statystyki

Weterynarz jest jak karetka pogotowia

autor: Mira Suchodolska09.10.2015, 18:30; Aktualizacja: 09.10.2015, 18:48
Tomasz Ziółkowski absolwent weterynarii na Akademii Rolniczej we Wrocławiu, właściciel lecznicy dla zwierząt w Giżycku

Tomasz Ziółkowski absolwent weterynarii na Akademii Rolniczej we Wrocławiu, właściciel lecznicy dla zwierząt w Giżyckuźródło: Dziennik Gazeta Prawna

- Raz ściągnięto mnie do klaczy, która miała pęknięty żołądek. Żadnych szans. Mówię, że trzeba zwierzę zastrzelić, by się nie męczyło. Właściciele zdoili mleko dla źrebaka. Nie płakali, choć byli załamani i zrujnowani. Robili wszystko, żeby jak najlepiej zająć się małym - stwierdził Tomasz Ziółkowski absolwent weterynarii na Akademii Rolniczej we Wrocławiu, właściciel lecznicy dla zwierząt w Giżycku.

Poprosiłam pana o rozmowę, bo urzekła mnie podsłuchana w poczekalni rozmowa między klientką lecznicy a zatrudnioną tu młodą doktor weterynarii. Wspominały, jak ta drobna blondyneczka na pierwszym wyjeździe w teren odbierała poród u 800-kilogramowej klaczy. I przez dwie godziny, sama jedna, wyciągała z szalejącego z bólu zwierzęcia 30-kilogramowe łożysko, które samo nie chciało odejść. Ludziom w miastach weterynarz kojarzy się z człowiekiem dbającym o ich pieski czy kotki. W przypadku lekarzy pracujących na wsi, ze zwierzętami hodowlanymi, rzeczywistość jest nieco inna. Choćby dlatego, że to zwykle duże zwierzaki, w dodatku niebezpieczne.

Nie przesadzajmy, choć pewne ryzyko jest wpisane w ten zawód. Koń, moje ulubione zwierzę, może kopnąć i ugryźć. Miałem już połamane żebra albo podejrzenie złamania kości udowej po wizycie w stajni. Pamiętam takiego pacjenta, jeździłem do niego kilka lat, który za każdym razem próbował mnie ugryźć. Dobry koń, ale jakoś nie czuł do mnie chemii. Pewnie dlatego, że wykonywałem przy nim czynności, które nie bardzo mu się podobały. Ale jakoś udało mi się uniknąć jego zębów. To kwestia znajomości psychiki zwierzęcia i doświadczenia. Oraz profesjonalizmu. Miałem współpracownicę, Gosię, która – jeśli może sobie pani wyobrazić – była jeszcze niższa i jeszcze szczuplejsza niż lekarka, która teraz tu pracuje. To było kilka lat temu, kiedy kobieta weterynarz jeżdżąca do zwierząt hodowlanych była rarogiem. No, może gdyby do krów pojechała, to jeszcze ludzie by to jakoś przeżyli, ale ona właśnie miała sama dyżur w lecznicy, kiedy wezwali ją do ogiera. Wielki samiec, ważył dobrze ponad tonę, zimnokrwisty, skaleczył się w nogę. Gosia przyjeżdża, dookoła szalejącego zwierzaka stoi sześciu chłopów. Jak zobaczyli dziewczynę, zaczęły się śmichy-chichy, niewybredne komentarze. Lekarka mówi, że ranę trzeba zaszyć, ale do tego zwierzę należy położyć. Na to chłopi chwycili się za brzuchy, dalej się śmiać. Jak się pośmiali, pokomentowali, poszli sobie, z bezpiecznej odległości obserwując, co się będzie działo. Gosia nie dała się wyprowadzić z równowagi, podała ogierowi dożylnie środki znieczulające, po których sam się grzecznie położył na ziemi. Zaszyła ranę, opatrzyła, koń wstał, towarzystwo zostało z otwartymi buziami. Do dziś krążą o tym zdarzeniu legendy.

Fajna historia. Od dziecka chciał pan być weterynarzem i zajmować się dużymi zwierzakami?

