Myślicie, że nie zasługujecie na bogactwo i niezależność? Wydaje się wam, że nie jesteście wystarczająco mądre, atrakcyjne i przebojowe, aby wejść na szczyt? To wszystko jedna wielka bzdura! To wasze cholerne wymówki!

Wypełniona do ostatniego miejsca sala konferencyjna w hotelu na obrzeżach Warszawy rozbrzmiewa burzą oklasków. Blisko 400 podekscytowanych kobiet kiwa z uznaniem głowami, hipnotycznie wpatrując się w stronę podium, po którym przechadza się elegancka, eteryczna trzydziestoparolatka z mikrofonem ukrytym między blond włosami w odcieniu idealnie dobranym do swojej porcelanowej karnacji. Ta sama posągowa twarz spogląda z kolorowej okładki folderu wręczonego nam przy wejściu. Pod zdjęciem podpis: „Kobieta niezależna. Zeszyt ćwiczeń”.

– Chcecie wiedzieć, co powoduje, że kobiety nie odnoszą dużych sukcesów? W życiu nie wygrywają ci, którzy są najpiękniejsi i najmądrzejsi, ale ci, którzy postanawiają wygrać! Musicie opuścić swoją strefę komfortu! Jesteście gotowe nad tym pracować?!

Słuchaczki odpowiadają euforycznym okrzykiem w wyczekiwaniu, że guru kobiecego coachingu w Polsce Kamila Rowińska z metodyczną skutecznością i na licznych ćwiczeniach praktycznych pomoże każdej z nich osiągnąć dziś status „kobiety niezależnej”, jak zapowiada tematyka seminarium.

Gromkie owacje przechodzą po chwili w salwę śmiechu. Trenerka z udawaną gracją rozsiada się na krześle, zastygając w dostojnej, wyniosłej pozie.

– Kobiety, które zachowują się jak Grażyna Torbicka, nigdy nie będą miały wyników biznesowych. Patrzę na nie i od razu wiem, że nie są w stanie zarabiać zbyt dużo pieniędzy. Z takimi interesów się nie robi. Są zbyt skostniałe, nie mają energii. Znacie takie panie? A może same jesteście typem Grażyny Torbickiej?!

Obok mnie zadbane trzydziestoparolatki ubrane w stylu smart casual wymownie przytakują, rozpływając się w zachwycie nad smukłą sylwetką swojej idolki i pozytywną siłą, jaka z niej emanuje.

Zeszyt ćwiczeń

Kamila Rowińska, samozwańcza liderka i modelowe wcielenie kobiety sukcesu, zwraca się do uczestniczek seminarium z naturalną otwartością i niezachwianą pewnością siebie, jakby znała je od lat i wiedziała, że są na każde jej skinienie. Z rozbrajającą szczerością wyznaje nam, że do występowania w roli trenera życia i kariery („life & business coach”) predysponuje ją jej własna historia. – W każdej dziedzinie biznesu, którą się zajęłam, osiągałam ponadprzeciętne wyniki. Pomyślałam, że skoro ktoś z takim startem jak ja mógł zapewnić sobie stabilizację finansową, to mam też prawo mówić innym, jak to zrobić – tłumaczy.

Stanowczy ton wykładu przechodzi wtedy gładko w sentymentalną opowieść pełną wzlotów i upadków. Choć dorastała w biedzie, wychowywała się w domu dziecka, to nic nie zdołało powstrzymać jej przed spełnieniem młodzieńczego postanowienia, że zostanie bogatą.

– Podczas kilku tysięcy szkoleń i sesji coachingowych z kobietami obserwowałam, ile mają ograniczeń, widziałam, jak popełniają błąd za błędem. To, co z mojej perspektywy jest oczywiste, z ich już niekoniecznie – zauważa.

Możemy jednak odetchnąć i zapomnieć o naszych nietrafionych decyzjach. Wykonałyśmy pierwszy krok, by się zmienić, przychodząc na szkolenie. W ciągu kolejnych kilku godzin odkryjemy, co tak naprawdę powstrzymuje nas przed zarabianiem pieniędzy, o jakich marzymy. W jaki sposób możemy pracować mądrzej i z większym focusem na sukces finansowy. Jak godzić role matki, żony i bizneswoman. W końcu – jak zarządzać pieniędzmi na swoim koncie, aby móc je inwestować.

