW Siradżuddin Hakkani i minister obrony Mohammad Yaqub Mudżahid (syn mułły Omara). O ironio, ta grupka weteranów dżihadu – mimo niewątpliwego radykalizmu – widzi konieczność podtrzymywania relacji ze światem zewnętrznym i myśli kategoriami gospodarki – tak jak rozumie ją reszta świata, a wreszcie optuje za pozwoleniem kobietom na zdobywanie wykształcenia lepszego niż obecnie dopuszczalne podstawowe.
Dowodem na nieporozumienia między frakcjami może być incydent z września ubiegłego roku: nagle Achundzada zarządził odcięcie kraju od internetu i telefonii komórkowej. Po trzech dniach, także bez wyjaśnienia, łączność przywrócono. Informatorzy twierdzą, że Kabul zdecydował się na otwarty sabotaż decyzji Kandaharu. – Ledwie krok od rebelii – skwitował jeden z rozmówców BBC.
Inne źródła sugerują, że frakcji może być jeszcze więcej. „Pałac Prezydencki w Kabulu działa w ramach kompleksu czterech budynków, z których każdy ma odrębnie kontrolowaną sferę. Protokoły bezpieczeństwa wymuszają kontrole osobiste nawet w przypadku, gdy pracownicy jednego budynku idą do drugiego. W jednej z części pałacu urzęduje premier Achund, mułłowie Baradar i Yaqub wspólnie nadzorują drugą, wicepremier Maulvi Kabir dowodzi trzecią sekcją, a ostatnia działa pod okiem Siradżuddina Hakkaniego” – pisze Ahmed Ali, ekspert Pakistańskiego Instytutu Studiów nad Pokojem w Islamabadzie.
Według Alego w pałacowym kompleksie kręci się nieprzerwanie karuzela ideologii, ambicji i interesów, a jej obroty mogą być tym szybsze, że cały ruch talibów jest organizacją wysoce utajnioną. Ba, nie brakuje takich, którzy dopatrują się w tych swarach sygnałów nadchodzącej krwawej międzyfrakcyjnej rozprawy. Przykładem może być samobójczy zamach na ministra ds. uchodźców Chalila Ur-Rahmana Hakkaniego, przeprowadzony w grudniu 2024 r. Odpowiedzialność za atak wziął na siebie afgański odłam Państwa Islamskiego, który rywalizuje z talibami. Ale sam fakt, że minister i jego współpracownicy zginęli w budynku swojego resortu, może budzić podejrzenia co do udziału kogoś z wewnątrz.
Pęknięcia na monolicie talibów
„Odmienne okoliczności i lojalność wobec rozmaitych sieci powiązań podczas talibskiej rebelii (po 2001 r. – red.) w naturalny sposób wytwarzają rywalizację w łonie ruchu talibskiego” – stwierdza Hassan Abbas, ekspert z waszyngtońskiego National Defence University, w książce „The Return of the Taliban. Afghanistan After The Americans Left”.
Wydaje się to oczywiste, jeśli porównamy realia rebelii mułły Omara z lat 90. z tym, co nastąpiło po upadku jego reżimu. Zgodnie z najczęściej przyjmowaną wersją dziejów ruchu w 1994 r. jednooki duchowny z pewnym doświadczeniem z czasów dżihadu przeciw Rosjanom zorganizował pierwszą bojówkę mającą przywrócić porządek w okolicach Kandaharu. Do obrastającego w sławę oddziału przyłączali się uczniowie szkół religijnych (talibowie) z Afganistanu, a także Pakistanu, gdzie wielu z nich wcześniej było uchodźcami. Ruch rósł w siłę, a w podzielonym wówczas na kondominia rządzone przez lokalnych watażków kraju w zasadzie wkrótce nie miał równego przeciwnika; dwa lata po powstaniu talibowie weszli do Kabulu, a po kolejnych dwóch kontrolowali niemal cały Afganistan.
