Tu tłumaczenie Donalda Tuska, że potrzebuje kogoś, kto go będzie zastępował, jak przebywa za granicą, jest zasłoną dymną. Do tej pory miał przecież taką osobę. Janusz Piechociński piastuje w końcu funkcję nie tylko ministra gospodarki, lecz także wiceprezesa Rady Ministrów. Nominacja dla szefa resortu finansów to jasny sygnał, że w czasach spowolnienia gospodarczego budżet państwa jest priorytetem tak samo ważnym jak gospodarka. I że zdanie Rostowskiego ma mieć podwójne znaczenie przy wydawaniu pieniędzy z państwowej kasy. Inni ministrowie będą musieli sporo się natrudzić, aby dostać jakiekolwiek dodatkowe środki na realizację swoich pomysłów. I dobrze, że każda złotówka będzie oglądana trzy razy, zanim zostanie wydana, bo czasem krew mnie zalewa, jak się przyglądam beztroskiemu przepuszczaniu pieniędzy, na które wszyscy podatnicy się gremialnie składają.

Takiego wymiaru nie mają kolejne nominacje rządowe. Jacek Cichocki, jako zaufany człowiek premiera, pokieruje jego kancelarią i komitetem stałym, a w resorcie spraw wewnętrznych zastąpi go Bartłomiej Sienkiewicz.

Quo vadis? W tym samym kierunku co dotychczas. Bo – jak zapowiada Tusk – nowy minister będzie kontynuował rozpoczęte przez swojego poprzednika prace nad zmianami w systemie służb specjalnych.

Na tym roszady rządowe się zakończyły. Kto się spodziewał trzęsienia ziemi, musi obejść się smakiem. Nic się nie zadzieje w ministerstwach zdrowia, edukacji narodowej, sportu czy skarbu państwa, choć media spekulowały, że do wymiany mogłoby tu dojść. Spekulowały niebezpodstawnie, przynajmniej w stosunku do części tych resortów. Premier na spekulacje jest odporny, podobnie jak na otwartą krytykę np. Krystyny Szumilas, która tak się zapędziła w stabilizowaniu edukacji w Polsce, że praktycznie nie robi nic. I Bartosza Arłukowicza, który z kolei tak jest zajęty porządkowaniem służby zdrowia, że trudno się dowiedzieć, na czym te porządki mają polegać.

Jeszcze trochę porządzą. Na pewno do lata. Na połowę roku Tusk zapowiada dużą renowację personalną w swoim gabinecie. Ale wcale nie musi ona oznaczać odejścia tych właśnie ministrów. Na pytanie „quo vadis?”, premier mógłby odpowiedzieć spokojnie: kierunek wciąż ten sam.