Zacznie ją już w przyszłym tygodniu. Do wczoraj bowiem członkowie partii mogli wysyłać swoje głosy w wyborach przewodniczącego. Wyniki mają zostać podane we wtorek 26 stycznia o godzinie 14. Ale wybór jest tylko formalnością. Jak wiemy, kontrkandydatów nie ma.

Warto przez chwilę przyjrzeć się Schetynie, który będzie liderował wciąż najpoważniejszej partii opozycyjnej w Sejmie. Każdy, kto miał okazję z nim rozmawiać, wie, że to bardzo inteligentny, wytrawny gracz polityczny. Nikt, poza Donaldem Tuskiem, dla którego jego ówczesny zastępca był śmiertelnym zagrożeniem, nie pozwalał sobie nigdy na otwarte ataki na polityka, który w praktyce rozdaje karty w PO już od kilku tygodni. Tusk na pewien czas zmiażdżył Schetynę, a dopełnieniem politycznej hańby było oddelegowanie go na stanowisko szefa sejmowej komisji spraw zagranicznych, która jest pozbawiona jakiegokolwiek realnego znaczenia. Ba, nawet PiS, nienawidzący PO jako struktury do szpiku kości, w sposób fundamentalnie systemowy, nigdy nie podważał możliwości, ambicji i obycia politycznego Schetyny. Część PiS-owskich polityków przyznawała nawet otwarcie, że w czasie, kiedy Schetyna był marszałkiem Sejmu, komfort pracy opozycji – wtedy PiS i SLD – był wyjątkowo wysoki.

Owo zmiażdżenie Schetyny przez Tuska okazało się jednak tylko pozorem. Wrocławski polityk, niczym walizka renomowanej firmy po silnym zgnieceniu, wrócił do dawnego kształtu i formy właściwie bez żadnych widocznych urazów. Tak właśnie zachowują się produkty markowe, najlepsze w swojej klasie. Reaktywowany przez Ewę Kopacz na jej własne życzenie – była premier nie była zdolna przewidzieć, jakie będą tego konsekwencje – przyłożył rękę do jej klęski. Kopacz kompromitowała się na każdym kroku – tak nieudolnego premiera przecież nie mieliśmy nigdy i miejmy nadzieję, nigdy już mieć nie będziemy, a Schetyna, opierając się na sprawdzonej przez ostatnie lata strategii, po prostu trwał. Czekał na pełną kompromitację, czyli przegraną w wyborach do Sejmu. I wreszcie się doczekał. Dzisiaj bez cienia wątpliwości można powiedzieć, że jako jedyny, w ogólnej mizerii personalnej zgranych twarzy PO, zasługuje na to, by stery partii wziąć we własne ręce.

Pytanie tylko, jaka to powinna być partia? Umiarkowanie chadecka, a może umiarkowanie liberalna? Lewicująca, czy jednak starająca się odbierać głosy lokującym się bliżej centrum wyborcom PiS, nie do końca przekonanym do programu partii Jarosława Kaczyńskiego? Jakakolwiek ostatecznie by była ideologicznie, choć Schetyna zapowiada powrót do korzeni, czyli promocji liberalnej obywatelskości, nie może być taka jak za schyłkowego, zblazowanego Tuska i jak za bezideowej Kopacz. Bo nie ma nic gorszego od partii, która poglądy ma letnie albo nie ma ich wcale. A z tym problemem w ostatnich latach PO musiała mierzyć się najbardziej. I poległa, bo PiS, cokolwiek by mówić, poglądy ma jasne, wyraziste i konkretne. Na wszystko: od związków partnerskich i in vitro, przez reformę wymiaru sprawiedliwości, po górnictwo i energetykę.

Pocieszające dla Schetyny i Platformy u progu ery nowego przywództwa, która, jak osobiście sądzę, będzie jeszcze ciekawsza niż minione 10 lat, bo i PiS zmądrzał, i łatwo władzy nie odda, że partia Ryszarda Petru, która chce uchodzić za realną opozycję w stosunku do PiS, spychając PO do narożnika i zarzucając jej zmęczenie, brak wydolności i brak pomysłów na przyszłość, nie jest strukturą, która będzie w stanie w ciągu nieco ponad trzech lat, jakie zostały do wyborów, stać się alternatywą dla PiS. To struktura trochę techniczna, niewielka, zadziałała nieźle przed wyborami, ale tylko dlatego, że większość Polaków miała dość irytującej Ewy Kopacz. To, co dobre na chwilę, jednak nie zawsze musi mieć jakiś głębszy sens i nieść ze sobą jakąś treść. I przypadku Nowoczesnej nie niesie. Na rzecz PO, choć bez wątpienia jest dzisiaj poobijana, przemawia polityczne know-how, umiejętność w miarę skutecznego kierowania jednocześnie wieloma obszarami państwa, wciąż szerokie kadry i lata doświadczeń. Mogę chyba zaryzykować twierdzenie, że gdyby Tusk nie wskazał na swoją następczynię Kopacz, tylko Schetynę, zwycięstwo PiS byłoby znacznie bardzie wątpliwe, a jeśli nawet by nastąpiło, to zapewne wynik PO byłby na tyle lepszy, że Kaczyński potrzebowałby koalicjanta. Akurat za to, że PiS rządzi samodzielnie, pełną winę ponosi Tusk (Kopacz też, ale ona i tak nic nie mogła zrobić, bo nic nie umiała), któremu albo zabrakło politycznej wyobraźni, co raczej wątpliwe, albo zadziałał zgodnie z zasadą „Po nas choćby potop”, podejrzewając, że posada szefa Rady Europejskiej będzie dla niego ostatnią wielką polityczną robotą.

Tomasz Andryszczyk, były rzecznik warszawskiego ratusza związany z PO, zaatakował na portalu społecznościowym lidera Nowoczesnej, pisząc tak: „Ten człowiek nakarmiony kilkoma sondażami lewituje 30 cm ponad chodnikami, w ciągu kilku dni mianując się liderem opozycji, przyszłym premierem i zapowiadając wcześniejsze wybory. Niestety jawi mi się jako gość, który macha do tłumu, bo jest liderem maratonu, ale na drugim kilometrze trasy”. Nic dodać, nic ująć. Doskonała diagnoza. Tym bardziej że tzw. lider opozycji nie bardzo ma kompleksowy program polityczny. Ale kto by się tym w ogóle przejmował, kiedy słupki wskazują, że władza jest na wyciągnięcie ręki. A jak wiadomo, w polityce nic innego się nie liczy. Nawet oficjalna definicja tego zajęcia mówi, że to działania zmierzające do objęcia rządów. Tyle że Schetyna wie to od dawna znacznie lepiej niż Petru.