Czy po ostatnim Marszu Równości w Białymstoku pomyślał pan sobie „nigdy więcej”? A może odwrotnie – że tym bardziej takie marsze powinny się odbywać?

Moim obowiązkiem jako prezydenta miasta jest zapewnienie wszystkim możliwości zrealizowania konstytucyjnego prawa do wolności zgromadzeń. Moje osobiste poglądy nie mają tu znaczenia.

Co z weekendowym marszem lewicy przeciwko przemocy? Zamierza go pan powstrzymać? A co, jeśli zostanie zorganizowany spontanicznie?

Na sobotę 27 lipca wpłynęło kilka zgłoszeń zgromadzeń. Jeżeli będą spełniały wymogi formalne, to je zarejestrujemy zgodnie z ustawą – Prawo do zgromadzeń. Inna sprawa, czy tak szybko po wydarzeniach z Marszu Równości potrzebny jest nam, białostoczanom, kolejny marsz… Potrzebujemy czasu, żeby ochłonąć, pozbierać się po tym, czego wielu białostoczan doświadczyło, a co wielu ze ściśniętym sercem obserwowało w relacjach.

Politycy PiS z reguły odcinają się od tych ludzi, którzy atakowali maszerujących. Szefowa MSWiA nazwała ich wręcz „zwyrodnialcami”. Wierzy pan w te zapewnienia?

Bardzo chciałbym w nie wierzyć. Niestety, obawiam się, że te reakcje mają ścisły związek z kampanią parlamentarną. PiS próbuje teraz przybrać łagodną maskę i łagodzić nastroje, które wcześniej sam podsycał, wskazując swojemu elektoratowi kolejnego wroga – tym razem środowiska LGBT. Szczególnie zastanawiająca jest rola lokalnych działaczy PiS – radnego sejmiku województwa Sebastiana Łukaszewicza, radnego miejskiego Henryka Dębowskiego, p.o. dyrektora gabinetu marszałka województwa Roberta Jabłońskiego i samego Artura Kosickiego – w sobotnich wydarzeniach. Trzech pierwszych wymienionych przeze mnie działaczy można było oglądać na czele jednej z blokad Marszu Równości. Jaka była ich rola? A marszałek Artur Kosicki zorganizował konfrontacyjny przemarsz ulicami Białegostoku, nie mając ku temu żadnej podstawy prawnej. Będziemy te sprawy zgłaszać do prokuratury.

Po niedawnym konflikcie o dwukadencyjność samorządy znowu są na wojnie z PiS?

Nie używałbym tu retoryki wojennej, ale widzimy istotne zagrożenia dla podstaw finansowych samorządu. Decyzje polegające na zmniejszaniu obciążeń podatkowych czy zmian związanych z OFE spowodują istotne uszczuplenia samorządowych finansów. Już teraz ponad 800 gmin albo nie ma w ogóle, albo ma minimalną nadwyżkę operacyjną. Szacujemy, że w przyszłym roku – wskutek realizacji obietnic wyborczych rządu – samorządy stracą ponad 15 mld zł. Wówczas tych gmin zagrożonych utratą płynności finansowej będzie znacznie więcej. Dlatego upominamy się o zrekompensowanie tych ubytków. Niestety, premier nie chce z nami na ten temat rozmawiać.

Minister finansów twierdzi, że dochody własne samorządów rosną, spada zadłużenie, rosną inwestycje i że to one odpowiadają za deficyt w lokalnych budżetach. Słysząc takie deklaracje, trudno na poważnie przyjąć, że samorządy są na skraju bankructwa.

Argumenty strony rządowej dotyczą przeszłości. My nie negujemy większych wpływów z PIT dla samorządów w ostatnich latach. Problem w tym, że one już zostały skonsumowane, bo nikt w rządzie nie bierze pod uwagę, jak bardzo podrożały ostatnio inwestycje i ile dokładamy do systemu oświaty. My koncentrujemy się na przyszłości. A ona rysuje się w ciemnych barwach, bo tak wynika z naszych wyliczeń, zresztą w oparciu o dane MF. Przy rosnących obciążeniach dla samorządowych budżetów wiele gmin może nie być w stanie uchwalić budżetów czy konsumować środki unijne na dotychczasowym poziomie, bo zwyczajnie nie będzie nas stać na wkład własny przy projektach. Takie są fakty i nie jesteśmy z nikim w stanie wojny. Gdyby jakikolwiek inny rząd podjął te same działania, co obecnie PiS, nasza reakcja byłaby identyczna.

