Zamrożenie gospodarki okazało się dla Atlasa dużym kłopotem?

Nasza branża bardzo wolno się rozpędza, ale w sytuacjach kryzysowych wolno hamuje. Dodatkowo wskaźniki jeszcze przed pandemią były na rekordowo wysokim poziomie. Przez pierwszy miesiąc kryzysu przeszliśmy suchą stopą. Maj i czerwiec również były dobrymi miesiącami dla wszystkich producentów chemii budowlanej. Szacujemy, że rynek tych materiałów w pierwszej połowie roku wzrósł 7–8 proc. W przypadku Atlasa dynamika wzrostu to ok. 5–6 proc. powyżej rynku. Dlatego nie musieliśmy ograniczać mocy produkcyjnych i nie redukowaliśmy zatrudnienia. Wręcz przeciwnie – na liniach produkcyjnych wprowadzaliśmy nadgodziny, co było także związane z brakiem rąk do pracy, w tym z odpływem pracowników z Ukrainy.

Obserwując branżę, spodziewam się, że pewne problemy odczujemy w przyszłym roku.

Nie będą one tak poważne, jak np. w przypadku turystyki – w naszej ocenie czeka nas spowolnienie, a nie zamknięcie rynku. W przeciwieństwie do innych branż mamy też czas, żeby się do tego przygotować. Oczywiście, jeśli w międzyczasie nie zdarzy się kolejny lockdown.

COVID-19 przyspieszył sprzedaż materiałów budowlanych czy po prostu nie zdążyła ona wyhamować?

W wielu segmentach widać było dynamiczne przyspieszenie. W sytuacji, w której ludzie nie mogli wychodzić z domu, prace remontowe stały się swoistym substytutem normalności. Sprzedaż w kwietniu spowolniła dopiero po ograniczeniach w dostępie do sklepów. W maju, po odmrożeniu, znowu przed marketami były tłumy. Taki trend ma szansę się utrzymać, bo – po prostu – wiele osób nie wyjedzie w tym roku na wakacje. Okres letni będzie więc sprzyjał dynamice prac remontowo-budowlanych. Tak zresztą bywało przed laty. Wróciliśmy trochę do wcześniejszych zachowań.

Nawet druga fala nie pokrzyżowałaby tych planów?

Ona może wzmocnić niepewność, a przez to wyhamują prace budowlane przy nowych inwestycjach. Inwestorzy obawiający się utraty płynności nie będą chcieli angażować się finansowo. Wydaje się jednak i mamy taką nadzieję, że w Polsce drugiego zamrożenia nie będzie. W porównaniu do Zachodu przechodzimy COVID-19 dość łagodnie. Doświadczenie, jakie wynieśliśmy w kwietniu jako społeczeństwo, również jest dziś nie do przecenienia. Boimy się mniej, a liczby zachorowań i zgonów, choć oczywiście poważne i smutne, nie są jednak katastrofalne.

Przez mniejszą liczbę zachorowań polskim firmom będzie łatwiej rywalizować na Zachodzie, gdzie wstrzymano produkcję?

Wiele gospodarek wciąż pozostaje zamkniętych dla rynków zewnętrznych. Tam, gdzie takiego zamknięcia nie było, można powiedzieć, że faktycznie „mamy łatwiej”. Korzystaliśmy np. na lockdownie w Wielkiej Brytanii czy Niemczech. Zyskaliśmy na tym, że na tamtejszych rynkach brakowało niektórych materiałów. Są też produkty, na które zapotrzebowanie rośnie już od kilku lat. Tak jest np. w wypadku wyrobów gipsowych, których poszukuje konkurencja. U nas jest tych wyrobów więcej niż za granicą za sprawą funkcjonowania elektrowni węglowych – gips jest produktem ubocznym spalania węgla. Nasz eksport jest również w dużej mierze efektem obecności Polonii. Często Polacy i działające na Zachodzie małe polskie firmy wolą rodzime produkty, które znają. Zdarza się tak, że całe ekipy przyjeżdżają do kraju na weekend i tu zaopatrują się w materiały budowlane, na miejscu dokupując jedynie pojedyncze sztuki.

