Obserwuje pan polski rynek zamówień publicznych od początku jego istnienia. Jak zmienił się on przez te wszystkie lata?
Bardzo istotnie. Nie tylko pod względem systematycznie rosnącej wartości, która dzisiaj jest imponująca, lecz także pod wpływem zachodzących na nim procesów. Nie zawsze były to zmiany pożądane, bo chociażby pogorszył się stopień konkurencyjności czy też, mimo wielu prób, nie udało się opanować dominacji kryterium cenowego. W pierwszej dekadzie lat 2000. te wskaźniki były wyraźnie lepsze. Zmieniła się też ustawa, co oczywiście stanowiło konieczność, bo prawo zamówień publicznych z 2004 r. było przewidziane na zupełnie inną sytuację, w jakiej znajdował się polski rynek. Pytanie tylko, czy nowe przepisy przyniosły oczekiwane rezultaty.
A pana zdaniem przyniosły?
Z moich obserwacji wynika, że raczej nic się nie zmieniło, a jeśli już, to niewiele. Można to odczytywać zarówno pozytywnie, jak i negatywnie. Dobrze, że nic się nie zmieniło na gorsze, ale źle, że nie zmieniło się na lepsze.
Powracając do gorszej niż przed laty konkurencyjności. Dlaczego przedsiębiorcy nie chcą startować w przetargach?