statystyki

Sojusz Polski z III Rzeszą przed wrześniem 1939? Niemożliwy, ale dziś w sporach ignoruje się fakty

autor: Andrzej Krajewski01.09.2017, 07:11; Aktualizacja: 01.09.2017, 10:28
Spotkanie Józefa Becka z Adolfem Hitlerem, Berchtesgaden, 5.01.1939 r.

Spotkanie Józefa Becka z Adolfem Hitlerem, Berchtesgaden, 5.01.1939 r.źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Przed wrześniem 1939 r. nie istniał nawet cień szansy na sojusz Polski z III Rzeszą. Co nie przeszkadza dziś do upadłego spierać się o tę ideę, całkowicie ignorując fakty

Sojusz z Niemcami byłby sojuszem nieprzyjemnym, zawartym z paskudnym totalitarnym reżimem. Był jednak sojuszem koniecznym. Tak jak dla Amerykanów i Brytyjczyków konieczny był sojusz zawarty ze znacznie większym ludobójcą niż Hitler – Stalinem” – napisał w 2012 r. Piotr Zychowicz w „Pakcie Ribbentrop-Beck, czyli jak Polacy mogli u boku III Rzeszy pokonać Związek Sowiecki”. Popularność książki sprawiła, że idea, obecna dotąd na marginesie dyskusji o przeszłości, o której wspominali dwaj wybitni historycy Jerzy Łojek i Paweł Wieczorkiewicz, błyskawicznie zamieniła się w jeden z gorętszych sporów. Zachwycili się nią miłośnicy Realpolitik. A zwłaszcza część prawicowych publicystów, jak Rafał A. Ziemkiewicz czy Sławomir Cenckiewicz, lubiący odwoływać się do dzieł Władysława Studnickiego czy urzekającej polotem eseistyki Stanisława Cata-Mackiewicza.

Przez ostatnie lata na pomyśle sojuszu z III Rzeszą udało się już wybudować porywające wizje alternatywnej przeszłości. W nich polskie wojska wspólnie z Wehrmachtem maszerują na Moskwę, by odbyć zwycięską defiladę na placu Czerwonym. Co więcej, II RP wcale nie zostaje jedynie satelitą Tysiącletniej Rzeszy. Gdy Niemcy zaczynają przegrywać wojnę z zachodnimi aliantami, wówczas Warszawa dokonuje odwrócenia sojuszy i przechodzi do obozu zwycięzców, dzięki czemu zdobywa Ziemie Zachodnie, nie tracąc Wilna i Lwowa. Można nawet pomarzyć sobie o programie maksimum, jak Marcin Wolski w powieściach „Wallenrod” i „Mocarstwo”. W jego alternatywnej rzeczywistości, dzięki umiejętnie wykorzystanemu sojuszowi z III Rzeszą, wojna światowa przynosi Rzeczpospolitej status najpotężniejszego mocarstwa w Europie, rozciągającego się między Bałtykiem a Morzem Czarnym. Trudno się dziwić czytelnikom, że łatwo ulegają tej zachwycającej wizji, bo mocarstwowe marzenia w Polsce nigdy nie umierają (o czym najlepiej świadczą spory na internetowych forach).

Ten nowy trend w patrzeniu na przeszłość niemal zupełnie ignorują środowiska akademickie, okazując jak zawsze milczącą pogardę domorosłym historykom, przez co ci ostatni dzierżą w społeczeństwie „rząd dusz”. Zaś profesorowie żyją sobie spokojnie, pisząc naukowe monografie o końcu II Rzeczpospolitej, tak fascynujące, że nawet najbliżsi krewni nie mają ochoty do nich zajrzeć. Są jeszcze tzw. media liberalne, w których tezy o zbawiennym sojuszu Polski z III Rzeszą kwituje się serią standardowych oskarżeń wobec ich propagatorów o faszyzm. Gorący spór trwa jedynie po prawej stronie. Tam miłośnicy Realpolitik (w ich samoocenie) i sojuszu z Hitlerem natrafili na twardy opór przeciwników wszelkich konszachtów z nazistami. Skłócone obozy licytują się na alternatywne wizje przeszłości, w których decydujące znaczenie ma rachunek możliwych zysków lub strat dla II RP, co z wielką uwagą śledzą liczne grona kibiców. Tak oto luźna idea przeobleka się w coraz konkretniejsze kształty. Niestety zachwyt nad fantasmagoriami przesłania realne zagrożenia.