Otwieramy zeszyty ćwiczeń na stronie czwartej i przystępujemy do obalania mitów, które blokują nas wewnętrznie przed sukcesem w biznesie. Oceniam w skali od jednego do ośmiu zestaw przekonań na temat bogactwa i kariery w zależności od stopnia, w jakim się z nimi zgadzam. Stawiam mocną ósemkę przy stwierdzeniu, że „bycie zamożną oznacza bycie zapracowaną” oraz „wszyscy nie mogą być milionerami, ktoś w tym kraju musi chodzić do »normalnej«” pracy”. Nieśmiało oceniam na szóstkę przekonanie, że „prowadzenie własnej firmy jest ryzykowne”. Podobnie jak pozostałe uczestniczki zostaję zganiona za swoje nawyki mentalne. Dowiaduję się, że tłumią mój potencjał i podkopują motywację do działania. Mam przez nie trudności, aby skutecznie zwizualizować swój sukces.

Otwieramy zeszyty ćwiczeń na stronie szesnastej. Stajemy jak do hymnu i zaczynamy recytować trzynastopunktową „deklarację kobiety niezależnej”, która ugruntowuje naszą wewnętrzną siłę i otwartość na sukces finansowy. Kamila śmieje się, że pewnie wygląda to wszystko trochę sekciarsko. Zapewnia jednak, że afirmacja pomoże poszerzyć moją strefę komfortu i porzucić myślenie, że satysfakcjonuje mnie praca za 2 tys. zł. Oczywiście pod warunkiem, że zadbam o swoją wiedzę i uwierzę, że z każdym kolejnym szkoleniem stanę się coraz bardziej kompetentna. – Wejdź na moją stronę internetową i sprawdź, które z prowadzonych przeze mnie szkoleń odpowiada twoim potrzebom i marzeniom – zachęca.

Kamila Rowińska, najbardziej rozpoznawalny „brand” w środowisku kobiecego coachingu, w całej Polsce regularnie gromadzi na szkoleniach z „kobiety niezależnej”, „zarządzania sobą w czasie” czy „budowania wewnętrznej siły” po kilkaset spragnionych sukcesów klientek, gotowych zapłacić od 100 do 2,4 tys. zł (w zależności od tematyki i liczby uczestników eventów). Była jedną z pierwszych osób w swojej branży, która odkryła, że przenosząc rodzimy kult przedsiębiorczości na niespełnione aspiracje i frustracje zawodowe Polek, można wypełnić całkiem sporą lukę na rynku. Poppsychologiczny język podręczników samorozwoju i telewizji śniadaniowej wystarczyło okrasić garścią podstawowych informacji o prowadzeniu działalności gospodarczej, a docelowe klientki zwabić za pomocą narzędzi marketingu sieciowego, czyli strategii biznesowej stosowanej m.in. przez firmy Amway i Oriflame (Rowińska współtworzyła zresztą polski sztab konsultantek Oriflame).

Miraż wspólnoty

Gdy feministki wdawały się w kolejne spory ideologiczne z Kościołem i politykami, a szefowe dużych firm zaczęły odważniej mówić o korzyściach z większej różnorodności płci w zarządach, rzesze wypalonych pracownic korporacji i zatrudnionych na umowach śmieciowych znalazło duchowe wsparcie w zastępie ekspertów od inspiracji i motywacji, kuszących obietnicą udziału w siostrzanej wspólnocie liderek biznesu. Pod hasłem promowania przedsiębiorczości kobiet dziesiątki firm szkoleniowych i organizacji pozarządowych wyspecjalizowało się dziś w prowadzeniu niezliczonych warsztatów i seminariów o odkrywaniu własnych talentów i zdolności przywódczych, wyzwalaniu twórczej mocy i przekuwaniu porażek w sukcesy.

W roli prelegentów występują tam już nie tylko coache i trenerzy biznesu, ale także ich kolejne inkarnacje: mówcy motywacyjni, mentorzy, inspiratorzy zmiany, specjaliści od mind mappingu, senselierki, prowokatorzy i networkerzy pomagający w nawiązywaniu kontaktów. W serwowanej przez nich lukrowanej narracji kaznodziejska retoryka w wydaniu Oprah Winfrey zlewa się z filozofią biznesową Richarda Bransona i duchową spuścizną Steve’a Jobsa. Między motywacyjnymi wykładami efekty swojej pracy demonstrują stylistyki, kreatorzy wizerunku i konsultanci do spraw etykiety, a przedstawiciele handlowi robią półgodzinne prezentacje sprzętu do depilacji światłem i szczotek obrotowych do układania włosów.

