Jednym z haseł, które można usłyszeć w Gruzji, jest „Georgia: Italy goes Marxist”, w którym chodzi o to, że kraj wygląda tak, jak wyglądałyby Włochy, gdyby na pewnym etapie ich rozwoju opętał je radziecki system komunistyczny. I rzeczywiście. Coś w tym jest. Choć nie ograniczałbym tej gruzińskiej południowości wyłącznie do Włoch.

Tak mogłyby wyglądać również Portugalia czy Hiszpania. Ba, najbardziej Gruzja przypomina mi Bułgarię. W każdym razie o wiele bardziej niż sąsiednią Armenię. Ta wygląda jak postsocjalistyczna Republika Babilonu i Asyrii, z tym jej dążeniem do monumentalności w radzieckiej i poradzieckiej architekturze. W surowości krajobrazu i ludzi. A Gruzja? Ma w sobie coś z wesołkowatego europejskiego – bardzo europejskiego – Południa.

Najwyraźniej zobaczyłem to w rodzinnej wsi Bidziny Iwaniszwilego – Czorwili. Zarządcy, można powiedzieć, Gruzji. Jej pana feudalnego, który obecnie nie pełni żadnej politycznej funkcji, wszystko natomiast w kraju zależy wyłącznie od niego. To coraz częściej spotykany mechanizm, nazwijmy go – postdemokratyczny. Albo neofeudalny, jeśli ktoś chce.

Bidzina Iwaniszwili – pan na Gruzji, którego pałac nawisa nad Tbilisi niczym posiadłość Sknerusa McKwacza nad Kaczogrodem, postanowił zrobić dobrze swoim ziomkom ze wsi, z której pochodził i w której wyrastał jako najmłodsze z wielu dzieci biednego pracownika fabryki w pobliskim mieście.

Prowincja to tutaj, generalnie rzecz biorąc, trochę przeszłość. Gruzińskie wsie, szczególnie te górskie, wyglądają tak, jak dawniej musiały wyglądać Włochy. I nie tylko one. To zajrzenie pod najnowszą warstwę Europy. Błotniste, ciągnące się często wysoko pod górę wąskie dróżki. Domy w sadach, a w tle góry. Wygląda to wszystko na razie jak w „Boracie”, ale wystarczyło – jak w rzeczonej Czorwili – wyasfaltować ulice, otynkować domy i wymienić dachy na takie, które co prawda nie są kryte dachówką, lecz tańszą blachodachówką – by cała okolica, dawniej nieróżniąca się od tych „boratoidalnych” – przeskoczyła nagle do włoskiego kontekstu. Czy nawet, biorąc pod uwagę alpejskopodobne szczyty w tle i zielone łąki pełne krów – szwajcarskiego.

Z dachami historia była dość zabawna. Iwaniszwili bowiem pozwolił swoim sąsiadom wybierać: zielony dach czy czerwony? Teraz cała Czorwila – a przy okazji sąsiednie wsie – puszy się nowymi dachami. Raz zielonym, raz czerwonym. Nie to, co stary, radziecki eternit. Rozmach pański zresztą dawniej był jeszcze szerszy. Iwaniszwili fundował swoim ziomkom niektóre produkty w sklepach, opłacał im gaz i dorzucał się do pensji. Łaska suwerena jednak na pstrym koniu jeździ. Po jakimś czasie pan uznał, że nie ma co przesadzać. Dopłaty i darmówka się skończyły. No, ale asfalt, tynk i dachy zostały. Zostały też przedszkole i szkoła, które wybudował oligarcha.

I to była jednak już nie przeszłość, lecz przyszłość.

W czasie, gdy rozmontowywane są dobre obyczaje starych demokracji, gdy społeczna kontrola nad władzą słabnie, a społeczeństwo ucieka z niepewności i nijakości liberalnego kapitalizmu pod skrzydła nowych feudałów – tak właśnie może wyglądać przyszłość. Łaska pańska, szczodry gest – to jest to, na co możemy liczyć.

