Brudnawi, głupawi i biedni (nie zawsze) chłopi jedno, a szlachta co innego. Trzeba było rewolucji przemysłowej, zaborów, Oświecenia i nacjonalizmu, aby złamać bariery między dworem a wsią. I aby uznać, że demokratyczna więź narodowa jest silniejsza i ważniejsza niż uprzedzenia stanowe, że istnieje jeden naród, a nie dwa – lepszy i gorszy.

To, że w czasach szlacheckiej Polski Żydzi stanowili odrębną od szlachty i odrębną od chłopów nację, było dla wszystkich oczywiste. Należy ubolewać nad przejawami antysemityzmu, choroby moralnej znacznej części Europy, chociaż rozumienie jego źródeł nikomu nie mogłoby dzisiaj zaszkodzić. Czynniki, które zatarły w XIX w. i XX w. podziały między dworem a wsią, powiększyły dystans między Polakami a nie-Polakami. Aż szlag człowieka trafia, kiedy czyta o wypominaniu żydowskiego pochodzenia wybitnym Polakom i wybitnym, związanym wszakże emocjonalnie ze sprawą polską, Żydom.

Konstanty Gebert orędował ostatnio w „Fakcie” za tym, aby politycy nie wypowiadali się w sprawie historii (w domyśle: historii trudnej), robią to bowiem w intencjach politycznych. Ja sądzę inaczej. Politycy, podobnie jak wszyscy, mają prawo czerpać z historii, jak chcą. Kiedy jednak kłamią lub wypaczają przeszłość, aby wykrzywiać przyszłość, muszą zderzać się z murem niezłego wykształcenia historycznego. I tu mam dla Geberta wiadomość, która zmartwi go jako obywatela, a ucieszy jako przeciwnika PiS. Obecna władza zaszkodziła nauczaniu historycznemu w szkole. Przedmiot ten, upchnięty między wieloma innymi, został obciążony zamulającą faktografią. Za dziesięć lat umiejętność zareagowania na bzdury historyczne będzie mniejsza niż dzisiaj, za to poczucie, że historia jest najnudniejszą nauką na świecie, odczuwalnie wzrośnie.