Ja byłem taki, jak dzisiaj mój syn, a nie córka, która bodaj od przedszkola ma pewność, iż chce zostać weterynarzem. Nie miałem pojęcia, co ze sobą zrobić po skończeniu liceum. Pochodzę z rodziny w dużym stopniu lekarskiej, ale myśl, że mógłbym leczyć ludzi, pracować w szpitalu jakoś mnie przerażała. Decyzja, żebym ja, chłopak z Giżycka, startował na weterynarię we Wrocławiu, była więc dziełem przypadku. Żeby było zabawniej, to ja nawet nigdy nie miałem żadnego zwierzaka w domu za wyjątkiem incydentu, kiedy tata postanowił hodować króliki. Mój jedyny kontakt z zawodem weterynarza był bardzo przykry: pojechałem z ojcem do lecznicy, bo trzeba było wykastrować kilkanaście samców. Pięć z nich nie przeżyło tego zabiegu.

Te króliki to nie były zwierzątka do towarzystwa, domowe pupile, ale osobniki przeznaczone do zjedzenia.

To były czasy PRL, brakowało mięsa, tata wymyślił taki sposób zaopatrywania domowej spiżarni. Jak pani widzi, mój zawód jest kwestią przypadku. Szczęśliwego. Nie wyobrażam sobie dzisiaj, że mógłbym robić coś innego. Przypadek zamienił się w powołanie.

Na studiach? Były takie fajne?

Różne rzeczy można powiedzieć o tym kierunku, ale na pewno nie to, że jest fajny. Wymagający, to straszna pamięciówka. Większa, jak się przekonałem, niż na ludzkiej medycynie, gdzie uczą tylko o jednym gatunku. Tu są świnie, konie, psy, koty, bydło. Pszczoły i ryby. Fizjologia, anatomia, choroby, rozród. Masakra. Co gorsza, i tak jest do dzisiaj, w niewielkim stopniu przekładało się to na praktyczną znajomość zawodu. Owszem, są staże, ale one niewiele dają. Znam przypadki absolwentów, którzy z dyplomem w garści nie potrafią pobrać krwi, przeprowadzić podstawowych badań klinicznych, sprawdzić, czy krowa albo klacz jest w ciąży. A to są podstawowe rzeczy, które decydują o losie zwierzęcia.

Ciąża?

Owszem, bo od tego, czy samica zaszła w nią, czy nie, zależą decyzje rolnika o tym, co się z nią stanie: czy, w skrajnych przypadkach, pójdzie na rzeź, czy też będzie dostawała bardziej treściwe jedzenie. Ale także los samego rolnika: jeśli może się spodziewać młodych, może liczyć na większe zyski. Jeśli nie ma ciąży, trzeba jak najszybciej podjąć decyzję o powtórnej inseminacji. Dziś bardziej nowoczesne lecznice dysponują sprzętem do badań USG, ale weterynarz musi potrafić sobie poradzić i bez niego – umieć włożyć rękę w prostnicę niemal po pachę i na podstawie zmian narządów rodnych ocenić: będzie źrebak czy też cielak albo nie. W badaniu USG u krowy da się to ocenić po czterech tygodniach od zapłodnienia, u klaczy po dwóch tygodniach po pokryciu. Więc także z tego powodu biorę studentów na staż, staram się ich czegoś pożytecznego nauczyć.

A jak pan wspomina swój staż?