Obowiązkowym punktem programów całodziennych seminariów są też „inspirujące” spotkania z liderkami, które opowiadają tym mniej kreatywnym i zaradnym o tym, jak spieniężyły swoje pasje i odniosły sukces. Wbrew egalitarystycznemu przesłaniu wspólnota kobiet przedsiębiorczych nie jest społecznością pozbawioną hierarchii. Niezaprzeczalnie pozycję uprzywilejowaną zajmują bowiem liderki, najczęściej właścicielki małych przedsiębiorstw działających w wąskiej branży (m.in. coaching, organizacja eventów, ślubów, PR, zabiegi pielęgnacyjne i kosmetyczne), które dzięki swoim osiągnięciom nabyły prawo do regularnego występowania przed kobiecym audytorium i promowania swoich usług. Pozostałe muszą zaś płacić za dostęp do ich wiedzy, póki same nie mają własnej historii godnej opowieści.

Zgodnie z głównym coachingowym dogmatem każda osoba, której nie wiedzie się w życiu zawodowym, mimo że łaknie sukcesu, po prostu nie znalazła jeszcze swojej pasji bądź ma niewłaściwy stosunek do pieniędzy. Droga do samorealizacji w pierwszej kolejności wiedzie zatem przez odpowiedni trening mentalny. – Nie zajmujemy się księgowością, zasadami rachunkowości i wypełnianiem wniosków o granty. Analizuję z klientkami stosowane przez nie wymówki oraz schematy myślenia o pieniądzach i sprzedaży. Uczę je, by zamiast zastanawiać się nad przeszkodami, brały sprawy w swoje ręce i po prostu skutecznie działały. Tak jak to robią mężczyźni – tłumaczy mi Justyna Kwiatkowska, trener motywacji i właścicielka firmy coachingowej Pracownia Sukcesu. Coache często zresztą szczerze przyznają, że nie mają specjalistycznej wiedzy z dziedziny mikroekonomii i zarządzania. Potrafią stawiać odpowiednie pytania, a to jest podstawowym warunkiem powodzenia w ich pracy. Spora część z nich to byli bądź obecni pracownicy działów marketingu i sprzedaży dużych korporacji, którzy do niedawna sami korzystali ze wsparcia kolegów z coachingowej branży.

Najlepsza inwestycja

Chociaż wszyscy trenerzy i coache deklarują, że wpajają swoim klientom zdrowe nawyki myślenia i mówienia o pieniądzach, to z nich samych trudno wydusić, ile zarabiają miesięcznie. Można zorientować się jedynie w cenach oferowanych za poszczególne usługi. U Justyny Kwiatkowskiej koszt trzymiesięcznego autorskiego programu „Zadbana finansowo” pomagającego rozwiązywać problemy z pieniędzmi waha się od 750 do 1650 zł (w zależności od daty zapisu). Trzymiesięczny kurs „Startuj i zarabiaj” o rozwoju własnego biznesu to wydatek 5 tys. zł. Justyna Kwiatkowska mówi enigmatycznie, że na jej usługi stać przedstawicielki klasy średniej, a wśród klientek dominują właścicielki małych firm oraz pracownice dużych korporacji, które marzą, by zostać freelancerkami. Godzinna sesja coachingu na warszawskim rynku kosztuje z kolei od 100 do 500 zł. Na każde całodzienne seminarium czy warsztaty trzeba dodatkowo wydać zwykle od 100 do 500 zł. Mimo to otwarte eventy systematycznie przyciągają średnio po 200–400 kobiet. Przed dwoma tygodniami weekendowa konferencja „Polish Businesswoman Congress 2014”, biznesowo-lifestyle’owy odpowiednik Kongresu Kobiet, przyciągnął w sumie ok. 1,5 tys. uczestników. Chyba trudno wyobrazić sobie drugą imprezę masową, której program byłby równie eklektyczny. Obok przemówienia Danuty Huebner na otwarcie konferencji tego samego dnia można było wysłuchać m.in. wystąpienia dyrektor Amway Polska na temat inwestycji w zasoby ludzkie, prelekcji szefowej łotewskiej agencji ds. inwestycji, wykładów o zabiegach anti-aging oraz mitów związanych z suplementami diety dla kobiet. Większość dwudniowej imprezy zdominowały jednak kolejne wystąpienia coachów, trenerów motywacji, psychologów biznesu i konsultantów ds. wizerunku.

