Polski rząd zapowiedział wzmocnienie Państwowej Inspekcji Pracy. I słusznie. Tylko że walka o to, żeby z pracą było lepiej, to zadanie trudniejsze, niż się wydaje.
Pokazał to niedawno ekonomista z amerykańskiego MIT Matthew Amengual. Jego konikiem są stosunki pracy. Ale nie tyle teoria i formalna treść regulacji, lecz ich stosowanie. Tym tropem Amengual trafił do Argentyny, gdzie przez dłuższy czas prowadził badania terenowe. Czyli rozmawiał z ludźmi: z politykami odpowiedzialnymi za regulacje, ze związkowcami i przedsiębiorcami oraz z samymi pracownikami. Chciał wiedzieć, czy ustawodawstwo chroniące gwarantowane prawem interesy – bezpieczeństwo, czas pracy, terminowość wypłat – działa. I dlaczego w jednych miejscach jest z tym lepiej, a w innych gorzej.
Obraz, który zaczął się z tego badania wyłaniać, zaskoczył Amenguala. Przyjechał do Argentyny pełen solidnej wiedzy teoretycznej z pogranicza ekonomii, politologii i socjologii. Jak większość zachodnich badaczy tematu był przekonany, że rynek pracy powinien być poddany regulacji. Ale jednocześnie te wszystkie regulacje muszą być egzekwowane przez państwo wcielające się w rolę bezstronnego arbitra. Traktujące w miarę możliwości w taki sam sposób pracowników oraz pracodawców. To przekonanie wywodzone jeszcze od ojca zachodniej socjologii Maxa Webera i podnoszące biurokrację do roli niezależnego gracza kształtującego społeczny ład w kraju.