Główna różnica polega na tym, że rebelia mułły Omara rosła oddolnie, nie wchodząc w sojusze z żadnym z owych watażków. Owszem, z czasem pojawili się w jej szeregach niektórzy znani weterani walk z Armią Czerwoną, ale nie mieli oni na tyle silnej pozycji, by zagrozić Omarowi. Poza jego ówczesnym dworem w Kandaharze nie było innych ośrodków władzy.
Po upadku reżimu mułły Omara w 2001 r. realia zaczęły się zmieniać. Do śmierci w 2015 r. jednooki duchowny kontrolował rebelię, choć z coraz większym trudem – jego niegdysiejsi podwładni rozpierzchli się i zaczęli tworzyć własne ruchy zarówno w Afganistanie, jak i pakistańskim Peszawarze czy Kwecie. Amerykańskie wojska mogły być dla nich łatwym celem, lecz jednocześnie były nie do pokonania. Talibowie zaczęli więc obrastać sojuszami, takimi jak alians z siecią Hakkanich: w zasadzie klanową partyzantką z pogranicza Afganistanu i Pakistanu. Siradżuddin jest synem założyciela tej organizacji (Dżalaluddina, miał on umrzeć w 2018 r.), zabity w zamachu minister ds. uchodźców był bratem Dżalaluddina.
Struktura oparta na mniej lub bardziej autonomicznych grupach była jak hydra – obcięcie jednej z głów niewiele znaczyło. Z drugiej jednak strony zarządzanie nią było koszmarem. Przekonał się o tym pierwszy następca zmarłego Omara – mułła Mansur Dadullah. Został on ogłoszony w 2015 r. przywódcą przez talibów z pakistańskiej Kwety w pośpiechu, aby ubiec inne ośrodki organizacji. I zanim kilka miesięcy później zginął w ataku drona, doświadczył pewnej obstrukcji ze strony przedstawicieli tych struktur, z którymi nie konsultowano przekazania władzy.
Mułła i pretendenci
Achundzada pod tym względem był w uprzywilejowanej pozycji – uchodził za skutecznego mediatora między rozmaitymi strukturami rebelii. Zabiegał o poparcie dla swojej kandydatury w ramach ciągnących się tygodniami narad i poszukiwania sposobów, by zasygnalizować rozmaitym grupom, że ich wpływy pozostaną nienaruszone. W ramach tych negocjacji udało mu się wyeliminować konkurentów – m.in. Siradżuddina Hakkaniego czy Mohammada Yaquba Mudżhida. Ceną było zapewnienie ich o przyszłym udziale we władzy. Jedyna bezwzględna czystka, do jakiej wówczas doszło, dotyczyła współpracowników Mansura.
„Mają wspólny program i dzielą jedną wizję, zwłaszcza w sensie religijnym, ale prawdą jest też, że w czasie rebelii rośli w siłę odrębnie (…). Jedni są wierniejsi kandaharskim korzeniom niż inni, drudzy są sponsorowani przez Pakistan, kolejni są związani z Katarem, a wielu młodych bojowników urodziło się już po upadku pierwszego reżimu talibów w 2001 r.” – opisuje Abbas. Do tego dochodzą różnice korzeni: regionalnych, etnicznych czy plemiennych. Ale też zależności, można by rzec, korporacyjne: ambicje, żale, zazdrość, rywalizacje, pragnienie splendoru czy przywilejów. „Te różnice zostały następnie podkreślone konfliktami osobowości czy rozmaitymi preferencjami politycznymi” – dodaje Abbas, zaznaczając, że dynamika tych zależności przesądza dziś o procesach decyzyjnych pod Hindukuszem.
