statystyki

Wielka Brytania uwierzyła, że można kontrolować ogień dżihadu. Teraz płaci najwyższą cenę

autor: Mariusz Janik17.06.2017, 19:00
islam , terroryzm

„Polityka Brytanii przyczyniła się do wzrostu zagrożenia terrorystycznego o wiele bardziej niż nasze katastrofalne interwencje militarne na Bliskim Wschodzie"źródło: ShutterStock

Od ponad pół wieku brytyjskie służby specjalne łudzą się, że fundamentalistami muzułmańskimi przyjmowanymi na Wyspy da się sterować.

Na niższych poziomach naszej pracy śledczej dochodzeniu w sprawie Khurama Shazada Butta nadano priorytet – dowodził kilka dni temu komisarz Metropolitan Police Mark Rowley, broniąc policji oraz służb bezpieczeństwa przed zarzutami o zlekceważenie zagrożenia, co miało utorować drogę zamachowcom z Londynu. – Nie było żadnych przesłanek sugerujących, że planowany jest atak i dochodzeniu nadano priorytet zgodny z tym stanem rzeczy.

Dochodzenie więc umorzono, choć brytyjskie służby regularnie dostawały sygnały o radykalnych poglądach Butta i jego powiązaniach ze środowiskiem radykałów na Wyspach. Informowali przede wszystkim współwyznawcy przyszłego zamachowca. W 2013 r., gdy w Londynie dwóch napastników zakatowało tasakami żołnierza, Butt starł się z szefem organizacji prowadzących kampanię przeciw ekstremistom – nazwał Mohammeda Shafiqa z Ramadhan Foundation zdrajcą. Szarpaniną skończył się udział Butta w ubiegłorocznym spotkaniu z dr. Usamą Hasanem, kierownikiem Quilliam Foundation, innej organizacji walczącej z muzułmańskim ekstremizmem na Wyspach. Wyrzucono go także z czterech meczetów.

Mało tego. W 2015 r. na infolinię antyterrorystyczną zadzwonił mężczyzna chcący podzielić się obawami na temat Butta. W tym samym czasie na komisariacie policji we wschodnim Londynie pojawiła się jedna z sąsiadek 27-letniego w chwili śmierci zamachowca. Złożyła zawiadomienie o tym, że próbuje indoktrynować jej dzieci. Zresztą radykał nie krył się ze swoimi sympatiami – ekipa kanału telewizyjnego Channel 4 zdybała go w jednym z londyńskich parków z flagą Państwa Islamskiego (ISIS).

Policjanci doskonale zdawali sobie też sprawę, że Khuram Butt był od lat związany ze zdelegalizowaną organizacją dżihadystów al-Muhajiroun (Emigranci), kierowaną przez Anjema Choudary’ego, znanego z ekstremistycznych poglądów i poparcia dla Państwa Islamskiego duchownego. Butt uchodził za jednego z najbliższych współpracowników kleryka (obciążanego odpowiedzialnością za rekrutację setek bojowników m.in. dla ISIS), pod którego okiem wychował się też lider grupy zamachowców, którzy zaatakowali w Londynie w 2007 r. Po fakcie policjanci przyznawali, że Butt był uznawany za „członka organizacji wagi ciężkiej” w al-Muhajiroun.

Można by zapytać, jakim cudem Butt pozostawał na wolności albo nie był obserwowany. Cóż, można przytoczyć garść oficjalnych albo półoficjalnych powodów: nie było bezpośrednich dowodów na jakikolwiek planowany zamach, nie ma środków i personelu na monitoring, dyskretna wiedza o powiązaniach i ruchach młodego radykała mogła pomóc w przyszłości w storpedowaniu jakiegoś poważniejszego zagrożenia. Wystarczy spojrzeć na to, jak Brytyjczycy postępowali z mentorem Butta – Anjemem Choudary’im. O tym, że ten kaznodzieja rekrutuje na Wyspach bojowników do walki poza granicami Królestwa, wiadomo od 1999 r., kiedy jego działalność opisał „The Sunday Telegraph”. I co? Choudary dopiero w zeszłym roku stanął przed sądem: dostał wyrok pięciu i pół roku więzienia za agitację na rzecz Państwa Islamskiego. Być może, gdyby nie afiszował się ze swoim poparciem dla ISIS, pozostałby na wolności.

