Data jego wygłoszenia symboliczna, bo 3 maja, a prelegent wagi ciężkiej, bo w dzisiejszych kręgach opozycyjnych wielu jest zwolenników tezy „bez Tuska nie pokonamy PiS”. Dlatego z mesjańską otoczką, celebryckim blaskiem i nieskrywanym uwielbieniem opozycja czekała na wystąpienie byłego premiera. Już kilka godzin po nim jednak dyskusja o tym, co wydarzyło się na Uniwersytecie Warszawskim, skoncentrowała się na świni, a nie na wystąpieniu Tuska.

Zanim przewodniczący zabrał głos, atmosferę miał podgrzać Leszek Jażdżewski, redaktor naczelny „Liberté!”. Udało mu się do tego stopnia, że nie dyskutujemy o odpowiedzialności konstytucyjnej i za konstytucję w Polsce czy wyzwaniach globalnych, jak ochrona klimatu, redukcja zużycia plastiku i hegemonia gigantów technologicznych. Udało mu się przypadkowo, bo podłożono mu świnię. Poszło o słowa, że „rywalizacja na inwektywy i na negatywne emocje z nimi nie ma sensu, dlatego że po kilku godzinach zapasów ze świnią w błocie orientujesz się, że świnia to lubi – trzeba zmienić zasady gry”.

Prawicowa sekta polskiej sceny politycznej, nie tylko ta wspierająca PiS, odebrała słowa o świńskich zapasach jako atak na Kościół, bo wybrzmiały po kilku minutach krytycznego wobec hierarchów Kościoła rzymskokatolickiego w Polsce wystąpienia. Ale tylko ktoś o bardzo złej woli, kto nie słuchał wystąpienia Jażdżewskiego albo cynicznie przypisujący mu interpretację, która nijak ma się do rzeczywistości, mógł je odebrać jako adresowane do Kościoła.

To robienie afery ze zdania, które było wyrzutem wobec całej klasy politycznej taplającej się w jałowej debacie. Debacie coraz mocniej oderwanej od prawdziwych problemów smogu, zmian klimatu, rosnącej potęgi Chin, terroryzmu czy nierównego podziału owoców globalizacji i postępu technologicznego. Zamiast tego fundującej nam tematy zastępcze, polaryzujące społeczeństwo, wykluczające kolejne grupy ludzi i roszczące sobie prawo do nadawania certyfikatu prawdziwego Polaka czy patrioty.

Faktem jest, że Jażdżewski pozwolił sobie na wiele gorzkich słów pod adresem Kościoła. Kolejnym przejawem złej woli jest jednak czytanie ich jako atak na wspólnotę ludzi wierzących. To słuszny i celny cios w hierarchów kościelnych. Piszę te słowa kilka godzin po powrocie z niedzielnej mszy i trudno mi się nie zgodzić ze zdaniem, że instytucjonalny Kościół w Polsce „stracił moralny mandat do tego, żeby sprawować funkcję sumienia narodu”.

Szef „Liberté!” powiedział coś oczywistego w kontekście afer pedofilskich i zaangażowania politycznego najważniejszych osób w polskim Kościele. To się nawet nie nadaje do polemiki, bo Kościół nie potrafi się rozliczyć z grzechów przeszłości i teraźniejszości. Skała, na której został zbudowany, kruszy się, to proces powolny, ale za erozję odpowiedzialność ponoszą głównie księża. Znów nie należy uogólniać, ale Kościół jako instytucja hierarchiczna łatwo pozwala namierzyć odpowiedzialnych za hipokryzję i lekceważący stosunek do wiernych. Dobra spowiedź ma swoje warunki i są to rachunek sumienia, żal za grzechy, mocne postanowienie poprawy, wyznanie grzechów oraz zadośćuczynienie Bogu i bliźnim. W sprawie pedofili wciąż tego brakuje.

Jażdżewski nie był ani oryginalny, ani obrazoburczy. Widać trzeba było mu przyprawić gębę, żeby odwrócić uwagę od ważnych słów o rozczarowaniu pokolenia 30- i 40-latków tym, co obserwują w kraju, i bierności, z jaką podchodzą do polityki, która nie jest dla nich narzędziem zmiany czegokolwiek. Rozumiem, dlaczego narodowo-katolicka część sceny ciska gromy w kierunku szefa „Liberté!”, a z ust polityków PO płyną głosy krytyczne. W Polsce nie da się wygrać wyborów na hasłach antyklerykalnych. Nikomu się ta sztuka nie udała przez ostatnie trzy dekady i pewnie jeszcze przez najbliższe też nie uda. Temat Kościoła nie może być jednak tabu w kampanii, skoro księża biorą w niej udział. Jednak nie bądźmy świniami i skupmy się na tym, co w wystąpieniach Jażdżewskiego i Tuska było ważne. Wielu szatanów próbuje odwrócić od tego uwagę.