Tu nie chodzi o realizm, lecz o optymalizację. Od razu jasno powiem: wszyscy chcemy świata sprawiedliwego, nikt z nas nie chce niszczyć przyrody i Ziemi. W gruncie rzeczy popieram idee stojące za programem zrównoważonego rozwoju. Ale pisząc książkę z perspektywy jednego z dyrektorów funduszu BlackRock, uświadomiłem sobie, że cała struktura i paradygmat stojące za inwestowaniem ESG – czyli inwestowaniem w kwestie środowiskowe, społeczne i ład korporacyjny – nie dają lepszych rezultatów środowiskowych, społecznych i wyższych stóp zwrotu. Nie wystarczy wycofać kapitału z branż takich, jak wydobycie ropy, by oczyścić powietrze. Owszem, można się wyzbyć brudnych aktywów, aby stworzyć zielony portfel, ale to nie sprawi, że nasz świat będzie czysty. Zielony świat można stworzyć tylko poprzez realne i dobrze zaprojektowane inwestycje.
O to i o to. Przekonywano nas, że jeśli nie wydamy miliardów na transformację energetyczną – na porzucenie paliw kopalnych i skoncentrowanie się wyłącznie na źródłach bezemisyjnych: czy to jądrowych, czy w dużej mierze odnawialnych, takich jak energia wiatrowa i słoneczna – to kondycja świata ulegnie silnemu pogorszeniu. Tymczasem to założenie jest już sfalsyfikowane. Okazuje się, że nie ma czegoś takiego jak pełna transformacja energetyczna. Nie zużywamy dziś mniej ropy i gazu niż wcześniej. Przeciwnie – jeśli spojrzymy na prognozy Międzynarodowej Agencji Energii, zużycie ropy naftowej i gazu będzie rosło w kolejnych dekadach.
I bardzo dobrze, że tak się dzieje, bo globalny popyt na energię elektryczną również rośnie. Problem polega na tym, że tempo wzrostu podaży energii odnawialnej nie przewyższa tempa wzrostu zapotrzebowania. Tam, gdzie korzysta się z większej różnorodności źródeł energii, jej ceny są niższe. Chiny masowo rozwijają odnawialne źródła energii, ale jednocześnie budują elektrownie węglowe i jądrowe. Pekin zasługuje na duże uznanie za to, że konsekwentnie dąży do obfitości energii. Ceny energii elektrycznej zarówno w USA, jak i w Chinach stanowią mniej niż jedną czwartą poziomu cen obowiązujących w większości krajów Europy. Obciążanie europejskich producentów i obywateli znacznie wyższymi cenami energii elektrycznej nie służy ani im samym, ani waszym gospodarkom. Co więcej, nie sprzyja to również realizacji celów zrównoważonego rozwoju.
Dziś wiemy już, że optymalny miks energetyczny dla każdego kraju musi spełniać co najmniej trzy kluczowe kryteria: musi być przystępny cenowo, niezawodny i odporny.
Oczywiście, energia powinna być także możliwie jak najczystsza, jednak to właśnie niezawodność, przystępność cenowa i odporność muszą stanowić fundament każdej wysoko wydajnej gospodarki. To są trzy podstawowe kategorie, do których każde społeczeństwo powinno dążyć – i konfiguracja tych elementów będzie różna w zależności od kraju. Nie obwiniajmy Indusów za ich wysokie zużycie węgla. To jest zasób, którym dysponują. Dzięki temu nie muszą polegać na zagranicznych dostawcach w takim stopniu, w jakim Europa była zmuszona polegać chociażby na imporcie gazu ziemnego z zewnętrznych źródeł. Pamięta pan awarię zasilania, do której doszło w Europie latem 2025 r.?
I w Portugalii. W efekcie zginęło osiem osób. Doszło do gwałtownego zdarzenia, które w istocie wynikało z funkcjonowania sieci opartej w nadmiernym stopniu na odnawialnych źródłach energii. Jest w tym pewna ironia, jeśli chodzi o energię słoneczną. Gdy nie ma słońca – system nie produkuje energii. Ale gdy słońce się pojawia, często w sposób nieprzewidywalny, powoduje to ogromną zmienność w systemie. I właśnie ta zmienność uruchomiła kaskadę problemów.
