Minęły lata... Na początku III RP widzieliśmy podobne rozterki. Na chybcika sklecona nowa, solidarnościowa elita, wymieszana z licznymi peerelowskimi złogami, miała przekonanie, że demokrację trzeba wprowadzić, lecz demokrację mądrzejszą od wybierającego ludu. Nie piszę tego z potępieniem, rozumiałem i popierałem ten mechanizm, w końcu przecież wyrwaliśmy się z beznadziei lat 80. i pofrunęliśmy aż do Unii Europejskiej, budując państwo demokratyczne. Spora część „elit roku 89” została zepchnięta na boczny tor, ich rola się skończyła. Causa finita.

Wydaje się, że polscy wyborcy niespecjalnie są mądrzy, ale też niespecjalnie głupi. Jest w polskich wyborach cień ekstremizmu, jest sporo głosów oddanych na złość. Nie inaczej jest w Holandii czy we Francji. Nieszczęście zaczyna się dopiero, kiedy oglądamy polityczną elitę. Jarosław Kaczyński tworzy od lat narrację dającą nadzieję na przyjście innej, niezaśniedziałej w latach III RP elity, której „układ” nigdy nie pozwolił na dobre zaistnieć. To jednak bajka. Wolałbym, aby PiS (i nie tylko on!) szczerze mówił – mianujemy choćby gorszych, byle swoich, bo demokratyczny kraj oznacza kraj bez prawdziwych elit, każdy bierny, mierny, ale wierny może się załapać. Może postawieni wobec takiej szczerości my, zwykli ludzie, moglibyśmy zacząć ograniczać uprawnienia zdobytego przez trollów państwa. Czas, by odbierać bezwartościowym elitom nadmiar ich politycznych praw, nie przejmując się tym, że kura gdacze, gdy z powrotem wkładać jej jajko.