Przechył na rzecz kapitału prowadzi do strukturalnego niedoboru popytu, hamuje wzrost i skłania władze do akceptacji deficytu. Ponadto grozi społeczną i polityczną niestabilnością, a jeżeli ma trwały charakter, to podważa czy zgoła przekreśla zasadę równego startu.

Ryszard Bugaj, ekonomista

Ryszard Bugaj, ekonomista

źródło: Newspix

Przechył na rzecz pracy również jest niebezpieczny. Podważa konkurencyjność gospodarki i na ogół prowadzi do inflacji, tłumionej potem restrykcyjną polityką pieniężną godzącą we wzrost.

Mechanizm równoważenia interesów pracy i kapitału to więc warunek sukcesu rozwojowego. Niełatwo go ustanowić, bo nie sposób obiektywnie odpowiedzieć na pytanie o optymalny podział dochodów. Nie jest też oczywiste, jaka formuła rynku pracy jest dobra dla rozwoju.

Nie zawsze, a może tylko rzadko, działał sprawny mechanizm godzenia interesów pracy i kapitału. Raczej nie działał przed drugą wojną światową, a konflikt między pracownikami (robotnikami) a przedsiębiorcami przybierał destrukcyjne formy. Można chyba zaryzykować twierdzenie, że działający wtedy omnipotentny rynek, mimo ostrych incydentalnych interwencji, tej funkcji sprawnie nie wypełniał.

Po wojnie, przez blisko trzy dekady, w zasadzie panował pokój społeczny. Zapewniły to rozbudowa opiekuńczego państwa i redystrybucja dochodów. Zostało też w pełni uznane prawo pracowników reprezentowanych przez związki zawodowe do zbiorowego działania, czyli w pewnym sensie niezgodnie z zasadą wolnej konkurencji. Te zmiany poszły bardzo daleko. Związki zawodowe w niektórych krajach objęły kierowniczą rolę. Punkt zwrotny przyszedł wraz z Thatcher i Reaganem, a strukturalnemu osłabieniu środowisk pracowniczych na pewno sprzyjały procesy globalizacji. W wielu krajach reprezentacja pracowników uległa osłabieniu. Ale nie wszędzie tak się stało. W wielu krajach związki zawodowe obroniły swoją pozycję. Są ważną stroną w procesie uzgadniania polityki społeczno-gospodarczej, choć o jej ostatecznym kształcie decydują rząd i parlament.

W Polsce w toku transformacji nie wykształcił się wyrazisty model uzgadniania interesów pracy i kapitału. Ze względu na historyczne zaszłości w porządek prawny (łącznie z konstytucją) wpisane zostały „partnerskie prawa” związków zawodowych. Jednak etos właściwie wszystkich kolejnych rządów popychał je do pełnego utożsamiania się z interesami artykułowanymi przez organizacje (lepiej może powiedzieć: kluby koktajlowe) pracodawców. Z tego względu w głównej instytucji dialogu, komisji trójstronnej, alians rządu z pracodawcami prawie zawsze przesądzał o bezskuteczności wysiłków związków zawodowych. Nieskuteczność związków (także ich uwikłanie w partyjną politykę) godziła w ich prestiż i pobudzała odpływ członków. To musiało rodzić frustrację i w końcu zaowocowało bojkotem komisji trójstronnej. I zmasowanymi protestami.

Nie wydaje się, by po tych protestach był możliwy powrót – jak namawiają do tego minister pracy i sporo dziennikarzy, a także pracodawcy – do rytualnych praktyk komisji trójstronnej. Rozwiązanie zasadnicze związane jest z perspektywą przebudowy sceny politycznej i pojawieniem się ugrupowań w odpowiedzialny sposób reprezentujących interesy świata pracy, tak by racje środowisk pracowniczych były bardziej brane pod uwagę w sferze politycznych rozstrzygnięć. Jednak ta perspektywa nie wydaje się rysować optymistycznie. W każdym razie zwycięstwo obecnej opozycji nie musi przynieść racjonalnej zmiany.

Być może jesteśmy w sytuacji, gdy miękkimi środkami powinien interweniować prezydent. Pod jego auspicjami mogliby znowu spotkać się związkowcy z pracodawcami i rządem. Na tym forum można by szukać wyjścia z impasu, który powstał. Alternatywą jest zaostrzenie konfliktu. W krótkim okresie rząd i pracodawcy mogą postawić na swoim, ale byłoby to pyrrusowe zwycięstwo.