Patrząc na statystyki, można odnieść wrażenie, że Polacy mają alergię na książki. W badaniach Biblioteki Narodowej 61 proc. naszych rodaków przyznało się, że w ubiegłym roku nie miało kontaktu z żadną większą publikacją, a do tej liczby i tak trzeba jeszcze doliczyć tych, którzy się nie przyznali. Mimo to rynek książki nie kurczy się drastycznie. Mało tego, obok tradycyjnej drukowanej formy, coraz lepiej radzą sobie wersje czytane. Frazę „audiobook” co miesiąc wpisuje w wyszukiwarkę Google ponad 2,2 miliona ludzi. Ponad pół miliona stanowią zapytania z Polski. I chociaż producenci i sprzedawcy nie kryją, że jest to niewielka nisza, to ciągle rośnie i jest już na tyle duża, że opłaca się inwestować w słuchowiska - superprodukcje o ogromnych budżetach.

Dźwiękowa półka z bestsellerami

Przepis na książkę mówioną jest prosty. „Trzeba mieć kawałek mikrofonu, fajny głos i fajny tekst” - żartuje Marcin Beme, założyciel Audioteki, największego w Polsce sprzedawcy audiobooków. Serwis zaczynał w 2008 roku jako start-up. Pod koniec 2011 roku był już wart 10 milionów złotych, a od niedawna próbuje powtórzyć ten sukces na rynkach zagranicznych – w Czechach, Francji i Hiszpanii, a niedługo także w krajach skandynawskich. Na tym zapewne nie koniec. Poza sprzedawaniem, Audioteka, we współpracy z wydawnictwami, z powodzeniem sama nagrywa produkty ze swojego katalogu. „Bardzo często pomysły na audiobooki wychodzą od nas. Bo kto lepiej zna naszych użytkowników i ich apetyt na taki czy innych tytuł?” – opisuje Beme.

Wśród powieści dźwiękowych adaptacji doczekały się przede wszystkim książki, które najlepiej sprzedawały się w druku. Tutaj pozycje na liście bestsellerów nie zaskoczą nikogo, komu zdarza się zajrzeć do księgarni. Znajdziemy tu m. in. kontrowersyjne „50 twarzy Greya”, słuchowisko w pełnej obsadzie na podstawie „Gry o Tron” czy „Atlas Chmur”, którego ekranizacja niedawno święciła tryumfy na ekranach kin. Liczba tytułów i ich sprzedaż systematycznie wzrastają. „Polski rynek audiobookowy jest coraz płodniejszy i powstaje sporo fajnych produkcji od bardzo wielu wydawców” – przyznaje Beme, którego serwis w ciągu ostatniego roku zwiększył liczbę klientów o 150 procent.

Z cienia Audioteki coraz śmielej wychodzą mniejsi przedsiębiorcy starający się być konkurencją lub alternatywą dla potentata. Znana aktorka, Edyta Jungowska nie tylko chętnie użycza swojego głosu, ale także sama próbuje sprzedawać czytane książki, wykorzystując do tego jeszcze mniejsza niszę: powieści dla dzieci i to wyłącznie te, które wyszły spod pióra Astrid Lingren. Audiobookami zajmuje się także wydawnictwo Aleksandria, które stawia m. in. na klasykę i lektury. Na liście bestsellerów ma „Ogniem i mieczem” Sienkiewicza czytane przez Krzysztofa Globisza, „Szatana z siódmej klasy” Makuszyńskiego w wykonaniu Wojciecha Malajkata, „Polskę Jagiellonów” Jasienicy oraz poradnik „7 nawyków skutecznego działania” Stephena Covey’a.

„Zachwyciła mnie sama idea audiobooków, kiedy zaczynałem 8 lat temu był to rynek dziewiczy więc dodatkowo od strony biznesowej pomysł wydawał się warty spróbowania. Rynek niestety nie jest tak duży, jak byśmy chcieli, ale też nie jest jakiś dramatyczny. Jeśli ma się naprawdę dobry produkt, dobrą sieć dystrybucji i trochę reklamy, to można sprzedawać naprawdę duże ilości. Oczywiście łatwo to robić dużym wydawcom, a trudno mniejszym” - mówi Tomasz Witkowski, właściciel firmy.

Obsada w audiobooku prawie jak w filmie?

W przypadku książek audio, poza nazwiskiem autora i tytułem na sprzedaż wpływ może mieć także dodatkowy element – lektor. „Lektor jest dopiero na trzecim miejscu, ale jakaś część stałych słuchaczy wybiera również tytuły po swoich ulubionych lektorach” – przyznaje Tomasz Witkowski. Trochę inaczej myśli o tym Marcin Beme. „Dobry aktor z marnego tekstu zrobi fajny audiobook, a slaby aktor może położyć najlepsza książkę” - mówi. 