Bądźmy ostrożni w posługiwaniu się pojęciem centralnego planowania. Każdy naród musi myśleć np. o swojej obronności, a przecież to również jest forma centralnego planowania. Lepiej mówić o zdrowym rozsądku. Nie ma zasadniczej różnicy między bezpieczeństwem militarnym, gospodarczym a energetycznym. W każdym z tych obszarów trzeba myśleć kategoriami bezpieczeństwa, a dokładniej kategoriami niezawodności. To, co wydarzyło się na kontynencie europejskim po całkowicie nieuzasadnionej inwazji Putina na Ukrainę, dobitnie pokazało, że zbyt wiele krajów Europy było nadmiernie uzależnionych od Rosji. Od tego momentu Europa mierzy się z ogromnym problemem: jak zastąpić partnera, którego uznawano za wiarygodnego, a który takim się nie okazał. Niestety, dostosowanie europejskiej energetyki do tej nowej sytuacji ujawniło niespójności w procesach planowania narodowego. Byliśmy świadkami, jak Niemcy wyłączały elektrownie węglowe i jądrowe w tym samym momencie, w którym próbowały uniezależnić się od rosyjskich dostaw.
Cóż, w Europie powszechnie przyjęto założenie, że cele klimatyczne mają charakter egzystencjalny. Że jeśli ich nie osiągniemy, ludzkość poniesie ogromne koszty: ekonomiczne, środowiskowe i społeczne, których nie da się udźwignąć. A zatem, że miliardy inwestycji w odnawialne źródła energii są konieczne. W rzeczywistości nie istnieją dane, które uzasadniałyby prognozy o charakterze katastroficznym. Swoją drogą, właśnie zakończyliśmy w Stanach Zjednoczonych rok rekordowych zbiorów. Ani jeden huragan nie uderzył w kontynent. Ani jeden. Wszystkie te fakty stoją w sprzeczności z narracją o nieuchronnej katastrofie klimatycznej, którą tak wielu ludzi powtarza bezrefleksyjnie. I proszę mi powiedzieć, czy o tym informowano? Czy pojawił się artykuł na pierwszej stronie „The New York Times”, mówiący: „Katastrofa klimatyczna została wyolbrzymiona, a my mamy rekordowe zbiory”? Oczywiście, że nie. Wszyscy chcemy czystego powietrza. Wszyscy chcemy czystej wody. Wszyscy popieramy umiarkowane użytkowanie gruntów i zrównoważony rozwój. Wszyscy powinniśmy być bardzo uważni na szkody wynikające z nadmiernej konsumpcji. Ale jednocześnie powinniśmy zachować znacznie większą pokorę wobec rzeczywistych rezultatów naszych działań.
Rządy nie są szczególnie dobre w przewidywaniu długoterminowych rezultatów swoich działań. Rynek również nie zawsze ma rację, ale istnieje jedna istotna różnica. Kiedy ludzie inwestują własny kapitał, są zazwyczaj znacznie bardziej racjonalni w ocenie realnych kompromisów między ryzykiem a zyskiem niż ci, którzy – używając sformułowania Margaret Thatcher – inwestują cudze pieniądze. Przypomnijmy sobie miliardy wydane we Francji na rozwój systemów komputerowych firmy Bull SAS. Inwestycje państwowe doprowadziły do jej upadku, ponieważ projekt nie reagował na realia rynkowe. Nie musiał, skoro państwo dawało pieniądze… Spójrzmy dziś na katastrofę związaną z milionami niesprzedanych samochodów elektrycznych, które gniją na parkingach i w magazynach producentów także w Chinach i USA. Okazuje się, że rozwój tych pojazdów, który odbywał się przecież przy istotnym koszcie środowiskowym, nie spotkał się z wystarczającym zainteresowaniem konsumentów. Zrównoważony rozwój i stabilność w ogromnym stopniu zależą od rentowności. Jeśli nie reagujesz na realia rynku, nie istnieje rząd, który miałby nieskończone zasoby, by dotować przegrywające technologie, firmy i pomysły.
Jest absolutnie jasne, że kapitalizm odnosi ogromne sukcesy w alokacji kapitału w sposób maksymalizujący zysk, co prowadzi do wzrostu. Równie jasne jest to, że niekontrolowany kapitalizm generuje co najmniej dwa poważne efekty zewnętrzne, które wymagają interwencji państwa. Są nimi nierówności dochodowe i degradacja środowiska. Bardzo niewiele firm prywatnych, jeśli nie zostaną obciążone mechanizmami takimi jak podatek węglowy, powstrzyma się przed współtworzeniem tego, co ekonomiści nazywają tragedią wspólnego pastwiska. Mogę wyrzucać odpady do oceanu i nikt się o tym nie dowie. Mogę zanieczyszczać powietrze i również może to pozostać bez reakcji. W pewnym momencie społeczeństwo musi zdecydować, czy akceptuje takie zachowania. Jeśli nie, najlepszym narzędziem korekty jest opodatkowanie i uczynienie z tej działalności kosztu. Wysokie podatki oznaczają mniej aktywności. Zerowe podatki od zanieczyszczeń oznaczają więcej zanieczyszczeń. Rozważne zaprojektowanie tych mechanizmów jest zadaniem dalekowzrocznego rządu. Jednak co do zasady odpowiedzią na problemy kapitalizmu jest – i to może brzmieć absurdalnie – więcej kapitalizmu.