Dziś nie ulega już wątpliwości, że Achundzada cementuje swoje jedynowładztwo – być może wbrew nadziejom innych liderów, że będzie przywódcą sterowalnym. Jego dwór może się składać przede wszystkim z tych, którzy liczą na to, że bliskość z Achundzadą otwiera drogę do realnej władzy dziś i do zajęcia jego stanowiska w przyszłości (choć lider talibów ma dopiero 59 lat). Być może decyzje – a właściwie werdykty – wygłaszane w Kandaharze po części są formułowane przez współpracowników lidera w jego imieniu: uczestnicy spotkań z Achundzadą twierdzą, że mułła niewiele się podczas nich rusza, jeszcze mniej mówi, bardziej gestykuluje, co jego otoczenie próbuje interpretować. Zasłania twarz, obowiązuje zakaz robienia mu zdjęć. Podobno każdą swoją decyzję uzasadnia tym, co powie w „dniu sądu”. – Odpowiadam tylko przed Allahem. W dniu sądu zapyta, dlaczego nic w tej sprawie nie zrobiłem – powiada.
Adwersarze Achundzady mają jednak własne ambicje – Yaqub podobno wciąż uważa, że przywództwo talibów jest spadkiem, który mu się należy; Hakkani uważa, że ze względu na siłę i rolę, jaką jego klan odegrał w podtrzymaniu rebelii, powinien dziś mieć do powiedzenia więcej niż inni. Pierwszy nie unika TikToka, drugi podobno szybko przeobraża się w rasowego polityka. Z kolei Baradar był jednym z pierwszych towarzyszy mułły Omara, uchodzi za współzałożyciela ruchu i z tego tytułu uznaje, że powinien być co najmniej premierem. Podobno gdy mianowano go wiceszefem rządu, obraził się na towarzyszy i przez kilka miesięcy nie przychodził na obrady gabinetu. Plotkuje się wręcz, że wicepremier wdawał się w pyskówki z innymi liderami talibów, a niektóre usiłował rozstrzygnąć pięścią. Warto też dorzucić, że frakcja kabulska to też ludzie, którzy częściej niż Kandaharczycy wyjeżdżali za granicę i są bardziej otrzaskani z tym, jak nowoczesny kraj muzułmański – nawet konserwatywny – może wyglądać, vide Katar.
Peaky Blinders w czasach głodu
Tyle że między Katarem a Afganistanem zieje przepaść jak między Luksemburgiem a Somalią, może nawet większa. Już w 2022 r. ONZ ogłosiła, że kraj ten znajduje się w kryzysie humanitarnym bez precedensu w historii: szacowano, że 95 proc. rodzin nie ma co jeść. Kataklizmy naturalne – głównie upał i powodzie – dodatkowo rujnują rolnictwo. Izolacja, głównie za sprawą decyzji dworu kandaharskiego, pogłębia kryzys finansowy, upadek gospodarki, wypycha spod Hindukuszu organizacje humanitarne, doprowadziła do praktycznej likwidacji formalnej bankowości oraz inflacji. Do tego Kabul nie utrzymuje żadnych formalnych kontaktów dyplomatycznych z innymi państwami.
Na początku tego roku władze – już tradycyjnie, bez jakichkolwiek zapowiedzi – ogłosiły wejście w życie nowego kodeksu karnego. Trzy sekcje, 10 rozdziałów, 119 artykułów, przeważnie wyliczenie kar i odniesienie ich do ogólnych kategorii przestępstw typu „grzech”, „niemoralność”, „zepsucie”. Pełną parą powracają takie formy dyscyplinowania Afgańczyków, jak amputacje czy chłosta, a społeczeństwo już zostało podzielone na grupy – uczonych (jak można zakładać, teologów), elitę (rebeliancką), klasę średnią i niższą. Wymiar kary będzie się różnić w zależności od tego, do której z tych klas przypisany zostanie podsądny, np. uczonych nie można kamienować. Powraca też podział na „prawdziwych muzułmanów” i „heretyków”. Ba, w niektórych artykułach kodeksu użyto odniesienia do niewolnictwa, co źle wróży tym, którzy zostaną przypisani do klasy niższej. I władze żwawo wprowadzają nowy kodeks w życie: jak doliczyła się prywatna stacja Amu TV, w ciągu kilku ostatnich tygodni w 17 z 34 prowincji poddano chłoście co najmniej 140 osób (chłosta była stosowana już od 2023 r., ale wtedy na znacznie mniejszą skalę). – Spychają kraj do średniowiecza – podsumował we wpisie na portalu X Asif Durrani, były specjalny przedstawiciel Pakistanu w Afganistanie.
