– To może być wysłanie całej oświaty na naukę zdalną czy zakaz poruszania się poza dojazdem do pracy – mówi jeden z naszych rozmówców. Wszystko zależy od tego, czy zauważalne staną się efekty obostrzeń z połowy października: poszerzenia czerwonych stref, odesłania młodzieży na e-lekcje. Czyli czy zobaczymy spowolnienie przyrostu zakażeń. Sprawa jest dla rządu o tyle paląca, że w przyszły weekend wypada Wszystkich Świętych, Polacy ruszą więc na cmentarze.

Wprowadzone w sobotę regulacje pokazują, że rząd przestraszył się szybkiego przyrostu przypadków koronawirusa. – Mamy wzrost wykładniczy, spodziewamy się średnio ponad 20 tys. nowych przypadków dziennie w tym tygodniu – mówi nam osoba z rządu. Jeśli to tempo się nie zmniejszy, pod koniec tygodnia premier może podjąć decyzję o kolejnych obostrzeniach. – To może być wysłanie reszty szkół na naukę zdalną, zakaz przemieszczania się poza dojazdem do pracy – słyszymy. – Jak do piątku koronawirus nie zwolni, można się szykować na pełny lockdown – podkreśla inny z naszych rozmówców. To o tyle możliwe, że w przyszły weekend jest Wszystkich Świętych – to moment, kiedy większość odwiedza cmentarze oraz rodziny.

Już piątkowe decyzje pokazują, że rząd poszedł dalej niż zamierzał pierwotnie. Wcześniej była mowa o skróceniu prac barów i restauracji czy wysłaniu na naukę zdalną klas 6–8 w podstawówkach. Ostatecznie restauracje mogą sprzedawać tylko na wynos przez dwa tygodnie (z możliwością przedłużenia), seniorzy mają zakaz wychodzenia z domu poza określonymi sytuacjami, a młodzież i dzieci do lat 16 nie mogą sami przebywać poza domem w godzinach 8–16 (wyjątek: droga do i z szkoły). Do tego zamknięto sanatoria, a w przestrzeni publicznej nie może się spotykać więcej niż 5 osób spoza gospodarstwa domowego.

Do zaostrzenia kursu doszło po tym, jak stale rosła liczba przypadków koronawirusa. – Zamknięcie szkół miało wyłączyć jeden z istotnych czynników mobilności społecznej, gdyby Polacy chodzili codziennie do teatru, to byśmy musieli je zamknąć. A decyzja dotyczy klas 4–8, gdyż ograniczenia dotyczące mniejszej liczby klas spowodowałyby kłopoty logistyczne dla szkół – wyjaśnia nasz rozmówca z rządu. Chodzi o to, że dzieci z młodszych klas mają na ogół zajęcia z jednym nauczycielem, a od klasy IV wchodzi nauczanie według przedmiotów z wieloma pedagogami. Rząd nie liczy, że wprowadzenie obostrzeń zmniejszy liczbę przypadków w przyszłym tygodniu, ponieważ inkubacja wirusa trwa przeciętnie 4–5 dni. Efekty obostrzeń zobaczymy pod koniec tygodnia. – Dlatego decyzje będą zapadały na podstawie trendu, ale także obserwacji tego, co się dzieje w innych krajach – podkreśla osoba z rządu. W zeszłym tygodniu dzienny wzrost przypadków wahał się między 10 a 20 proc. Jeśli nie uda się go zmniejszyć, to pod koniec tego tygodnia możemy mieć między 25 a blisko 45 tys. nowych przypadków zachorowań dziennie. – Nie liczymy na zmniejszenie liczby zachorowań, chodzi o wolniejszy przyrost – wyjaśnia nasz rozmówca.

Jednocześnie rząd myśli o kolejnej odsłonie ustawy covidowej. Projekt może być dogrywany pod koniec tygodnia. Na razie nie wiadomo dokładnie, jakie będzie zawierał rozwiązania. – Zbieramy pomysły, to kwestie, które pojawiają się na bieżąco i są efektem problemów, jakie pokazuje przebieg epidemii – zauważa nasz rozmówca z rządu. Na razie jednak priorytetem jest uchwalenie ustawy o dobrym samarytaninie. Dziś zajmie się nią Senat. Jak słyszymy, choć była silna presja ze strony PiS oraz ludowców, by przyspieszyć obrady, ustawa trafiła do izby wyższej dopiero w piątek po południu. Plan zakłada, że jeszcze dziś senatorowie zajmą wobec przepisów stanowisko. O 10:30 prace rozpocznie senacka komisja, a obrady na sali plenarnej rozpoczną się o godz. 16. – Nawet jeśli pojawią się poprawki w trakcie posiedzenia, senatorowie mają pracować do skutku, jeśli będzie trzeba, także w nocy – słyszymy w Senacie.

