Nawet jeśli pracownik oddziału zaproponował klientowi inwestycję wykraczającą poza ofertę banku, to i tak powinien zrekompensować wprowadzonemu w błąd brak spodziewanych zysków – uważają eksperci.

Pod koniec stycznia opisywaliśmy na łamach DGP historię nieuczciwego pracownika rzeszowskiego oddziału banku Santander. Mężczyzna jako osobisty doradca finansowy oferował klientom banku możliwość zainwestowania pieniędzy w nieistniejące fundusze oraz zapewniał ich o wysokiej stopie zwrotu. W ten sposób pracownik przywłaszczył sobie prawie 53 mln zł. Jak twierdzi bank, w wyniku tego procederu nikt nie ucierpiał, natomiast oszukanym klientom zwrócono utracony kapitał. Problem polega na tym, że bank nie chce odpowiadać za hipotetyczne zyski zagwarantowane przez nieuczciwego pracownika.

Gwarancje widmo

– Bank bierze na siebie pełną odpowiedzialność za działania byłego pracownika, ale nie może uznać wręczanych przez niego „gwarancji” zysku z funduszu inwestycyjnego, bo takiego produktu Santander nigdy nie miał w ofercie. Gwarantowany zysk przy inwestowaniu w fundusze jest rozwiązaniem niespotykanym i klienci również powinni zdawać sobie z tego sprawę – powiedział Paweł Litwiński, prawnik reprezentujący Santander.

Innego zdania są eksperci, z którymi rozmawialiśmy. Według Piotra Nowaka, radcy prawnego i wspólnika zarządzającego w kancelarii Nowak i Wspólnicy, odpowiedzialność po stronie banku może być uzależniona od formy, w której zostały udzielone gwarancje. Jeśli stanowiłyby one element skutecznie zawartej umowy, chociażby niezgodnej z normalną ofertą banku, niewywiązanie się z nich należałoby traktować jako nienależyte wykonanie. Prawnik dodaje, że zgodnie z art. 430 kodeksu cywilnego wyjście przez podwładnego poza granice powierzenia powinno obciążać także jego zwierzchnika. W tym przypadku powstaje konieczność zapłaty odszkodowania przez bank w wymiarze nieuzyskanych, ale spodziewanych korzyści.

Jak wynika z relacji jednego z klientów Santandera, gwarancje sporych zysków nie wzbudziły jego podejrzeń, ponieważ zostały mu zaproponowane przez wieloletniego pracownika banku, a zarazem jego osobistego doradcę inwestycyjnego. Dodatkowo dokumenty poświadczające gwarantowaną stopę zwrotu były wydrukowane na papierze ze znakami firmowymi Arka Prestiż TFI i podpisane przez członków zarządu. Stopa zwrotu na poziomie nieco ponad 5 proc. nie wyglądała podejrzanie. Po tym, jak okazało się, że gwarancje były sfałszowane, oszukany klient zażądał od banku 1,3 mln zł odszkodowania.

– W tym przypadku istotne jest, że klient sądził, że zawarł skutecznie umowę z umocowanym do tego pracownikiem, zaś bank jako przedsiębiorca odniósł z tego faktu korzyść w postaci udostępnionego kapitału – komentuje Piotr Nowak.

Braki w nadzorze

Według Piotra Nowaka podstawę odpowiedzialności banku mogą stanowić dwa przepisy kodeksu cywilnego. Pierwszy z nich, tj. art. 430 k.c., dotyczy winy w nadzorze banku, natomiast drugi, tj. art. 97 k.c., dotyczy działania osoby czynnej w lokalu banku (patrz: infografika). W tym drugim przypadku takie działania jak posłużenie się dokumentami ze znakami firmowymi i pieczęciami mogą usprawiedliwiać przeświadczenie klientów o tym, że dana osoba była uprawniona do zawarcia umowy o określonej treści. Na dopuszczalność takiego domniemania wskazuje np. stanowisko przyjęte w wyroku Sądu Apelacyjnego w Warszawie z 12 października 2018 r. (sygn. akt VI ACa 598/18).

Odpowiedzialności po stronie banku nie wyklucza również Krzysztof Witek, adwokat i counsel w kancelarii Traple Konarski Podrecki i Wspólnicy. Jednak według niego może to być trudne do udowodnienia. Nasz rozmówca zwraca uwagę na to, że co prawda prawo cywilne pozwala na pociągnięcie pracodawcy do odpowiedzialności za szkody powstałe z winy jego pracownika, ale sama szkoda musi być bezpośrednim następstwem działań pracownika, a nie wydarzyć się niejako ,,przy okazji”.

– Najczęściej za taką szkodę wyrządzoną „przy okazji” uważano właśnie szkodę wynikającą z przestępstwa, które popełnił pracownik. To dlatego w tej sprawie trudno będzie przesądzić o odpowiedzialności banku, ale ja jej nie wykluczam – wyjaśnia Krzysztof Witek.

Proceder oferowania przez pracownika Santandera możliwości zainwestowania w nieistniejące produkty finansowe jest jednak w pewien sposób szczególny. Wszystko wskazuje bowiem na to, że mężczyzna przez lata oferował produkty bankowe. Jego pracodawca wykrył to dopiero po długim czasie. Według Krzysztofa Witka klienci mają prawo czuć się pokrzywdzeni i występować z roszczeniem odszkodowawczym, domagając się zapłaty tzw. utraconych korzyści.

– Takie utracone korzyści to rodzaj szkody, który w uproszczeniu polega na tym, że majątek poszkodowanego się nie zwiększył, a mógł się on tego spodziewać. Pamiętajmy też, że wskutek niedopatrzenia banku jego klienci mogli przecież np. skorzystać z tego fałszywego produktu inwestycyjnego, a nie z innego, dzięki któremu uzyskaliby zysk – konkluduje Krzysztof Witek. ©℗

Co mówią przepisy / Dziennik Gazeta Prawna - wydanie cyfrowe