W tym kontekście fakt, że to edukacja kobiet jest najbardziej dzielącym talibów problemem, może się wydawać nieco zaskakujący. Świat Afganek kurczy się jednak w szybkim tempie: rychło po przechwyceniu władzy zaczęto im odcinać dostęp do kształcenia – najpierw wyższego, potem średniego. Według UNESCO około 2,2 mln dziewcząt zablokowano w ten sposób edukację ponadpodstawową. Od 2022 r. kobiety nie mogą wchodzić do parków ani korzystać z sal gimnastycznych czy siłowni. Kurczy się też dla nich rynek pracy zarówno w biznesie, jak i w sferze publicznej, np. edukacji czy służbie zdrowia. – To płciowy apartheid – oficjalnie skwitowała ONZ.
Ów apartheid dzieli talibów być może dlatego, że doniesienia dotyczące ograniczania praw kobiet są najbardziej nośne: kolejne rygory są nagłaśniane przez media na świecie. Oburzenie wyrażają nawet najważniejsi partnerzy Afganistanu – Katar i Chiny. Frakcja kabulska, której bliżej do myślenia w kategoriach wzrostu gospodarczego, zdaje sobie też sprawę, że wyeliminowanie z rynku pracy połowy dorosłego społeczeństwa będzie oznaczać pogłębianie zapaści gospodarczej. Według Abbasa to właśnie kobiety i gospodarka wyznaczają dwie kluczowe sfery sporów wewnątrz reżimu.
Tyle że cały Afganistan zapewne trochę talibom odjechał: w ciągu 20 lat wspieranych przez USA prozachodnich rządów kraj zmieniał się szybciej, niż talibscy mułłowie byli w stanie odnotować. Pod Hindukuszem, zwłaszcza w dużych ośrodkach miejskich, wyrosła generacja Afgańczyków, którzy nie pamiętają wojny z Rosjanami czy rządzącej rychło po niej ekipy mułły Omara. Afgańskie zetki i alfy jeszcze kilka lat temu uczestniczyły – na tyle, na ile to było możliwe – w globalnym obiegu kultury, przynajmniej tej popularnej. Kilka tygodni temu talibowie zatrzymali grupę 20-latków w prowincji Herat, którzy przebierali się i fotografowali w strojach nawiązujących do gangsterskiego serialu „Peaky Blinders” (osadzonego w realiach brytyjskiego Birmingham lat 20. XX w.). – Dżinsy byłyby akceptowalne, ale wartości tego serialu są przeciwne afgańskiej kulturze – gimnastykował się intelektualnie lokalny rzecznik reżimu, komentując zatrzymanie. Zatrzymanych poddano rehabilitacji.
Przepaść między na poły średniowiecznym reżimem a wielkomiejską młodzieżą istniała oczywiście również za rządów mułły Omara. Jednak ta obecna wydaje się głębsza, gdyż 20 lat temu wystarczyło spalić książki i płyty, żeby odciąć Kabulczyków czy Heratczyków od złowieszczych wpływów Zachodu. Dziś trzeba byłoby ich odciąć od internetu, czego bezskutecznie próbowano już zeszłej jesieni. Cóż, może frakcja kabulska też lubi po kryjomu obejrzeć „Peaky Blinders”. To byłby mikry, ale zawsze, promyk nadziei. ©Ⓟ