ONZ interweniuje w sprawie polskiej sędzi. To pierwszy taki przypadek w historii>>>

Których zmian w systemie podatkowym samorządowcy obawiają się najbardziej?

Bolesne będą zmiany w OFE, które wywołają jednorazowy ubytek w wysokości 9,5 mld zł dla całego sektora samorządowego. Obniżka stawki PIT z 18 do 17 proc. to ubytek 4,8 mld zł rocznie, podwojenie kosztów uzyskania przychodu – ponad miliard złotych rocznie i zerowy PIT dla młodych – kolejny miliard rocznie.

A w szóstce Schetyny nie dostrzegacie żadnych zagrożeń dla samorządów?

W tej chwili to zapowiedzi wyborcze, a PiS swoje plany już realizuje, i to jeszcze w trakcie roku budżetowego. Poza tym rozmawiamy z podmiotem, który dziś sprawuje władzę. Jeżeli on się zmieni, te rozmowy będą dalej prowadzone.

Nie ma pan wrażenia, że o kryzysie finansowym samorządów alarmowaliście już tyle razy, że kolejne rządy i opinia publiczna stały się impregnowane na wasze argumenty?

Czasami presja ma sens. Chcemy ostrzegać przed faktem, a nie po fakcie. Rozmowy z rządowymi oficjelami może są miłe, ale nie przynoszą żadnych konkretnych obietnic. Brakuje woli politycznej, by pomagać samorządom.

Ale chyba nie jest tak, że PiS tylko samorządom zabiera. Politycy tej partii chwalą się, że w ramach Funduszu Dróg Samorządowych na drogi lokalne trafi 6 mld zł rocznie, do tego za chwilę rząd sypnie pieniędzmi na rewitalizacje połączeń autobusowych, docelowo 800 mln zł rocznie.

Tyle że te programy nie dotyczą np. takich miast jak Białystok. W dodatku w FDS procedura zatwierdzania projektów gminnych czy powiatowych jest bardzo nietransparentna, a pieniądze dzielone są według klucza politycznego.

Czyli za rządów PiS duże miasta są sekowane?

Widać to bardzo wyraźnie. Nawet ostatnio były wicemarszałek Senatu Adam Bielan stwierdził, że „jeżeli prezydenci kolejnych miast konfliktują się z rządem, to trudno się dziwić, że później do tych miast nie będą trafiać wielkie inwestycje rządowe”.

Od tej wypowiedzi odcięli się politycy PiS, m.in. wiceszef MSWiA Paweł Szefernaker.

Werbalnie może tak, ale w warstwie wykonawczej pan Bielan powiedział to, co myśli i widzi. Dziś każda decyzja rządu w stosunku do miast podejmowana jest zgodnie z kluczem politycznym.

Za czasów PO-PSL było inaczej?

Ja tak tego nie odbierałem, choć wówczas jako Białystok też nic specjalnie od rządu nie dostawaliśmy. Tyle że wtedy decydowały regionalizmy, wygrywał ten, kto był silniejszy. A że nasz region jest dosyć słaby, ma mało posłów, to przebicie mieliśmy również słabe.

Samorządowcy są w trakcie konsultowania 21 tez o decentralizacji Polski, które przedstawiono 4 czerwca w Gdańsku. Czy, sądząc po reakcjach na te propozycje, nie ma pan wrażenia, że w kilku miejscach zwyczajnie przeholowaliście?

To są tezy do dyskusji, one są konsultowane teraz na poziomie powiatów. Będziemy wsłuchiwać się w głosy krytyczne, te tezy na pewno ulegną pewnej transformacji i złagodzeniu. Finalne brzmienie poznamy 31 sierpnia.