W orbánowskich Węgrzech, miejscowość Felcsút – w której Viktor Orbán spędził pierwsze lata życia, a jego rodzinie wiodło się gorzej niż sąsiadom – po tym, jak premier się odkuł, została wyposażona w symbol potęgi – gigantyczny stadion piłkarski i szkołę dla młodych zawodników. Dostała również absurdalną, wożącą powietrze wąskotorową kolejkę, za pomocą której spod stadionu można dostać się nie do miejsca pracy w okolicznych miastach, ale do starego parku księcia Józefa Habsburga w niedalekim Alcsútdoboz. Tam z kolei rodzina Orbánów wybudowała sobie posiadłość.

Pokazywanie Felcsútowi, kto tu teraz rządzi, manifestuje się jeszcze w jednej rzeczy: dawny mer miasteczka, Lőrinc Mészáros, został kimś w rodzaju luksusowej kurtyzany władcy. To właśnie na niego, jako na słupa, porejestrował Orbán wiele swoich interesów, robiąc z Mészárosa jednego z najważniejszych ludzi na Węgrzech. O wiele bardziej bogatego, niż był kiedykolwiek książę Józef Habsburg.

To samo Aleksandria, w której dorastał Alaksandr Łukaszenka, dyktator i prezydent Białorusi. Wieś jest odpicowana na wysoki połysk, odstając od sąsiednich (bo choć na Białorusi miasta utrzymywane są na pewnym, raczej nieopadającym poziomie, to wieś się wyludnia i niszczeje). Prowadzi do niej linia kolejowa, a do samej miejscowości zakazano wjazdu (czego na szczęście nikt nie pilnuje).

Można tak wyliczać. Ramūnas Karbauskis, litewski strongman, który stoi za rządzącym Litwą ugrupowaniem, to obsesyjny abstynent z miętą do litewskiego pogaństwa. Swoją rodzinną miejscowość, Naisiai (w której jego ojciec był dyrektorem kołchozu, co stało się po upadku ZSRR podwalinami ich wielkiego finansowego imperium) zamienił w coś w rodzaju litewskiej idylli. Sfinansował serial, który miał opiewać Naisiai jako rajskie miejsce rodem z „U pana Boga za piecem” i zafundował jej coś w rodzaju pogańskiego parku pod gołym niebem pełnego rzeźb starych bóstw. Z ołtarzem dla żerców i sztucznym jeziorem. Naisiai jest czyste i zadbane. I wyraźnie odstaje od pozostałych miejscowości, też zresztą całkiem dobrze utrzymanych. Ale jest inne. Równiejsze wśród równych.

Więc tak. W Czorwili w Gruzji ujrzałem jednocześnie przeszłość, jak i przyszłość Europy. Uciekającej od wolności i demokratycznej kontroli władzy jakości jej sprawiania na złamanie karku. Bo władza w Europie, szczególnie Środkowej, prostaczeje. Nie chodzi wyłącznie o to, że zmieniane są społeczne ustawienia na konserwatywne – ja sam konserwatystą nie jestem, raczej odwrotnie, ale uważam, że konserwatyzm jest siłą, która ma prawo i obowiązek funkcjonowania w demokratycznej strukturze i balansować postępowców tam, gdzie zbyt ochoczo ciągną do przodu. I vice versa. Ale – na przykład – odchodzenie przez tych mieniących się konserwatystami populistów od prawnych zasad domniemania niewinności czy in dubio pro reo, sprowadzanie konstytucji do fasady czy upartyjnianie – czyli feudalizowanie – instytucji państwowych ciągną rzeczywistość w jednym kierunku: autokracji. Quasi-monarchii. A nam, szaraczkom, pozostaje jedynie modlić się. Do Boga, który już dawno w naszych społeczeństwach po freudowsku umarł. Choć próbujemy go wskrzesić jako zombie, by była to monarchia oświecona. 

Łaska pańska, szczodry gest – to jest to, na co możemy liczyć

* Ziemowit Szczerek jest dziennikarzem i autorem książek, m.in. „Przyjdzie Mordor i nas zje” (nominowanej do Nagrody Literackiej Nike w 2014 r.) oraz „Tatuaż z tryzubem” (nominowanej do Nike w 2016 r.). Tekstem o Czorwili rozpoczyna współpracę z „Dziennikiem Gazetą Prawną”.