Ekonomista Robert Murphy argumentuje, że film popełnia błąd, pomijając rolę rządowych regulacji, np. w sektorze agencji ratingowych. Dojdźmy do poniekąd polskiego wątku. Z filmu dowiemy się, że agencje ratingowe (w tym S&P) czuły się zmuszone do nadawania wysokich ocen mętnym produktom finansowym, aby nie stracić klientów. Murphy odpowiada, że agencje ratingowe mogą popełniać błędy tylko dlatego, że rząd nadał im prawo monopolu. Na nieskrępowanym rynku agencje mylące się w tak rażący sposób zostałyby po prostu zdmuchnięte przez konkurencję.

Żeby zobaczyć kłopot z tym rozumowaniem, można prześledzić dzieje kolegi Murphy’ego, Petera Schiffa. W 2006 r. Schiff bywał wyśmiewany za głoszenie teorii o nadchodzącym kryzysie. Później się tym chełpił, bo oczywiście fajnie mieć rację, kiedy mało osób wokół ją ma. Tyle że z punktu widzenia agencji ratingowej nie widać zysku z takiego pójścia pod prąd. Przynosiłoby to korzyści dopiero, kiedy te niepopularne prognozy by się sprawdziły. Konkurencja nie uchroniłaby nas, zwykłych ludzi, przed 2008 r., a jedynie ukarała te agencje idące za owczym pędem. Ale może w takim razie uchroniłoby nas to przed następnym takim wydarzeniem? No cóż, powiedzmy, że właśnie agencja Schiffa byłaby tą, która zbierałaby oklaski w 2008 r. i pozyskała w ten sposób nowych klientów. Niemal wszystkie prognozy Schiffa dotyczące kolejnej fali recesji wskutek błędnej polityki pieniężnej po tym czasie okazały się jednak nieprawidłowe. Inwestorzy zawiedliby się i szukali kolejnej wyroczni. I tak w koło Macieju.

To myślenie przypomina domaganie się zniesienia obowiązku testowania żywności przed podaniem w sklepach. Jasne, firmy trujące klientów będą odpadać z rynku, tylko czyim kosztem? Większa kontrola produktów finansowych podwyższonego ryzyka ma zapobiegać zatruciu. Agencje ratingowe muszą być, będą się mylić, a my będziemy narzekać – bezsilnie.