Na kongresie poznaję czterdziestoparoletnią Beatę i szybko okazuje się, że przez dwa kolejne weekendy mijałyśmy się na tych samych eventach. Nie była jeszcze na Rowińskiej, ale wszystkiego zaliczyć nie może. Na swojej liście priorytetów ma seminarium „Umysł milionera” T. Harva Ekera, sławnego multimilionera i autora oryginalnych teorii na temat umysłowego i emocjonalnego podejścia człowieka do pieniędzy, a także wykład Jordana Belforta, bardziej znanego jako „Wilk z Wall Street”, który pod koniec października opowie Polakom o swojej rewolucyjnej technice sprzedażowej. Beata jest weteranką spotkań dla kobiet przedsiębiorczych i nie ukrywa, że chciałaby stać się częścią ich świata. Za sobą ma udział w dziesiątkach (jeśli nie setkach) warsztatów, kursów, konferencji networkingowych, sesji coachingowych i śniadań biznesowych. Boi się podliczyć, ile łącznie wydała na swój rozwój osobisty i zawodowy, ale na pewno jest to już poważna suma. Zapewnia, że nie żałuje tych pieniędzy i traktuje to jako dobrą inwestycję. Bo akurat pomysłów na biznes jej nie brakuje. – Chciałabym stworzyć portal dla kobiet i uczyć francuskiego. W dalszej perspektywie myślę też o otwarciu własnej szkoły językowej i pisaniu kryminałów. Cały czas poszukam własnej drogi, traktuję to jako wyzwanie. Widać mój czas na sukces jeszcze nie nadszedł – tłumaczy Beata.

Cztery lata temu straciła etat w dziale marketingu dużej sieci hipermarketów, w której przepracowała dekadę. Bezrobocie długo traktowała jak wyrok skazujący. Coś się w niej w końcu przełamało, gdy zaczęła chodzić na warsztaty z samorozwoju, a następnie odkryła spotkania dla kobiet przedsiębiorczych. Od tamtej pory przestała brać każde zlecenie, jakie wpadło jej w ręce. Od początku roku nie pracuje, żyje głównie z oszczędności. Kilka razy w tygodniu bywa za to na spotkaniach dla kobiet przedsiębiorczych i relacjonuje je na swoim blogu „Ty i biznes”. Marzy o tym, by zacząć na nim zarabiać. Dzięki poznaniu inspirujących osób przestała mieć problem, by powiedzieć głośno, że chce dobrze zarabiać, najlepiej ok. 15 tys. miesięcznie, ale już nie za cenę powrotu do korporacji.

Pytam z lekkim zdziwieniem, czy musiała chodzić na warsztaty, by dowiedzieć się, że ma jakieś pasje i że fajnie jest realizować je w pracy zawodowej. – Może nie zawsze są to odkrywcze spotkania, ale czasem usłyszę jakieś jedno zdanie i myślę, że warto było przyjść po to, by je zapamiętać. Gdybym usłyszała je od przyjaciółki, nie miałoby dla mnie takiej wartości. Po prostu bardziej docenia się coś, za co się płaci – odparła.

Prawdziwe bariery

Po serii konferencji, spotkań networkingowych i warsztatów rozwojowych o następnym evencie pod hasłem wspierania przedsiębiorczości kobiet myślę z coraz silniejszym poczuciem dyskomfortu i zakłopotania. Spodziewam się kolejnej porcji sielskiej wizji zawodowego spełnienia oferowanej przez specjalistów od motywacji i inspiracji, która nijak się ma do mojego przekonania, że rynek jest brutalny, a biznes to ryzyko. Wchodzę na kolejną salę konferencyjną i jeszcze zanim zdążę się przedstawić, hostessy wyciągają ręce po moją wizytówkę. Od progu otaczają mnie sympatyczne ambasadorki marek, wciskając mi próbki kosmetyków ajurwedyjskich i ulotki kliniki holistycznej odnowy duszy i ciała. Obok automatu do kawy ucinam sobie typową sympatyczną, networkingową rozmowę z trzydziestoparoletnią Moniką, konsultantką prywatnej sieci usług medycznych i stałą bywalczynią spotkań dla przedsiębiorczych kobiet. Po kilku minutach wpadam jednak w konsternację, kiedy zapisując mój numer telefonu, pyta, czy może też zrobić mi zdjęcie. Nie rozumiejąc mojego zdziwienia, bezpardonowo wyjaśnia, że wieczorem nie będzie już pamiętała, czy Emilia, którą dzisiaj poznała, miała długie szatynowe włosy, czy blond irokeza.