Wykonawcy kierują się patriotyzmem gospodarczym?

Coraz częściej zwracają na to uwagę. Dlatego nawet jeden z naszych zachodnich konkurentów eksponuje polską flagę w sąsiedztwie logo. To ciekawe, bo wcześniej wszyscy raczej uciekali od polskiej symboliki, a dziś zagraniczne firmy chcą pokazać, że są stąd. Możemy trochę uczyć się od Niemców – oni wiedzą, że trzeba wspierać swój lokalny przemysł, nawet jeśli produkt zagraniczny jest lepszy jakościowo i w atrakcyjnej cenie. Myślę, że po pandemii COVID-19 takie podejście będzie coraz istotniejsze.

COVID-19 będzie oznaczał powrót do protekcjonizmu?

Nie tyle powrót, chodzi raczej o wzrost znaczenia protekcjonizmu. Te trendy widać było już wcześniej, zwłaszcza we Francji czy Włoszech, a teraz będą po prostu narastać. Wydaje się, że obecny kształt globalizacji i wspólnego rynku nie do końca się sprawdził. Korzystały na nim kraje, które miały już wcześniej bardzo rozwinięty eksport – w przypadku Europy były to przede wszystkim Niemcy. Zamożne państwa były mniej otwarte na zagraniczne podmioty niż kraje Europy Środkowo-Wschodniej. Procedury dopuszczenia do obrotu produktów z zewnątrz są na Zachodzie tak skomplikowane, że nawet my – dość duża i rozwinięta technologicznie firma w polskiej skali – nie zawsze możemy pozwolić sobie, by im sprostać ze względu na bardzo wysokie koszty wejścia i hermetyczność rynków. Mniejsze podmioty od razu są na straconej pozycji, bo wiąże się to z kosztem nawet kilkudziesięciu tysięcy euro za jeden wyrób. Ponadto duże sieci handlowe preferują sprzedaż pod własnymi markami – a to ogranicza budowę własnej na rynkach zagranicznych. W efekcie cały biznes jest mniej rentowny. My sobie radzimy z tym poprzez własne spółki handlowe i zagraniczne fabryki, ale cały czas rozglądamy się za dalszymi inwestycjami i akwizycjami.

Jak odbijają się na działalności Atlasa podwyżki cen energii?

Nieprzygotowane do zarządzania cenowego firmy albo już wpadły w kłopoty, albo zaraz je będą miały. U nas najbardziej energochłonne są procesy wydobycia. Wyższe koszty energii oczywiście bezpośrednio przekładają się na podwyżki cen dla klientów. I taką podwyżkę byliśmy zmuszeni naszym klientom „zafundować”.

Jak polityka klimatyczna UE wpływa na biznes?

Wiele założeń tej polityki jest jak najbardziej słusznych i koniecznych. I trudno z nimi dyskutować. Trudno też nie być dziś zwolennikiem redukcji emisji CO2. Wydaje się jednak, że w całym procesie zmian i narzucanych przepisów czasem trochę brakuje pragmatyzmu. W efekcie przyjętych regulacji dotyczących CO2 produkcja przenosi się do państw, w których nikt nie nadzoruje emisji. Przemysł energochłonny emigruje dziś do Azji, ale produkty wracają przecież na światowe rynki. To globalnie nic nie zmienia, a nawet potęguje problem.

Czy COVID-19 wykreował nowe trendy sprzedażowe?

Nie. Procesy budowlane są dość konserwatywne. Zarówno profesjonalni wykonawcy, jak i majsterkowicze szukają zazwyczaj uniwersalnych, łatwych w aplikacji wyrobów. W obliczu COVID-19 klienci nie zaczęli wybierać tańszych produktów i cały czas przywiązują wagę do coraz wyższej jakości. Na przestrzeni ostatnich lat znacząco wzrosły koszty pracy. To powoduje, że coraz większą rolę odgrywają nie tyle same materiały, ile proces ich instalowania, aplikacji. Tym samym konsumenci i wykonawcy są skłonni kupować lepsze, choć droższe produkty niż te tańsze, na których dłużej się pracuje. Coraz bardziej poszukiwane są te dobra, które usprawniają i przyspieszają pracę.

