Kiedy w zeszłym roku do stolicy Bawarii przyjechał wiceprezydent USA J.D. Vance, by z wyżyn trumpistowskiego besserwisserstwa wesprzeć antyunijnych radykałów, zagrozić rozluźnieniem więzów transatlantyckich i pouczać Europę, jak powinno się prowadzić sprawy wewnętrzne, reakcją był szok i niedowierzanie. Gdy to samo zrobił w tym roku amerykański sekretarz stanu Marco Rubio, od tych samych ludzi otrzymał gromkie brawa.

Rubio: Jesteśmy dzieckiem Europy

Rubio nie powiedział nic, co by zrywało z przekazem Vance’a, którego mowę interpretowano przed rokiem jako wypowiedzenie liberalno-demokratycznej Europie ideologicznej wojny. Tyle że ubrał ten przekaz „w wytworny frak” dyplomatycznych słów. Na tym – i coraz bardziej tylko na tym – polega różnica między nim a Vance’em. Rubio zachowuje jeszcze jakąś ogładę. Złe języki głoszą zresztą, że do trumpistów przystał z powodów czysto koniunkturalnych. Byłaby to zresztą nienajgorsza wiadomość.

Sekretarz stanu określił swój kraj mianem „dziecka Europy” i dodał, że „w czasach nagłówków zwiastujących koniec ery transatlantyckiej niechaj będzie wiadome i jasne, że nie jest to ani nasz cel, ani życzenie”. To dobrze. Łatwiej byłoby mu wierzyć, gdyby nie powtarzające się ze strony jego zwierzchnika groźby agresji wobec Danii i Kanady – sojuszników w ramach NATO – czy oskarżenia o stosowanie cenzury, które szefowa unijnej dyplomacji Kaja Kallas, jako Estonka, określiła mianem „krytykowania państwa nr 2 w rankingu wolności prasy przez państwo nr 58”.

Rubio jedzie do Orbána

Łatwiej byłoby mu też zaufać, gdyby nie jego kolejne przystanki w podróży po Europie. Teraz Rubio uda się na Słowację, gdzie spotka się z premierem Robertem Ficą, i na Węgry, gdzie przyjmie go premier Viktor Orbán. Fico niedawno gościł u Donalda Trumpa, po czym wrócił i – jeśli wierzyć Politico – był przerażony stanem psychicznym prezydenta. Orbán znajduje się w środku kampanii, pierwszej od 16 lat, w której nie jest faworytem. Obaj należą do przywódców najchętniej łamiących europejską solidarność w sprawie Ukrainy po jednej stronie, a Rosji i Białorusi po drugiej.

To nic innego jak realizacja linii Trumpa, sformalizowanej przez niedawno przyjętą strategię bezpieczeństwa narodowego. Dokument zapowiada dalszą ingerencję w procesy wyborcze (wizyta u Orbána to kolejny tego przejaw), wsparcie dla partii „opozycyjnych” (czytaj: antyunijnych, które często, choć nie zawsze, są zarazem partiami prorosyjskimi), obronę „wolności słowa” (czytaj: swobody rozsiewania teorii spiskowych i innego rodzaju dezinformacji na platformach kontrolowanych przez cyfrowych oligarchów). Różnica jest taka, że Rubio przypudrował te cele zapewnieniami, że USA i Europa są na siebie skazane, a Vance nie wpadł na to, by silić się na politpoprawność.