Przez kolejne kilka godzin staram się cierpliwie wsłuchiwać w inspiracyjno-motywacyjne wykłady. Zastanawiam się, ile uczestniczek pod koniec dnia wyjdzie stąd z mocniejszym niż zwykle przekonaniem, że nie ma pojęcia, jak zarządzać swoimi pieniędzmi, w czym są dobre i jak można się ubierać do 18. I dlatego potrzebuje kolejnego szkolenia. I jeszcze jednego. Zaczynam podejrzewać, że zamiast z promocją etosu przedsiębiorczości mamy do czynienia z cynicznym eksploatowaniem stereotypów na temat kobiet i próbą umocnienia w nich mentalności zinfantylizowanych konsumentów. Że zamiast obiecanej niezależności, wpadamy tylko w błędne koło niekończących się szkoleń.

Sięgam po raport „Przedsiębiorczość kobiet w Polsce” opracowany w 2012 r. przez Polską Agencję Rozwoju Przedsiębiorczości, z którego wynika, że bariery powstrzymujące kobiety przed zakładaniem działalności gospodarczej nie mają nic wspólnego z brakiem motywacji i inspiracji. Zarówno mężczyźni, jak i kobiety najczęściej wskazują, że główną przeszkodą są dla nich pozapłacowe koszty pracy, zawiłe procedury administracyjne i problemy z pozyskiwaniem klientów. W przypadku matek dochodzi też ograniczony dostęp do instytucjonalnej opieki nad dziećmi.

Po powrocie z ostatniej konferencji otwieram skrzynkę e-mailową, w której czeka na mnie solidna porcja zaproszeń na kolejne inspirująco-edukacyjne eventy. Kamila Rowińska dziękuje mi za udział w szkoleniu i prosi, bym pamiętała codziennie robić coś, co zbliży mnie do bycia kobietą niezależną. Pisze, że nawet jeśli ja nie wierzę w siebie wystarczająco mocno, ona wierzy w moje możliwości.

Szkoda, że ja zupełnie jej nie wierzę.

Ze słowniczka kobiety niezależnej

COACH – próbowano go definiować jako specjalistę od rozwoju osobistego, asystenta szczęścia bądź doradcę personalnego. Można się także spotkać z określeniami „czarodziej możliwości” i „inspirator zmiany”. Większość coachów powie jednak, że żaden z tych terminów i tak nie jest na tyle pojemny, aby oddać to, czym się w istocie zajmują. A tym czymś jest coaching, czyli motywowanie, inspirowanie, wspieranie klienta w samopoznaniu i dokonywaniu życiowych zmian. Główną metodą pracy coacha jest zadawanie pytań. Mnóstwa pytań. Robi się to w taki sposób, aby klient uświadomił sobie swoje schematy myślenia i działania, a w efekcie sam doszedł do właściwego rozwiązania nurtujących go dylematów egzystencjalnych. Spotkanie z coachem, fachowo zwane sesją coachingową, ma więc formułę indywidualnego wywiadu, choć dostępny na rynku jest też coaching grupowy. Największą popularnością cieszą się coache rozwoju osobistego i zawodowego, ale w ostatnich latach (a nawet miesiącach) można obserwować postępujący proces specjalizacji tej profesji. Potencjalni klienci mają do wyboru m.in. coaching rodzicielski, coaching uwodzenia, coaching inwestycyjny, coaching kariery, executive coaching (dla członków zarządów), coaching dla singli, związków... Według danych Polskiej Izby Szkoleniowej w naszym kraju jest ponad 3 tys. coachów, ale certyfikat Międzynarodowej Społeczności Coachów (ICC) posiada niespełna 1200 osób. Uwaga! Wbrew pozorom i słownikowi polsko-angielskiemu coach absolutnie nie jest tym samym co trener (choć mylenie tych dwóch terminów to podobno nagminnie popełniany błąd). Zgodnie z wykładnią profesjonalistów trener to po prostu osoba prowadząca szkolenie, a więc przekazująca wiedzę lub umiejętności. Natomiast coach motywuje swojego klienta do osiągania wyznaczonych celów i pomaga znajdować optymalne rozwiązania. Żadnej wiedzy i umiejętności nie przekazuje, bo w założeniu klient wszystko wie, tylko trzeba to z niego wydobyć.

