Kiedy zobaczyłem „Życie codzienne kobiet w PRL” na liście zapowiedzi wydawniczych PIW, przyszło mi do głowy, że to przedsięwzięcie z gatunku niemożliwych do realizacji. Owszem, może od biedy w wielotomowej serii monografii. Ale w ramach jednej książki, liczącej z przypisami 450 stron (co prawda drobnym drukiem)?
Potem jednak pomyślałem, że Błażej Brzostek, historyk o dużej wyobraźni i ciekawym warsztacie, może dać radę. Ostatecznie obcował już z tematyką życia codziennego („Za progiem. Codzienność w przestrzeni publicznej Warszawy lat 1955−1970”, Trio 2007) – a to odrębny podgatunek pisarstwa historycznego. Ma doświadczenie w pracy nad monografią wymagającą szeroko zakrojonej roboty porównawczej na źródłach (znakomite „Paryże innej Europy. Warszawa i Bukareszt, XIX i XX wiek, W.A.B. 2015). Potrafi porządkować fakty i narracje w interesujący formalnie sposób (weźmy „Wstecz. Historia Warszawy do początku”, Muzeum Warszawy 2021 – książkę ułożoną, zgodnie z tytułem, w porządku odwrotnym, od czasów współczesnych do późnego średniowiecza; przy jej lekturze zdejmuje się z miasta, które znamy, kolejne warstwy zdarzeń i kultury materialnej). Brzostek jest przy tym erudytą nielubiącym chodzić utartymi ścieżkami.
PRL: zwyczajne, przewidywalne, rutynowe
Jak więc wyszło? Wyszło dobrze. Niemniej trzeba, konsumując „Życie codzienne kobiet w PRL”, mieć świadomość rozmaitych założeń Brzostka – i zaakceptować je.
Po pierwsze, autor jest mężczyzną; gdyby wziął się do pisania herstorii, byłaby to zbędna uzurpacja. „Życie codzienne kobiet w PRL” mieści się w szeroko pojętym nurcie feministycznym – jednym z głównych tematów tej książki jest odsłanianie niewidocznych struktur władzy determinowanej przez kulturowy porządek płci – ale nie skupia się na dyskursie emancypacyjnym. Innymi słowy, nie chodzi tu o odkrywanie pionierskich wzorców kobiecego buntu, lecz o coś przeciwnego: opisanie losu kobiet prowadzących życie najzupełniej przeciętne i zazwyczaj traktujących wspomniany kulturowy porządek płci jako zjawisko przynależne do natury rzeczy. Tym ciekawsze wydają się więc przywoływane przez Brzostka przypadki społecznego nieposłuszeństwa – są bowiem aktem przełamania rzeczywistego tabu.
Z tego samego powodu – po drugie – „Życie codzienne kobiet w PRL” nie jest historią elit, stara się bowiem traktować z równą uwagą biografię warszawskiej pisarki, łódzkiej szwaczki i gospodyni domowej ze Stalowej Woli. Brzostek to historyk, ale ma temperament socjologa: gdy wspomina o „życiu codziennym”, traktuje to wyzwanie serio, jako próbę ujęcia tego, co zwyczajne, przewidywalne, rutynowe. Socjolog, by użyć pewnej metafory, do roboty zakłada okulary, przez które widzi tylko to, co mieści się statystycznie w granicach dwóch odchyleń standardowych od średniej. Dzięki temu – przy rozkładzie normalnym próby – dostrzega 95 proc. rzeczywistości. Oczywiście, w pozostałych pięciu procentach wiele się dzieje, ale o nich pisze już ktoś inny.
Zanurzenie w chłodnej materii „zwykłego”, „typowego” życia przywodzi mi na myśl „Lata” francuskiej prozaiczki Annie Ernaux (przeł. Magdalena Budzińska, Krzysztof Jarosz, Czarne 2022), autobiograficzną próbę opowiedzenia „o istnieniu poszczególnym, lecz jednocześnie wtopionym w historię pokolenia”. Język francuski dysponuje wspaniałym zaimkiem „on” (jak w zwrotach „On y va?” – „Idziemy?”, albo: „On fait des courses pour le dîner” – „Robimy zakupy na kolację”), który umożliwia mówienie o „nas” bez użycia słowa „my”, wytwarzając przy okazji szczególne poczucie bezosobowej wspólnoty. Ernaux, która w „Latach” wyciska z tego zaimka siódme poty, dostała, zresztą słusznie, literackiego Nobla za swoje pisarstwo, a „Życie codzienne kobiet w PRL” to po prostu rzeczowa praca popularnonaukowa. Zdaję sobie sprawę z ryzykownego porównania. Chcę tylko podkreślić ten szczególny, pozornie nieczuły rodzaj spojrzenia.
Codzienność, a może kierat
Warto tu zresztą przywołać kolejnego Francuza, socjologa Pierre’a Bourdieu, i jego koncepcję habitusu. Habitus nie jest ustalonym zbiorem praw i norm, lecz układem sposobów postrzegania świata, reguł myślenia i wzorców postępowania – takich jednak, które często pozostają nie w pełni wyartykułowane i nazwane. Habitus zmienia się w czasie, również niespostrzeżenie, dotyczy bowiem tego, co rutynowe, przynależne do stałego programu. Jednostka ma w gruncie rzeczy nieograniczone możliwości działania, o wielu z nich nie będzie jednak umiała nawet pomyśleć, właśnie z uwagi na ograniczenia habitusu.
