Prezydent elekt Joe Biden wykorzystał przemówienie, podczas którego ogłosił zwycięstwo w wyborach, do próby zjednoczenia Amerykanów. „Naród tego kraju przemówił, dał nam pewne zwycięstwo. Wygraliśmy największą liczbą głosów oddanych kiedykolwiek. Jestem zaszczycony zaufaniem, którym mnie obdarzyliście. Będę rządził jako amerykański prezydent, a nie jako przedstawiciel Partii Demokratycznej” – powiedział Biden w sobotę wieczorem do tłumu zebranego w jego rodzinnym Wilmington w Delaware. „Będę pracował tak samo ciężko dla tych, którzy nie głosowali na mnie, jak i dla tych, którzy głosowali. Niech ta ponura era podziałów w Ameryce wreszcie się skończy. To są Stany Zjednoczone Ameryki, a nie stany niebieskie lub czerwone (to nawiązanie do tradycyjnych kolorów obydwu partii – red.). Nigdy nie było niczego, czego nie bylibyśmy w stanie zrobić, gdybyśmy zrobili to razem”. Joe Biden zwrócił uwagę, że otrzymał 74 mln głosów, najwięcej w historii oddanych na mandat prezydenta USA.

W odmiennym tonie zabrał głos Donald Trump. Mówił m.in. o masowych oszustwach, o tym, że demokraci chcą mu ukraść zwycięstwo. Wśród winnych wymienił też sondażownie, które – jego zdaniem – zniechęcały do oddania na niego głosu. A wbrew ich przewidywaniom odniósł sukces na Florydzie i w Teksasie.

Media przyznają zwycięstwo

Cztery dni po wyborach do przeliczenia zostało na tyle mało głosów, że największe amerykańskie telewizje oraz agencja Associated Press zgodnie uznały, że po zwycięstwie w Pensylwanii, która zapewnia 20 głosów elektorskich, wybory wygrał demokrata. Łącznie ma już ponad 270 głosów elektorskich, co zapewnia mu prezydenturę. W USA media tradycyjnie przyznają zwycięstwa wyborcze w poszczególnych stanach jeszcze na podstawie częściowych danych z komisji.

Plany prezydenta elekta na pierwsze miesiące kadencji mają koncentrować się wokół masowych inwestycji. To, jak twierdzą doradcy Bidena, ma doprowadzić do powrotu na rynek miejsc pracy, które zostały zamknięte z powodu koronawirusa. Drugim celem jest zmniejszenie zależności USA od innych krajów w kwestii zaopatrzenia w kluczowe dla bezpieczeństwa kraju dobra, w tym sprzęt medyczny.

Jednym z kluczowych punktów, podkreślanych przez ekipę dopiero co wybranego prezydenta, jest także podwyższenie płacy minimalnej ze średnio 8,25 do 15 dol. za godzinę. Demokraci uważają także, że konieczne jest przegłosowanie przez Kongres kolejnego już pakietu stymulującego gospodarkę na czas kryzysu. W tej sprawie nie udało się im dojść przed wyborami do porozumienia z republikanami. Demokraci chcą, by nowe wsparcie opiewało na kwotę ponad 2 bln dol.

Kontrowersje wzbudziła deklaracja Bidena podczas ostatniej debaty prezydenckiej o zamiarze „wygaszenia przemysłu naftowego”. Polityk po telewizyjnym starciu wyjaśniał dziennikarzom, że chodzi mu jedynie o zatrzymanie dotacji federalnych. Cały czas podkreśla, że konieczne jest przejście do niskoemisyjnej gospodarki, i zamierza stawiać na odnawialne źródła energii.

Plany na Polskę

W ekipie Joego Bidena rozważane będą trzy scenariusze wobec Warszawy. Jak wynika ze słów naszego rozmówcy, urzędnika amerykańskiego Kongresu, pierwszy to taktyka Wessa Mitchella, wiceministra spraw zagranicznych z pierwszej połowy kadencji Trumpa, która sprowadzała się do cichego upominania przedstawicieli polskiego rządu.

Druga opcja to izolacja i niedopuszczanie do konsultacji dyplomatów z al. Szucha i Pałacu Namiestnikowskiego. Trzeci wreszcie model to otwarte łajanie Warszawy za – jak mówi nasz rozmówca – lekceważenie praworządności i praw człowieka, a z drugiej strony pompowanie pieniędzy w organizacje pozarządowe, które walczą o prawa obywatelskie i rządy prawa. Który scenariusz jest najbardziej prawdopodobny?

Otwartej konfrontacji raczej nie będzie. Ludzie zajmujący się polityką zagraniczną w Waszyngtonie uspokajają, że po prostu nastąpi powrót do tradycyjnej dyplomacji, sprzed czasów Trumpa. W takim też nastroju wypowiadał się ostatnio w rozmowie z DGP Michael Carpenter, doradca Bidena i kandydat na kierownicze stanowisko w Pentagonie bądź ministerstwie spraw zagranicznych.

„Zarówno Polska, jak i USA mają problemy z praworządnością, do których muszą się odnieść i z nimi uporać. W Ameryce przez ostatnie cztery lata miała miejsce stopniowa erozja demokratycznych pryncypiów. Wymiar sprawiedliwości i służby specjalne zostały upolitycznione. Dlatego i my, i wy mamy przed sobą w tej materii pracę do wykonania. Zapewniam, że to za jakiś czas przyniesie owoce” – powiedział Carpenter. Na pytanie o to, czy Polska będzie teraz przez Waszyngton postrzegana jak Białoruś, bo Biden w jednym z przemówień zestawił te dwa kraje jako niedemokratyczne, odparł, że to dwie kompletnie różne kategorie spraw.

„To niefortunne, że zostały połączone w jedno w wypowiedzi wiceprezydenta Bidena, ale takie drobne wpadki się nieintencjonalnie zdarzają, kiedy jest się na szlaku kampanii i trzeba się w jednej chwili móc merytorycznie odnieść do 50 różnych tematów” – dodał, tłumacząc gafę swojego szefa.

W sprawach dotyczących polskich inwestycji w amerykański sprzęt i technologię poważnych zmian nie powinniśmy się spodziewać. Żadna amerykańska administracja nie zrezygnuje z umów na transakcje liczone w miliardach dolarów. Chodzi m.in. o zakup amerykańskich myśliwców F-35, sprzedaż Polsce gazu LNG oraz transfer technologii nuklearnej.