FREELANCE – (przestarz. pracować jako wolny strzelec) system pracy, styl życia oraz stan umysłu kobiety przedsiębiorczej i niezależnej, która nic nie musi, tylko chce. Antyteza bycia Grażyną Torbicką. Obiekt aspiracji wielu wypalonych zawodowo kobiet, zwłaszcza tych wtłoczonych w tryby korporacyjnej machiny. Wiele freelancerek ma własne małe biznesy, a jeszcze więcej mówi, że chciałaby je mieć. Najczęściej pracują (albo zamierzają pracować) w branży marketingowej, PR-owej, eventowej, informatycznej. Spora część z nich daje zarobić na chleb coachom, gdyż stanowią one grupę, w której zapotrzebowanie na inspirację i motywację jest wyjątkowo wysokie.

EVENT – impreza biznesowa, kulturalna lub promocyjna, która służy realizacji strategii PR-owej bądź kampanii marketingowej związanej w wypuszczeniem na rynek nowego produktu. Pomyślana tak, aby przyciągnąć precyzyjnie określoną grupę klientów. Do eventów korporacyjnych zalicza się także imprezy pracownicze, czyli wyjazdy integracyjne, wigilie firmowe, urodziny prezesa itd.

BRAND – (dosłownie: marka) powiedzieć o kimś, że jest brandem to tyle co stwierdzić, że ma znakomitą reputację w swojej branży, najczęściej za sprawą wydawania pokaźnych sum pieniędzy na specjalistów od marketingu i wizerunku. Według ekspertów od personal brandingu, czyli zarządzania osobą jako marką, zwykły śmiertelnik może znacząco i bezkosztowo zwiększyć wartość swojego brandu, np. robiąc sobie selfie z celebrytą.

MIND-MAPPING – (dosłownie: mapowanie myśli) sposób robienia notatek oparty na założeniu, że myślimy nie pełnymi zdaniami, ale słowami kluczami, skojarzeniami, kolorami i symbolami. Mapę myśli może zrobić każdy, pod warunkiem że ma papier i kolorowe kredki (talent plastyczny nie jest wymagany). Na środku kartki trzeba najpierw narysować związany z tematem obrazek, używając co najmniej trzech kolorów. Następnie od głównego rysunku należy nakreślić sieć różnej grubości odgałęzień do mniejszych obrazków, tj. skojarzeń odzwierciedlających nasz tok myślenia. Uwaga! Nie można używać linijki.

SMART CASUAL – (nie mylić z business casual) dość swobodny, a przy tym elegancki styl ubierania się. Charakteryzuje zwłaszcza garderobę freelancerek. Smart casual z góry wyklucza garsonki, garnitury, topy na ramiączkach, klapki, krótkie spodenki i spódniczki mini. W środowisku ludzi mody i specjalistów od etykiety od dawna toczy się natomiast spór o to, czy dżinsy są smart casual, czy tylko casual.

FOKUS – koncentracja na wykonaniu zadania uznawanego za priorytetowe, zorientowanie na cel (najczęściej finansowy). Umiejętność pracy z fokusem na sukces biznesowy często wymaga systematycznego coachingu. Termin „fokus” bywa też używany na określenie formy coachingu grupowego, w którym grupa osób, zwykle pracowników firmy, prowadzi dyskusję na temat jakiegoś projektu, a coach pełni w niej rolę moderatora. Obserwuje, kto kogo lubi, a kto z kim nie może się dogadać, a następnie radzi szefom, co mają robić, aby ich podwładni pracowali wydajniej.

SENSELIERKA – ekspertka od rozpoznawania zapachów i zapachowego dress code’u.

NETWORKING – (przestarz. poznawanie ludzi) nawiązywanie kontaktów z nowymi osobami i budowanie z nimi relacji. Networking najczęściej wykorzystywany jest do pozyskiwania klientów, partnerów biznesowych, pracowników bądź poszukiwania pracy. Jest świetną okazją do poszerzania własnej strefy komfortu. Wymaga okazania szczególnej staranności przy projektowaniu wyglądu swojej wizytówki.