Wyjaśnię. Weźmy nierówności dochodowe. W grudniu Michael i Susan Dellowie przelali 6,25 mld dol. na konta inwestycyjne najuboższych Amerykanów, umożliwiając im uczestnictwo w rynku kapitałowym. Dellowie to kapitaliści, którzy w kapitalistyczny sposób zarządzili swoją własnością dla dobra wspólnoty. A teraz dobrowolnie zdemokratyzowali własne bogactwo. Słowem, są wśród kapitalistów – i jest ich wiele – osoby, które chcą pomagać innym. Kluczowe jest, żeby te inicjatywy faktycznie realizowały deklarowane rezultaty. Jeśli ktoś chce przeznaczyć kapitał na wsparcie mieszkalnictwa socjalnego, oczyszczenie oceanów z plastiku, ograniczenie emisji CO2 czy równość szans, to powinien mieć możliwość sprawdzenia, czy dany fundusz rzeczywiście robi to, co obiecuje. To, co robisz ze swoim kapitałem, ma znaczenie. Nie istnieje krańcowa stawka podatkowa, która zaprowadzi cię do nieba. Oddanie pieniędzy rządowi nie zwalnia cię z odpowiedzialności moralnej. Musisz to zrobić sam: intencjonalnie dążyć do coraz lepszych rezultatów.
Mam na to dwie odpowiedzi. Jako inwestor, czyli jako ktoś, kto ocenia spółkę pod kątem tego, czy chciałbym ją posiadać, czy nie – tak, taka dodatkowa informacja płynąca z raportów ESG podoba mi się. Natomiast jeśli chodzi o optymalizowanie wyników społecznych i ekonomicznych, to podkreślam raz jeszcze, że wszyscy powinniśmy być głęboko sceptyczni wobec rzeczywistych możliwości paradygmatu ESG. Nawet Alex Edmans, profesor na London Business School, który był kiedyś gorliwym orędownikiem ESG, jest dzisiaj sceptyczny. Napisał bardzo ważny esej w „The Wall Street Journal” zatytułowany „The Progressive’s Case Against ESG”. W gruncie rzeczy puenta artykułu jest taka: trzy czynniki – środowiskowy, społeczny i ładu korporacyjnego – mogą być ważne, ale nie są to jedyne ważne obszary. Jeszcze ważniejsze bywa to, czy firma działa na rozwijającym się rynku, czy mądrze zarządza kapitałem, czy konsekwentnie analizuje dynamikę podaży i popytu, czy jest gotowa na adaptację przełomowych technologii. Innymi słowy, przedkładanie ESG ponad inne czynniki tworzące realną wartość zniekształca zdolność do wybierania najlepszych możliwości w relacji ryzyka do zysku. Dziś istnieje już wystarczająco dużo danych mówiąc np., że różnorodność płciowa w zarządach nie przekłada się automatycznie na lepsze wyniki ekonomiczne i wyższe ceny akcji, a te, nawiasem mówiąc, wciąż są miarą, według której oceniamy rezultaty w sposób zrównoważony. Mógłbym podać więcej przykładów, w których sygnały ESG okazywały się niszczące, a nie budujące wartość. W Stanach Zjednoczonych bardzo znanym przypadkiem była kampania reklamowa piwa Bud Light. W trosce o inkluzywność firma Anheuser-Busch, właściciel najlepiej wówczas sprzedającego się piwa w Ameryce, postanowiła wprowadzić do reklamy osobę o „nietypowym” profilu, wychwalającą zalety produktu. Była to osoba transpłciowa. Założenie było takie, że dzięki dotarciu do grupy postrzeganej jako wykluczona firma rozszerzy dystrybucję. Po tej kampanii sprzedaż Bud Light spadła o niemal 30 proc. i nigdy się już nie podniosła.
