Jeżeli nawet będzie ściernisko, to diabli wiedzą kiedy. W każdym razie nieprędko. Wielka Brytania przeżyła od zakończenia II wojny światowej dwie ogromne zmiany. Najpierw, tuż po zakończeniu konfliktu, zbudowała sobie skandynawskie z ducha państwo dobrobytu. W tradycyjnie wolorynkowym społeczeństwie zaordynowała upowszechnienie mieszkań komunalnych, oświaty, podatek spadkowy, nieodpłatną służbę ochrony zdrowia oraz dominację związków zawodowych. Po ponad 30 latach Margaret Thatcher z impetem zaatakowała „welfare state” – i to tak, że aż cały kraj zatrząsł się od reform kontrrewolucji. Zarówno przy pierwszym wielkim projekcie, jak i przy drugim nie brakowało zaślepiającej oczy wściekłości. Wielka Brytania miała być państwem, z którego „wyjadą wszyscy przedsiębiorczy ludzie”, a potem miała stać się państwem „niespotykanej nędzy”. Wyzywano się także nawzajem od faszystów. Tyle że najważniejsze, pozytywne i negatywne zmiany wprowadzone w 1945 r. i w 1979 r. można było zaobserwować dopiero po upływie wielu lat.

Z gospodarką tak jest. Krótkookresowe zmiany to pył rozdmuchiwany przez polityków, bo oni żyją z emocji, najlepiej głupich emocji narodów. Zmiany długookresowe – tak, tylko one się liczą. Nie ma żadnego ośrodka na świecie, który jest w stanie wyliczyć skutki Brexitu. Przyszłość Wielkiej Brytanii zależy od tego, czy czekające ją trudności wywołają mobilizację i dynamikę czy też upadek psychiki politycznego narodu. Psychicznych, zbiorowych zmian nikt jednak nie potrafi jeszcze prognozować, na szczęście.