Mogłoby się wydawać, że oba kraje dzieli zbyt wiele, by mogły utrzymywać choćby poprawne stosunki. Izrael to sojusznik Stanów Zjednoczonych i zaprzysięgły wróg Iranu, po cichu współpracujący z sunnickimi monarchiami Półwyspu Arabskiego. Rosja wspiera Iran, utrzymuje kontakty z Hamasem i Hezbollahem, które Izrael uznaje za terrorystów, a Syrię zwasalizowała do tego stopnia, że jej prezydent Baszar al-Asad musiał nawet uznać niepodległość Abchazji i Osetii Płd.

A jednak bywają okresy, gdy Netanjahu częściej odwiedza Moskwę niż Waszyngton. Obaj przywódcy należą też do najczęściej rozmawiających ze sobą przez telefon. Zanim zaś do władzy w USA doszedł przyjazny liderowi Likudu Donald Trump, lepsza chemia łączyła Netanjahu z Putinem niż nierozumiejącym izraelskiej wrażliwości Barackiem Obamą.

Rosjanie w latach 90. wykuli słówko „poniatija”. To coś zrozumiałe samo przez się, niepisana zasada, która obowiązuje w polityce, biznesie, przestępczości albo na styku tych trzech światów, ale o której głośno się nie mówi. Można takie „poniatija” wyodrębnić w relacjach izraelsko-rosyjskich. Jednym z nich jest rola Rosji na Bliskim Wschodzie. Teoretycznie Jerozolima powinna reagować wrogo na interwencję w Syrii.

Moskwa wspiera al-Asada, jednego z najbliższych sojuszników Iranu w regionie. Tego samego Iranu, który regularnie zapowiada zepchnięcie Żydów i ich państwa do morza. Ale Izraelowi najbardziej zależy na spokoju na granicy i wewnątrz kraju. W tym sensie postrzegają brutalny, ale świecki reżim Asada za mniejsze zagrożenie niż przejęcie władzy przez opozycję, w której szeregach roi się od islamistów. A rosyjsko-izraelskie incydenty na syryjskich frontach łatwo się wycisza.

Skutkiem ubocznym zachodnich interwencji w Iraku i Libii było powstanie nowych ognisk dżihadyzmu. A w kontinuum terrorystycznym – mocno upraszczając – im więcej do powiedzenia mają radykałowie w Libii, tym większe ryzyko wybuchów bomb w izraelskich miastach. Jerozolima głośno tego nie powie z racji sojuszu z USA, ale w sprawie sprzeciwu wobec arabskiej wiosny po cichu kibicowała Rosjanom.

Kolejna sprawa to Iran. Na pierwszy rzut oka współpraca rosyjsko-irańska trwa od dekad i jest wzajemnie korzystna, a zatem powinna wywoływać w Izraelu ogromne obawy. Obawy wywołuje, ale bardziej na pokaz. W Syrii Moskwa i Teheran po wyeliminowaniu zbrojnej opozycji i Państwa Islamskiego oraz zneutralizowaniu Kurdów staną się naturalnymi rywalami. Dla Kremla nawet zachodnie sankcje na Iran są korzystne, bo eliminują zachodnią konkurencję z tamtejszego rynku i pozbawiają Teheran alternatywy wobec relacji z Rosją.

Ale to „poniatija”, bo Kreml nigdy tego nie przyzna. A gdyby Netanjahu nie rozumiał, co to słówko znaczy, wytłumaczy mu to jego minister środowiska Ze’ew Elkin. Polityk urodził się w Charkowie i jest najważniejszym rosyjskojęzycznym współpracownikiem premiera. Zdarzało mu się nawet tłumaczyć jego rozmowy z Putinem. Rosyjskojęzyczni Żydzi stanowią 17 proc. mieszkańców kraju. To siła, z którą każdy premier będzie się liczyć.

Kreml dba o swoją diasporę. Kilka lat temu zaczął nawet wypłacać symboliczne dodatki emerytalne zamieszkałym w Izraelu weteranom, którzy wcześniej mieli obywatelstwo ZSRR. Postrzeganie wszystkich rosyjskojęzycznych w charakterze piątej kolumny to przesada. W sondażu z 2014 r. tylko 1/3 z nich poparła Kreml w wojnie z Ukrainą. Ale 59 proc. uznało, że mimo wojny Izrael powinien utrzymać dobre relacje z Rosją.

Izrael i Rosja mają jeszcze jedną cechę wspólną. W polityce szanują silnych. Być może to jest tajemnica chemii między Netanjahu a Putinem. Obaj są – to znów kategoria z rosyjskiego języka politycznego – „tiażełowiesami”, zawodnikami wagi ciężkiej. Tacy politycy ustępstwa traktują jako dowód słabości, ale i na udawanie siły, której się nie ma, rzadko się nabierają. I to jest wniosek, o którym warto pamiętać w kontekście sporów polsko-izraelskich.