Wiara, że Polska mogła zostać sojusznikiem Hitlera, jak najbardziej wpływa na jej obecny wizerunek. Teza ta jest wręcz pożądana dla propagandowych celów putinowskiej Rosji i dla już otwarcie wrogiej wobec rządu w Warszawie Francji. O Berlinie nawet nie wspominając. Czyni bowiem z II Rzeczpospolitej nie ofiarę, lecz współwinną wybuchu II wojny światowej. A zupełnie inaczej patrzy się na kraj napadnięty przez dwa totalitarne mocarstwa, pozostawiony bez pomocy przez swych sojuszników, a inaczej na choćby potencjalnego sprzymierzeńca Hitlera. Zwłaszcza gdy uwypukli się to drugie i doda, że Polacy sami sprowokowali tragiczny bieg wydarzeń. Największym paradoksem owej intelektualnej zabawy jest zaś to, że nie zaistniały do niej żadne realne przesłanki. Pomimo bowiem starań przywódców III Rzeszy jakikolwiek jej sojusz z Polską nigdy nie był możliwy.

Francja ponad wszystko

W liście przesłanym francuskiemu ambasadorowi w Warszawie Leonowi Noëlowi w czerwcu 1937 r. minister spraw zagranicznych Yvon Delbos ubolewał, że relacje z II RP byłyby o wiele łatwiejsze: „gdyby żywe sentymenty odczuwane wobec Francji w społeczeństwie i armii były podzielane przez tych wszystkich, którzy są odpowiedzialni za polską politykę zagraniczną”. W Paryżu wprost nienawidzono szefa polskiego MSZ Józefa Becka za jego twardą postawę. Również w Polsce był on bardzo niepopularną postacią. Wielu publicystów, nawet sympatyzujących z sanacją, pomawiało go o bycie niemieckim agentem. Notabene w rozpowszechnianiu tej plotki uczestniczyły francuski wywiad oraz służby dyplomatyczne. Nie zmieniało to jednak oceny Paryża co do tego, jak w rzeczywistości wyglądają wzajemne relacje. „Jesteśmy dla niego (Becka – red.) atutem w grze politycznej i jest on zbyt inteligentny, by nie rozumieć, że nic Polsce nie może zastąpić francuskiego sojuszu” – pisał doświadczony dyplomata Jules Laroche. Tym bardziej że społeczeństwo nie wyobrażało sobie innego sojusznika.

Powszechne frankofilstwo wypływało z bardzo wielu źródeł. Nad Wisłą nadal żywy był mit Napoleona Bonapartego, dzięki któremu Rzeczpospolita była bliska odrodzenia się już na początku XIX w. To w Paryżu bezpieczne schronienie znalazła po powstaniu listopadowym Wielka Emigracja wraz z narodowymi wieszczami. Z Francji przybyła do Polski u progu niepodległości świetnie wyekwipowana Błękitna Armia gen. Józefa Hallera. Bez niej trudno sobie wyobrazić skuteczną walkę o kształt wschodnich granic. Jednocześnie III Republika, podczas konferencji pokojowej w Wersalu, jako jedyne mocarstwo mocno wspierała postulaty polskiej delegacji. Wreszcie podczas wojny z bolszewicką Rosją to Francja wraz z Rumunią udzieliły II Rzeczpospolitej militarnego wsparcia, dostarczając broń i amunicję. Poza tym polski inteligent obowiązkowo uwielbiał francuską kulturę, a jeśli nie potrafił płynnie mówić językiem Woltera i Pascala, stawał się pośmiewiskiem na salonach. Dziesiątki splatających się ze sobą wydarzeń z przeszłości sprawiały, że zarówno dla elit, jak i dla przytłaczającej części społeczeństwa sojusz z III Republiką był stanem naturalnym. Trochę śmielsze manewry płk. Becka, by opierał się on na zasadach partnerstwa, a nie kolonialnej zależności, sprawiały, że patrzono nań z wielką nieufnością. Myśl, że pod koniec 1938 r. człowiek kierujący polską dyplomacją mógłby przeforsować radykalne odwrócenie sojuszy i zamiast Paryża kluczowym partnerem dla Warszawy uczynić Berlin, po prostu nie mieściła się nikomu w głowach (wyjątki da się policzyć na palcach jednej ręki). To tak, jakby dziś oczekiwać, że w imię racji stanu Jarosław Kaczyński wraz z ministrem Waszczykowskim nie tylko wyprowadzą Polskę z Unii, lecz zerwą przymierze z USA, wybierając przyjaźń z putinowską Rosją.