Powiem tak: nie jest rolą biznesu zmniejszanie ilości plastiku w oceanach czy korygowanie nierówności dochodowych. To nie jest ich podstawowa rola. Jeśli biznes i finanse mają w tym uczestniczyć, powinno się to dziać poprzez tworzenie lepszych firm, a ESG nie jest najlepszą ku temu drogą. Drogą do tego jest świadomość, że zysk nie bierze się z działań opartych na chciwości. Weźmy Walmart. Sieć ta oferuje pracownikom możliwość zdobycia dyplomu ukończenia szkoły średniej i pomaga im przygotować się do egzaminów wstępnych na studia. Ktoś mógłby powiedzieć, że to marnowanie pieniędzy. W rzeczywistości okazuje się coś przeciwnego: taka praktyka buduje lojalność i przyciąga do Walmartu talenty, które w przeciwnym razie mogłyby odejść. Finalnie przekłada się to na lepszą wydajność pracowników. Pamięta pan tekst Miltona Friedmana „Społeczna odpowiedzialność biznesu polega na zwiększaniu zysków”? Ja skłaniam się ku temu punktowi widzenia, ale dodam do tego moją katolicką wrażliwość: jednostki i rządy muszą reagować na nadużycia i koszty społeczne, które mogą wynikać z istotnych sygnałów płynących z rynku prywatnego.
Wydaje mi się, że ten stereotyp jest daleki od prawdy. Mam same pozytywne rzeczy do powiedzenia o Larrym Finku (założyciel i szef BlackRock – red.) i moich byłych kolegach. Stereotyp na temat dużych funduszy jest wyrazem głębokiej nieufności wobec systemu. W jej konsekwencji rodzą się rozmaite teorie spiskowe. Jako były członek najwyższego szczebla kadry kierowniczej BlackRock mogę powiedzieć, że każdego dnia budziliśmy się z poczuciem odpowiedzialności. Odpowiedzialności wobec klientów, wobec akcjonariuszy, wobec współpracowników, wobec całego społeczeństwa. Jaką rolę – jako największy na świecie zarządzający aktywami – powinniśmy odgrywać, aby służyć wszystkim tym interesariuszom? To jest właśnie dobrze rozumiana idea kapitalizmu interesariuszy.
Oczywiście, że mają na koncie wiele błędów. Jednym z nich było zredukowanie roli ich realnych właścicieli w procesie decyzyjnym. Fundusze i korporacje są w istocie własnością inwestorów – zarówno osób fizycznych, jak i instytucji. To akcjonariusze formalnie decydują o składzie rad dyrektorów i głosują nad kluczowymi uchwałami korporacyjnymi. Od tego modelu w pewnym momencie zaczęto odchodzić. W praktyce część decyzji zaczęły podejmować wyspecjalizowane podmioty doradcze, takie jak firmy rekomendujące sposób głosowania. W przypadku największych firm zarządzających aktywami kwestie ładu korporacyjnego zostały w dużej mierze wchłonięte przez same instytucje zarządzające. W efekcie przez pewien czas, który jest już raczej przeszłością, część dużych instytucji wykorzystywała swoje prawo głosu w sposób, który niekoniecznie maksymalizował długoterminowy interes właścicieli aktywów, czyli ich klientów. Sedno zmiany polega na tym, że dziś w obszarze głosowań wprowadzono zasadę wyboru po stronie inwestora. Jeśli np. inwestor kieruje się określonymi przekonaniami moralnymi czy religijnymi, może zdecydować, aby jego akcje były głosowane zgodnie z tymi zasadami, a nie według narzuconej linii. To szczególnie ważne w Europie, gdzie świadomość tego, kto faktycznie głosuje w imieniu właścicieli kapitału, jest nadal niewielka. Warto pamiętać, że zdecydowana większość kapitału w dużych funduszach należy do przyszłych emerytów. To pieniądze ludzi, którzy będą ich potrzebować za 10, 20 czy 30 lat. Obowiązkiem zarządzających nie jest realizowanie celów politycznych czy społecznych, lecz działanie zgodnie z wolą klientów. Ich odpowiedzialność polega na tym, by robić z powierzonym kapitałem dokładnie to, czego życzy sobie jego właściciel.
Elity z Davos popełniły w ostatnich latach wiele błędów. Dwa z nich to utożsamienie Davos z kapitalizmem interesariuszy oraz przyjęcie niewłaściwego paradygmatu energetycznego. Elity z Davos bardzo mocno forsowały zastąpienie ropy i gazu większym udziałem OZE w ramach ratowania świata przed katastrofą. Larry jest dziś u steru i próbuje łączyć bardzo zróżnicowany zestaw idei tak, by Davos osiągnęło to, do czego od dawna aspirowało: do wypracowania cywilizacyjnej perspektywy, która umożliwi optymalny rozwój człowieka. Davos musi powrócić do tego, co lubię nazywać radykalnym środkiem. Myślę, że byłoby korzystne również uznanie duchowych potrzeb ludzkości – ale to temat na znacznie dłuższą dyskusję. ©Ⓟ