Z naszych rozmów wynika, że PiS raczej poprawek nie będzie zgłaszał. – Nie zamierzam wnosić poprawek, to pilna ustawa. Uważam, że obecne tempo prac to rodzaj obstrukcji. Można było przyjąć ustawę w końcu tygodnia, zaraz po tym jak opuściła Sejm – podkreśla Stanisław Karczewski z PiS. Mimo to wszystko wskazuje na to, że izba wyższa, w której większość ma opozycja, zaproponuje szereg poprawek. – Dotychczasowe doświadczenia z ustawami przesyłanymi z Sejmu są takie, że każdorazowo biuro legislacyjne wskazuje nam jakieś błędy i niedociągnięcia. Należy się spodziewać, że tak będzie i tym razem, choć nam również zależy, by prace zakończyć jak najszybciej – mówi senator niezależny Krzysztof Kwiatkowski.

Jak słyszymy od senatorów opozycji, część poprawek będzie daleko idąca. Jedna z nich ma zakładać wyodrębnienie kwoty 5 mld zł w Funduszu Przeciwdziałania COVID-19 na „wsparcie leczenia COVID”, przy czym głównie chodzi tu o sfinansowanie powszechnych testów personelu medycznego. – To trik pod publiczkę. Już 10 mld z funduszu covidowego zabezpieczyliśmy na ochronę zdrowia, jak trzeba będzie więcej, zwiększymy pulę – mówi nasz rozmówca z rządu.

Kolejny pomysł senatorów dotyczy umożliwienia matkom wcześniaków widzenia się z dziećmi w szpitalu (dziś jest to niemożliwe ze względu na obostrzenia pandemiczne). – Chcemy, by te kobiety były testowane i miały zapewnione lokum, np. w postaci hoteli, gdzie mogłyby przez 1–2 tygodnie mieszkać, żeby mieć kontakt z dziećmi – mówi nam jeden z senatorów.

– To skrajny populizm. W jaki sposób szpitale miałyby zapewnić lokum? Matki i tak przechodzą testy przed spotkaniem z dziećmi. Poza tym, jak można ustawowo zmusić ordynatora szpitala, by wpuszczał matki na oddział ryzykując zakażenie innych dzieci przebywających na oddziale? – krytykuje ten pomysł osoba z kręgów rządowych.

Kolejne poprawki mają dotyczyć sytuacji finansowej personelu medycznego. Ustawa, która wyszła z Sejmu, zakłada co prawda 200 proc. wynagrodzenia, ale tylko dla pracowników medycznych oraz służb skierowanych przez wojewodę do pracy związanej ze zwalczaniem COVID-19. Senatorowie chcą rozciągnąć tę zasadę na jakąś część pozostałego personelu, który walczy z koronawirusem, nie na podstawie wskazania wojewody. – To nie jest żaden problem, jest już przygotowane polecenie szefa NFZ, które wejdzie w życie razem z ustawą covidową, a które zakłada taki sam 200-proc. dodatek dla pozostałej kadry medycznej – podkreśla Wojciech Andrusiewicz, rzecznik Ministerstwa Zdrowia.

Ze strony senatorów ma się też pojawić propozycja blokująca pomysł, by rząd mógł „w szczególnie uzasadnionych przypadkach” zawieszać kierownika podmiotu leczniczego w razie odmowy wykonania polecenia. Opozycja sądzi bowiem, że w miejsce dyrektorów szpitali, z którymi PiS nie będzie po drodze, pojawiać się będą partyjni nominaci.

Restauratorów faktyczny lockdown objął już przedwczoraj – przez dwa tygodnie posiłki wolno wydawać jedynie na wynos. Według Macieja Koteckiego, założyciela Stowarzyszenia „Przyszłość dla Gastronomii”, bardzo prawdopodobne jest jednak przedłużenie zakazu. A to oznaczałoby dramat.

– Z rynku może zniknąć nawet 30 proc. lokali – uważa Kotecki. Według niego pierwszym skutkiem obostrzeń może być fala zwolnień, które – jeśli przedsiębiorcy nie otrzymają pomocy – mogą się zacząć już w tym tygodniu. To prawdopodobne, bo restauratorzy nie zdążyli jeszcze odrobić strat po wiosennym zamrożeniu działalności – dociążały ich obostrzenia sanitarne, a potem także ograniczenia związane z funkcjonowaniem żółtych i czerwonych stref.

– Efekt był taki, że obroty spadły najpierw średnio o 30 proc., a w ostatnich dniach, w związku z dużym skokiem liczby chorych, średnio nawet o połowę – tłumaczy Maciej Kotecki.

Jeśli te przewidywania się sprawdzą, problem będzie tylko rosnąć: zatrudnienie w gastronomii jest dużo większe niż np. w branży fitness, która ostro protestowała po wprowadzeniu ograniczeń tydzień wcześniej. Marta Petka-Zagajewska, ekonomista banku PKO BP, przytacza dane, według których same największe restauracje (zatrudniające dziewięciu i więcej pracowników) dawały dotąd pracę ponad 213 tys. osób. Branża apeluje o pomoc. Na razie Ministerstwo Rozwoju, Pracy i Technologii proponuje powrót do zwolnienia ze składek ZUS i świadczenia postojowego na listopad. Nowym pomysłem jest mikrodotacja, o której resort rozwoju chce jeszcze z biznesem rozmawiać. Dla restauratorów jednak największym obciążeniem – ok. 70–80 proc. kosztów działalności – są czynsze, które mimo braku obrotów będą musieli płacić właścicielom lokali.