Jakie są plany inwestycyjne Atlasa?

Niektóre decyzje inwestycyjne musieliśmy opóźnić, ale na pewno będziemy automatyzować i robotyzować produkcję, by zwiększyć wydajność. Jesteśmy przekonani, że obecna sytuacja jest tymczasowa – szybciej niż w ciągu dwóch lat jako Polska zapewne znowu wejdziemy na ścieżkę wzrostu. Dlatego nie zmieniamy zasadniczo swojej strategii – musimy wciąż myśleć o wzroście efektywności. Nie możemy pozwolić sobie na zastój, choćby z powodu rosnących kosztów pracy. Unowocześnianie produkcji coraz bardziej się opłaca i ma coraz lepszą stopę zwrotu. Ponadto ciągle inwestujemy w rozwój narzędzi IT i cyfryzację, co spowodowane jest coraz większymi zbiorami danych i rozwojem gospodarki cyfrowej.

Jak firma przeszła przez wprowadzenie obostrzeń?

Struktura firmy jest dość rozproszona, wielooddziałowa, stąd nie było np. większego problemu z pracą zdalną. Okazała się ona zresztą całkiem efektywna. Praca w domu w ogóle ma wpływ na szersze zmiany dla naszego biznesu – myślę, że rynek będzie ewoluował w tym kierunku. Zdalność nie będzie już luksusem, lecz stanie się standardem. Po COVID-19 zmieni się podejście do przestrzeni biurowych, zmniejszy się zapotrzebowanie. Może również spaść popyt na mieszkania w największych miastach. Okazuje się, że wcale nie trzeba żyć blisko miejsca pracy, by ją wykonywać. Równie dobrze można mieszkać na obrzeżach czy nawet w innym mieście. To przy okazji spora szansa na pobudzenie rozwoju mniejszych miast.

Ile kosztowało przystosowanie się do pracy w czasie COVID-19?

Pierwsze koszty szły w setki tysięcy złotych miesięcznie. Problematyczne było zaopatrzenie się w środki ochronne, bo nigdzie ich nie było. Mieliśmy choćby duży problem z kupieniem masek. Szczęśliwie, wykorzystując naszą spółkę zależną, ściągaliśmy je z Białorusi, bo tam COVID-19 dotarł później. Musieliśmy też zadbać o to, by pracownicy nie bali się przychodzić do pracy. Na początku to był dość spory wysiłek i wprowadziliśmy nawet premie za obecność. Niezbędne do funkcjonowania w dobie pandemii rozwiązania informatyczne nie kosztowały nas zbyt dużo. Po prostu efektywniej korzystaliśmy z narzędzi, które wdrożyliśmy wcześniej.

Atlas skorzystał z pomocy państwa i tarcz antykryzysowych?

Nie. Wiemy, że są branże, które bardzo tego potrzebują. My nie musimy. Postawiliśmy sobie za cel utrzymanie miejsc pracy bez rządowych środków. Jesteśmy zresztą dość konserwatywni w kwestii polityki kredytowej i zaciągania długów.


NPBP2020

Jak wyglądały relacje z kontrahentami?

Nie było problemów, nasi partnerzy to głównie firmy rodzinne, a więc takie, które charakteryzują się dużą umiejętnością funkcjonowania nawet w trudnych warunkach. Ciekawym zjawiskiem była bardzo wysoka dbałość o terminowe płatności, niż miało to miejsce przed COVID-19. Problemów nie było także w kontaktach z poddostawcami. Widząc to, co dzieje się na świecie, zwiększyliśmy stany magazynowe surowców, zanim pandemia przyszła do Polski. Większość dostaw, może poza tymi z terenu Włoch i Hiszpanii, została utrzymana.