Socjologia Bourdieu – także jego idee reprodukcji społecznej – stanęła mi przed oczami, jak tylko zorientowałem się w specyficznej konstrukcji książki Brzostka. Autor, świadom, że stara się ogarnąć naraz wiele mocno różniących się środowisk i okresów historycznych – PRL nie był przecież jednolity, miał swoją stratyfikację i dynamikę – próbuje wyodrębnić to, co w kobiecych losach powtarzalne, i oddzielić od tego, co narracyjne. Dostajemy więc, ujęte w formie krótkich esejów, „Cykle” i „Pory”, przedzielone „Liniami”.
W „Cyklach” i „Porach” Brzostek stara się pokazać mechanikę (a może kierat) codziennego życia w autorytarnym państwie z reformatorskimi ambicjami tworzenia nowej, racjonalnej rzeczywistości: w PRL-u nawet książka kucharska, jedna z ulubionych lektur mojego dzieciństwa, miała 200 stron wstępu teoretycznego na temat ergonomii przestrzeni kuchennej i technologii przyrządzania posiłków. To jest rzecz bardzo à la Bourdieu, co przecież nie odbiera jej oryginalności i przenikliwości.
W „Liniach” natomiast autor opowiada, zgodnie ze strzałką czasu, o metamorfozach owego życia, kolejnych przypływach (i odpływach) nowoczesności, które najpierw dawały PRL-owi legitymizację, potem zaczęły go niszczyć od wewnątrz, o niespodziewanych skutkach ubocznych wymuszanych odgórnie zmian, wreszcie: o dosłownym i metaforycznym bankructwie całego projektu.
Zagadnienia biopolityki w PRL
Gdy się już obłaskawi tę osobliwą formę, „Życie codzienne kobiet w PRL” zaczyna odkrywać przed nami rozmaite fascynujące prawdy. PRL był przestrzenią autentycznej modernizacji, zarówno tej planowo-technokratycznej, jak i tej spontanicznej, nieprzewidzianej przez towarzyszy z KC. Ten pierwszy wymiar był jednak niemal całkowicie zdominowany przez mężczyzn: PRL był ludową republiką facetów, zamieszkiwaną również przez kobiety. Ale to mężczyźni rządzili, stanowili prawo, byli dyrektorami i inżynierami; zajmowali się również wymyślaniem i wdrażaniem przyszłości. Gdy zaś kobiety pragnęły odwołać się do jakichś alternatywnych autorytetów, także trafiały na mężczyzn, tyle że w sutannach.
Brzostek pokazuje, że owa modernizacja, także odnośnie do ról płciowych, odbywała się skokami – czasami w tempie, który przerażał samych projektantów i wywoływał moralną panikę (migracje wyrywających się spod męskiej kurateli młodych kobiet nie są wyłączną specyfiką naszych czasów), czasami pod prąd (jak w latach 70. i 80., po katastrofie gierkowskiego sockonsumpcjonizmu, gdy następował w gruncie rzeczy zrozumiały nawrót do tradycjonalizmu i religijności), zwykle jednak w ramach reguł gry wyznaczanych przez mężczyzn.
Dzięki przyglądaniu się z bliska materii życia (pozostaję pod wrażeniem pracy archiwalnej) autor wnika głęboko w zagadnienia biopolityki: można całą historię PRL-u opowiedzieć przez dzieje przemian ciała kobiety, przemocy wywieranej na tym ciele, a także moralnych i instytucjonalnych roszczeń względem niego. Dyktatura w PRL-u nie polegała tylko na tym, że państwo na różne sposoby terroryzowało obywateli – jeśli się zejdzie na niższe poziomy obserwacji, można opisać dyskretne metody funkcjonowania dyktatury mężczyzn w obrębie zakładu pracy, uczelni, szpitala położniczego, rodziny, wreszcie: łóżka, na którym uprawia się seks (Brzostek z uwagą bada kwestię antykoncepcji i aborcji w Polsce Ludowej).
Na koniec wspomnę o tym, że „Życie codzienne kobiet w PRL” rozprawia się z kobietami na traktorach – jednym z najskuteczniejszych propagandowych (oczywiście męskich) oszustw stalinizmu. „Mitem traktorzystki byłoby (...) sprzężenie pojęcia nowoczesności i postaci kobiety, jej sprawczej roli przy kierownicy i zastałej wyobraźni wiążącej kobietę z pracami służebnymi, ukazanie aktywnej roli traktorzystki w zmianie rzeczywistości” – pisze autor. „Na początku lat pięćdziesiątych w polskim rolnictwie pracowało ok. 7 mln ludzi, a siłę pociągową stanowiło 2,7 mln koni. Traktorów w 1952 r. było ok. 37 tys. Innymi słowy, można było w tym czasie przez cały dzień przemierzać wsie polskie, oglądając rzesze ich mieszkańców i niezliczone konie na szosach i w polu, i nie ujrzeć ani jednego traktora”. ©Ⓟ