Więzienia prowadzą prywatne firmy, a rząd płaci ochroniarzom, by w ich imieniu prowadzili wojny. I jest inny: gdzie podatki są horrendalne, państwo prowadzi obywatela za rękę, żywi go, leczy, opiekuje się nim i dba o jego pracę. Pierwszy leży w Ameryce, drugi w Skandynawii. Dwa różne modele, dwa wybory. I my. Chciałoby się napisać, że gdzieś pośrodku, ale to nieprawda. Wśród wielu pytań, które po 1989 roku sobie zadaliśmy, tego jednego nie było: ile państwa w państwie? Ponieważ nie wiemy, idziemy po omacku. Zwykle nabijając sobie guzy.

Przykład pierwszy z brzegu: służba zdrowia. Rząd oddaje powiatom nadzór nad lecznicami, karmiąc obywateli frazesami, że one przecież najbliżej, najlepiej, najgospodarniej, ale żadnej finansowej karty nie wypuszcza z ręki. Mają więc powiaty te swoje szpitale, ale wpływu na to, co się tam – i z nimi – dzieje, niewiele.

Przykład drugi: sześciolatki do szkół. Rząd ogłasza, że iść mają, bo to tylko z korzyścią dla ich edukacji, więc gminy muszą wszystko przygotować. Jak, gdzie, kiedy, za ile? – to już nie jest sprawa rządu, tylko gmin, przecież wiadomo, że edukacja to ich sprawa.

W obu przypadkach staje się to, co stać się musi: gdzie państwo sobie nie radzi, ludzie sobie radzą. Tak powstają prywatne lecznice, gabinety, szkoły, przedszkola i wypełniają – za pieniądze – lukę, która po znikającym państwie zostaje.

Wszystko byłoby dobrze, gdyby druga część tego równania się zgadzała. Ale nie – pity, vaty, akcyzy, zusy, mandaty i opłaty – wszystko po staremu. Państwo się kurczy, a kosztuje coraz więcej. Można by tłumaczyć wszystko jak zwykle biurokracją, zasiłkami, Kartą nauczyciela, demografią, ale sprawa jest bardziej skomplikowana. Ani obywatele, ani rządzący nie wiedzą, jakiego chcą państwa. Zamiast realizacji potrzeb, co do których się zgodzimy, że są priorytetowe, łatamy dziury. Trochę sypiemy tu, trochę tam, pamiętając, że za rok, dwa kolejne wybory, a za tydzień kolejny sondaż. Z sypania wszędzie – wszędzie brakuje, a zadowolonych brak. Bo z państwem jak z domem: jedni budują go na pokaz, by leczyć kompleksy, inni – by wygodnie mieszkać.