Gorzkie owoce męskich przygód

„Polityka Brytanii przyczyniła się do wzrostu zagrożenia terrorystycznego o wiele bardziej niż nasze katastrofalne interwencje militarne na Bliskim Wschodzie – pisze Mark Curtis, ekspert jednego z najszacowniejszych brytyjskich think-tanków – Chatham House, w książce o powiązaniach brytyjskich służb wywiadowczych ze środowiskami radykałów muzułmańskich. – Laburzystowskie i konserwatywne rządy, w imię realizacji narodowych interesów, przez dekady współdziałały z organizacjami terrorystycznymi. Knuły z nimi spiski, pracowały z nimi, a czasami szkoliły i finansowały je, by osiągnąć konkretne cele polityki zagranicznej”.

Oskarżenia ciężkiego kalibru, zwłaszcza że według Curtisa była to desperacka próba bronienia dawnego mocarstwowego statusu Zjednoczonego Królestwa. „Zabiegano w ten sposób o utrzymanie wpływów w kluczowych regionach świata, nie mogąc już jednostronnie narzucać swojej woli i z braku lokalnych sojuszników” – pisze. – Z niektórymi z tych radykalnych sił Brytania była w permanentnym strategicznym sojuszu (...), z innymi – w tymczasowym małżeństwie z rozsądku, w krótkiej perspektywie”. Ba, Curtis idzie tak daleko, że wspomina o plotce, jakoby agenci Londynu przez jakiś czas dyskretnie wspierali Osamę bin Ladena – jeszcze na długo przed zamachami, jakie Al-Kaida zorganizowała przeciw zachodnim celom.

Ale tradycja zawierania aliansów na lata i krótkoterminowych małżeństw zaczęła się znacznie wcześniej, niemal z chwilą, gdy zamilkły ostatnie salwy II wojny światowej. Europa zaczynała się powoli lizać z ran, ale z perspektywy Londynu świat nadal płonął: Indie zrywały z Imperium, zaczęła wrzeć Palestyna, wkrótce nacjonaliści i socjaliści mieli wstrząsnąć Egiptem, w Korei wybuchła wojna, w Kenii rebelia Mau Mau, w Iranie ruch nacjonalistyczny postanowił zmarginalizować probrytyjskiego szacha i znacjonalizować zasoby ropy, którą Brytyjczycy traktowali jak własność. W tych miejscach i regionach, gdzie żyli muzułmanie, lokalne środowiska religijnych ortodoksów były cennym – choć nie zawsze pierwszoplanowym sojusznikiem. Weźmy choćby Iran, gdzie w celu obalenia antybrytyjsko i antykolonialnie nastawionego premiera Mohamada Mosadeka Brytyjczycy i Amerykanie weszli w układ z ajatollahem Kaszanim: duchownym, przy którym Chomeini mógłby się wydawać centrystą.

„Pierwsi radykałowie zaczęli napływać do Europy w latach 50.” – twierdzi Robert S. Leiken, ekspert amerykańskiego instytutu Brookings i uniwersytetu Harvarda, specjalizujący się w muzułmańskim ekstremizmie. „To byli z reguły aktywiści, którzy przybywali na kontynent, by schronić się w azylach tworzonych przez egipskie Bractwo Muzułmańskie” – dorzuca na kartach swojej książki „Europe’s Angry Muslims”.

Rzeczywiście, jeszcze u progu lat 40. Bractwo Muzułmańskie było największym zagrożeniem, jakie brytyjska armia miała za plecami, walcząc z Afrika Korps. Sytuacja zmieniła się, gdy do władzy w Egipcie doszedł Gamal Abdel Naser – nie dość, że nacjonalista, to jeszcze socjalista, z dobrymi kontaktami w Moskwie. Osłabianie władzy Nasera połączyło niedawnych wrogów i od lat 50. Bracia zaczęli ściągać na Wyspy, uciekając przed represjami rządu w Kairze. Migracja przybrała na sile po 1954 r., kiedy Bracia zorganizowali nieudany zamach na życie Nasera.


Pozostało jeszcze 63% treści

Czytaj wszystkie artykuły na gazetaprawna.pl oraz w e-wydaniu DGP
Zapłać 97,90 zł Kup abonamentna miesiąc
Mam kod promocyjny

Reklama

Komentarze (1)

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Galerie