Odbywałem go w Węgorzewie, w państwowej lecznicy specjalistycznej, gdzie pracowało dziesięciu lekarzy i kilku techników weterynarii obsługujących okoliczne PGR-y. Byłem kompletnie zielony, choć miałem głowę napchaną wiedzą. Najpierw podczepiłem się pod lekarza ogólnego, byłem jego cieniem. Wtedy była taka akcyjna moda: za pierwszym razem zwalczaliśmy gzawicę, za drugim odrobaczaliśmy, za kolejnym przeprowadzaliśmy akcję witaminizowania bydła. Za wszystko płaciły państwo lub spółdzielnie. I właśnie taka jesienna akcja witaminizowana bydła była dla mnie, idealisty, wstrząsem, który otworzył mi oczy na rzeczywistość. Proszę sobie wyobrazić stado czterystu sztuk bydła. I to, że w tamtych czasach były dostępne tylko witaminy w dawkach dla ludzi, czyli w maleńkich ampułeczkach. Czyli trzeba by było otworzyć tysiące takich ampułek. Technicy poradzili sobie z tym problemem w prosty sposób: wrzucali ampułki do wiadra, tłukli je, przecedzali do drugiego wiadra, i taki płyn, niesterylny, z drobinami szkła, wstrzykiwali zwierzętom. Oczywiście po takich zabiegach pojawiały się odczyny zapalne, ropnie, ale nikt z tego nie robił problemu. Albo inna historia. W PGR-ach specjalizujących się w bydle mlecznym raz na kwartał były obowiązkowe badania – sprawdzało się, czy w mleku nie ma nadmiaru komórek somatycznych, czyli mówiąc w skrócie, nie ma odczynu zapalnego w wymieniu. To było proste: była tacka z czterema otworami, w każdy wstrzykiwało się trochę mleka z każdej z czterech ćwiartek, czyli dójek, a potem za pomocą specjalnego preparatu sprawdzało się, czy TOK (terenowy odczyn komórkowy) jest w normie, czy nie. Pamiętam badanie, w trakcie którego okazało się, że 90 proc. krów jest chorych. A mleko było dojone i szło do spożycia, co pokazuje stan higieny, jaka panowała w tamtych czasach. Nikt się tym szczególnie nie przejmował. Tak samo, jak okresami karencyjnymi, które obowiązują po zastosowaniu antybiotyków czy każdego innego lekarstwa. Teraz na szczęście jest to nie do pomyślenia.

Od zawsze mam świadomość, że pijąc mleko albo jedząc mięso, przyjmuję mnóstwo antybiotyków, którymi te zwierzęta są leczone. Zwłaszcza drób ma złą opinię.


Pozostało jeszcze 65% treści

Czytaj wszystkie artykuły na gazetaprawna.pl oraz w e-wydaniu DGP
Zapłać 97,90 zł Kup abonamentna miesiąc
Mam kod promocyjny
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy INFOR Biznes. Kup licencję

Reklama

Komentarze (3)

  • rysiek(2015-10-09 19:55) Zgłoś naruszenie 00

    W terenie , jeżeli chodzi o dostęp do lekarzy weterynarzy leczących konie , z roku na rok jest coraz gorzej Sytuacja zaczyna być w niektórych gminach tragiczna. Młodzi lekarze mają kasę z krów a starsi, fachowcy od koni odchodzą czy na emeryturę czy do wieczności. W trakcie nocnych porodów koni zimnokrwistych (zazwyczaj ciężkich) hodowca jest zdany tylko na siebie. Hardkor czasami jest taki ,że aż strach opowiadać. Mamy XXI i co z tego.

    Odpowiedz
  • tomy(2015-10-09 20:23) Zgłoś naruszenie 00

    Weterynarz z ul Kolejowej w Międzyzdrojach jest wspaniałym fachowcem, uratował naszego pieska , przyjaciela domu. Psiunia był chory, lezal biedny, nie jadł, nie pil, nie miał w ogóle siły.Bardzo martwilismy się o jego zdrowie.PAN weterynarz zajął się pieskiem, postawił go na nogi, co spowodowało naszą radość i ogromną wdzięczność za uratowanie zycia pieska i pomoc jemu .Dzieki temu nasz przyjaciel będzie z nami. Bardzo dziękujemy panu i zyczymy samych miłych pacjentów, a tych jak zauwazylismy trochę maszeruje do pana kliniki.

    Odpowiedz
  • majkos98(2018-12-05 11:47) Zgłoś naruszenie 00

    Bardzo ciekawy wywiad. Zawsze sadzilam, ze lekarze weterynarii maja od wczesnych lat powolanie do tej pracy, a tutaj widac, ze czasem o ludzkiej pracy decyduje przypadek :) Wychowalam sie na wsi, moi rodzice maja gospodarstwo i faktycznie, leczenie takich hodowlanych zwierzat jest bardzo trudne. Nie dosc ze gabarytowo moga sprawiac problemy, to i nie jest to taka przyjemna praca jak przy pieskach czy kotkach.

    Odpowiedz

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Galerie