Zdaniem PiS to próba przemycenia programu wyborczego PO za pośrednictwem samorządowców i dążenie do „landyzacji” Polski.

Większej bzdury nie słyszałem. Tam nie ma żadnych pokus tego typu. Jeden z najdalej posuniętych postulatów – likwidacja funkcji wojewody – w dalszym ciągu pozostawia nadzór nad samorządami w rękach państwa.

Skoro nie wojewodowie, to kto w takim razie miałby kontrolować uchwały podejmowane przez miejscowych radnych? To przecież ok. 200 tys. tego typu aktów prawnych rocznie.

Tę rolę mogłyby przejąć np. terenowe jednostki biur prawnych premiera. W tej chwili wojewoda, poza piękną nazwą, nie dysponuje żadnymi własnymi dochodami, jest tylko administratorem państwowych pieniędzy, a z dotychczasowej władzy pozostał mu jedynie nadzór nad samorządami. Nasz postulat miał bardziej charakter semantyczny, chodziło raczej o osłabienie historycznego znaczenia wojewody, a nie likwidację samej funkcji.

Tak czy inaczej wojewoda jest dziś wprost wskazany w art. 152 Konstytucji RP jako „przedstawiciel Rady Ministrów w województwie”. Wasz postulat może oznaczać konieczność zmiany ustawy zasadniczej.

Być może więc ten podpunkt zostanie przeformułowany, to najdalej idący postulat. Nie upierałbym się do końca, by on się ostał, ale wszystko zależy od przebiegu konsultacji.

Z których tez jesteście w stanie jeszcze zrezygnować?

Trudno powiedzieć, nie ma tu ciała wiodącego, będziemy działać w sposób konsensualny, rozmawiać w ramach korporacji samorządowych i zobaczymy, jaki będzie efekt tych konsultacji.

PiS zarzuca wam, że marzy wam się podatek katastralny.

Dzisiaj nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie tego proponował. To byłoby polityczne samobójstwo. Naszą tezę należy rozumieć w ten sposób, że jeśli już jesteśmy odpowiedzialni za jakieś podatki, np. od nieruchomości, to być może ustawowe widełki są niepotrzebne. Nie chodzi o podwyższanie tych podatków, bo niektóre samorządy być może chciałyby te podatki obniżyć. Dziś zakres władztwa samorządów nad sferą podatkową jest marginalny. A chodzi o to, by Polska była prawdziwie samorządna.

Skonsultujecie te tezy i co dalej? Ich akceptacja będzie warunkiem wspomożenia opozycji w nadchodzących wyborach parlamentarnych?

Tezy skierujemy do wszystkich partii politycznych, wówczas samorządowcy zobaczą, kto ich popiera.

Chyba nie łudzi się pan, że PiS je poprze.

Wiemy o tym, ale nie musimy o tym głośno mówić. Jesteśmy otwarci na wszystkie środowiska polityczne.

Ilu samorządowców wystartuje w jesiennych wyborach?

Podobno szef ZMP Zygmunt Frankiewicz przygotowanych ma ok. 30 nazwisk na wybory do Senatu. Jeśli chodzi o wybory do Sejmu, to tu nie spodziewam się wielu chętnych. Przy obecnych sondażach i w sytuacji dostania się włodarza do Sejmu, do miasta mógłby przyjść komisarz z PiS. To oznaczałoby oddanie miasta walkowerem. Dlatego nie ma nawet specjalnych nacisków, by tacy samorządowcy startowali. Zresztą nie widzę też jakiegoś specjalnego entuzjazmu. Mówi się o starcie takich samorządowców jak Wadim Tyszkiewicz z Nowej Soli, Jacek Karnowski z Sopotu czy były burmistrz Kołobrzegu Janusz Gromek. U mnie sytuacja jest nieco inna, bo syn jest posłem i zapewne będzie startował. W tym samym okręgu dwóch Truskolaskich nie wchodzi w rachubę. Myślę, że ze strony samorządów w wyborach częściej startować będą np. radni sejmikowi aniżeli wójtowie, burmistrzowie czy prezydenci miast.