Wywiad, wiadoma rzecz, to specyficzny gatunek literatury. W gazetach na literaturę jakieś miejsce musi się znaleźć, powiedzcie mi jednak Państwo, dlaczego w ciągu tygodnia ktoś łasy na prasę znajdzie w niej tuziny (mendle?) wywiadów. Wywiad z ministrem Szałamachą? Ciekawy to i inteligentny facet, ale jakie dzieło sztuki powstanie dzięki rozmowie z ministrem finansów o spodziewanych zyskach z VAT-u i eksportu? Z Szałamachą nie ma co rozmawiać, trzeba się dowiedzieć, co naprawdę zamierza – i o tym pisać, a nie o to go pytać. Rozmowa z Beatą Kempą? Powinnością dziennikarza jest dowiedzieć się, jak to z p. Beatą jest w nowym miejscu pracy. Zamiast tego otrzymamy przepychanki i przekomarzanki, nieraz oparte na zasadzie; „Pan Y powiedział o pani...”. Cóż, jak pytali, to powiedział, a teraz ona powie, bo ją pytają etc. Na tym tle rozmowy Grzegorza Sroczyńskiego („GW”) ze „skruszonymi”, czyli tuzami polskiej transformacji obecnie płynącymi na fali samokrytyki, to i tak perełka – chociaż powiedźcie sami, czy Michał Boni albo Marcin Król muszą dostać mikrofon i literata, aby się słownie wyrazić? Sami nie dają rady napisać?

Od stron sportowych do „prasy kobiecej” rozmawiamy z piłkarzami, ministrami, sędziami i aktorami – zamiast ich opisywać. Brutalna prawda o prawdzie jest taka, że pozyskuje się ją z trudem, nie szczędząc kosztów i narażając się na popełnienie omyłki. Uzyskanie powierzchownego wywiadu specjalnie trudne nie jest – a informacyjne przekłamania spadają na barki rozmówcy. Wiem, że wiele wywiadów poprzedza staranna kwerenda i głęboki rów namysłu... ale ogólnie rzecz ujmując rozmawianie o problemach i zjawiskach wypiera z gazet objaśnianie problemów i zjawisk. To nikt inny, jak dziennikarze wykopali dołek, w który wpadła prasa, minimalizując w tekstach walor informacji, a maksymalizując wartość pleplania.