Skłócony obóz władzy

Radykalne odwrócenia sojuszy miewają czasami miejsce. Ta sztuka udała się np. Włochom, gdy zaczynała się I wojna światowa. Jednak aby tego dokonać wbrew woli większości społeczeństwa, ośrodek władzy musi zachowywać spoistość i siłę. Wręcz być – jak w sztandarowym haśle sanacyjnej propagandy – „silny, zwarty, gotowy”. Najciekawsze, że pomimo klęski wrześniowej do dziś żywy jest stereotypowy obraz sanacji jako zwartego ośrodka władzy, niepodzielnie sterującego kursem II RP. Gdyby istotnie tak było, to odwrócenie sojuszy teoretycznie wchodziłoby w grę. Tyle że po śmierci Piłsudskiego obóz sanacyjny zaczął trzeszczeć w szwach. Rozrywające go sprzeczności stały się tak silne, że całkowity rozkład nie nastąpił przede wszystkim ze względu na zagrożenie zewnętrzne.

W zamyśle Piłsudskiego po uchwaleniu w 1935 r. nowej konstytucji powinny zostać przeprowadzone wybory parlamentarne, a następnie Zgromadzenie Narodowe wybrałoby prezydenta. Tę funkcję miał przejąć najbardziej zaufany współpracownik Marszałka Walery Sławek. Swego poprzedniego nominata, Ignacego Mościckiego, Komendant nigdy do końca nie traktował poważnie. Tymczasem prezydent wiele się podczas sprawowania urzędu nauczył. Kiedy po śmierci Piłsudskiego i uchwaleniu ustawy zasadniczej Sławek zażądał wypełnienia woli Marszałka, czekała go przykra niespodzianka. Mościcki już przygotował ekspertyzę prawną, że wcale nie musi ustępować z urzędu. Jednocześnie zawarł cichy sojusz z wyniesionym na stanowisko generalnego inspektora Sił Zbrojnych gen. Edwardem Rydzem-Śmigłym. Zadbał nawet, by na czele nowego rządu stanęli sprzymierzeni z nim premier Marian Zyndram-Kościałkowski oraz wicepremier Eugeniusz Kwiatkowski. Tak prezydent de facto przeprowadził cichy zamach stanu.


Pozostało jeszcze 66% treści

Czytaj wszystkie artykuły na gazetaprawna.pl oraz w e-wydaniu DGP
Zapłać 97,90 zł Kup abonamentna miesiąc
Mam kod promocyjny

Reklama

Komentarze (4)

  • do Teatrum(2017-09-01 21:34) Zgłoś naruszenie 20

    Nie zapraszano Niemców .... tylko polska arystokracja spotykała się z ich arystokracją i tyle w temacie. Elity zawsze tak żyły bale, polowania etc. nie były z członkami NSDAP tylko z elitarnym wysoko urodzonym towarzystwem. A jak pokazuje i uczy dobitnie historia Najeźdźców się nie rozlicza... Ofiary zaś zawsze pozostają ofiarami losu.

    Odpowiedz
  • teatrum(2017-09-01 20:02) Zgłoś naruszenie 22

    Jest sporo do ukrycia. Polskie władze flirtowały w Niemcami hitlerowskimi przed wojną - wspólne bale, przyjecia, polowania w Puszczy Białowieskiej. Niemcy byli zapraszani przez ministra spraw zagranicznych Becka. To wstydliwe epizody. Dlatego dziś nie wydaje się pełnej wersji "Kwiatów Polskich" Tuwima gdzie poeta to wszystko przedstawił, tylko ocenzurowaną, wycięto właśnie te fragmenty. Kto ma wydanie Tuwima z 49 roku ten wie.

    Odpowiedz
  • mam ten kraj w tyle(2017-09-02 03:14) Zgłoś naruszenie 11

    Czy do was nie dociera że Niemcy to jest popie..dolona nacja?

    Odpowiedz
  • Rysiek z WielkiePolski(2017-09-02 12:35) Zgłoś naruszenie 00

    Wybitni historycy..... Juz mnie moszna boli z zachwytu !!!!!

    Odpowiedz

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Galerie