Audioteka stara się budować wizerunek swoich nagrań poprzez plejadę znanych nazwisk. „50 twarzy Greya” przeczytała Joanna Koroniewska, w „Panie Lodowego Ogrodu” usłyszeć można Jacka Rozenka, „Niezwyciężonemu” Stanisława Lema towarzyszą m. in. charakterystyczne głosy Krystyny Czubówny i Daniela Olbrychskiego, a Szymon Hołownia i Marcin Prokop swój wywiad-rzekę „Bóg, Kasa i Rock-n-Roll” przeczytali sami.

Niektóre książki czytane są przez jednego autora, inne obsadą przypominają kinowe superprodukcje. Tak było w przypadku „Narreturm”. Dźwiękową adaptację prozy Sapkowskiego Audioteka zrealizowała wspólnie z Polskim Radiem. Głosy nagrały dziesiątki aktorów, do produkcji powstało także pełne udźwiękowienie i ścieżka dźwiękowa. To ten, wydany w 2009 roku tytuł pozwolił audiobookom przebić się do świadomości Polaków. Podobną drogą poszły „Gra o Tron” i nagrywana właśnie druga część trylogii Sapkowskiego – „Boży bojownicy”.

I to już jest poletko zarezerwowane tylko dla największych. O budżetach Marcin Beme nie chce mówić, ale nie ukrywa, że nie były to małe pieniądze. „To nasze produkcje i wiemy dokładnie, ile kosztowały, ale na torturach się nie przyznam, jakie były budżety, bo to szalone pieniądze. To kwoty rzędu kilkuset tysięcy złotych, a więc wielokrotnie więcej niż zwykły audiobook” – tłumaczy Marcin Beme. Koszta jednak zwracają się, a sprzedaż cały czas rośnie i liczy się ją w milionach. „Popularność cały czas bardzo szybko rośnie, bo to mały rynek i dość łatwo generować 100 – 200 proc. wzrostu rok do roku” – przyznaje Beme. Rynek książek audio nie jest dokładnie zbadany, ale szacuje się, że może być wart 50 - 60 mln złotych. Dla porównania badania z 2009 roku mówiły tylko o 20 milionach.

O płodności polskiego rynku audiobooków może świadczyć także niedawna premiera „Żywych trupów” – dźwiękowej adaptacji popularnego komiksu Roberta Kirkmana. Na podstawie serii powstał także hitowy serial telewizyjny i kilka gier komputerowych. Po licencje na audiobook Polacy wyciągnęli ręce jako pierwsi. Producenci myślą już o przygotowaniu wersji w innych językach, ale Beme podchodzi do sprawy z dystansem. „To bardzo udana próba, ale czy to jest oznaka szybszego rozwoju rynku? Chyba nie. My jesteśmy bardzo mali w porównaniu do innych krajów i musimy przede wszystkich nadgonić sprzedaż. Ale fajnie, że to u nas dzieją się takie rzeczy” – ocenia.

Audiobooki nie są dla moli książkowych

W przeciwieństwie do czytelników tradycyjnych książek, wśród słuchaczy audiobooków nie ma mowy o bibliofilii. Klienci największych serwisów z mówionymi książkami nie stawiają w pokojach regałów zastawionych płytami. Jeżeli już mówi się tu o jakichś półkach, to tylko wirtualnych. Najwięksi sprzedawcy – Nexto, Audeo czy omawiana Audioteka koncentrują się na sprzedaży elektronicznej. Ta ostatnia swojego klienta widzi jako dobrze zarabiającego, wykształconego trzydziestolatka, który chętnie i sprawnie korzysta z nowych technologii, w tym tych mobilnych. Stąd też nie tylko nakierowanie na sprzedaż elektroniczną, ale także na łatwy dostęp z urządzeń takich jak komórka czy tablet. „Nie znamy się na dystrybucji płyt. Audiobook na CD jest dla mnie bardzo daleko klienta. W aplikacji jest, że tak się wyrażę, one-click-away. Produkt, który nie jest produktem pierwszej potrzeby - no bo przecież można żyć bez audiobookow - musi być udostępniony ekstremalnie wygodnie, bo wtedy, potrafi uzależnić” – zdradza półżartem Beme.

Jak wytłumaczyć to, że klientów w księgarniach ubywa, za to gwałtownie wzrasta sprzedaż książek mówionych? Zdaniem specjalistów oba zjawiska nie mają ze sobą nic wspólnego. „Popularność audiobooków ma niewiele wspólnego ze spadkiem czytelnictwa. Nasi użytkownicy to nie koniecznie mole książkowe. Audiobooki to rozwiązanie dla osób, które raczej sporadycznie czytają tradycyjnie książki - między innymi z braku czasu. Tak więc nasze nagrania dodają do, a nie odejmują z rynku wydawniczego” – podsumowuje Beme.