statystyki

Europa po Amerykanach. Wiatr historii pcha USA w kierunku Azji

autor: Andrzej Krajewski09.06.2017, 07:11; Aktualizacja: 09.06.2017, 08:08
Donald Trump USA

Ameryka Donalda Trumpa niechętnie patrzy na Europęźródło: Agencja Gazeta

Jeśli proces oddalania się USA od Starego Kontynentu nie wyhamuje, europejskie państwa staną przed pokusą powrotu do starej gry o swoje interesy.

Czasami bardzo wiele musi się zmienić, by nic się nie zmieniło. „Epoka, w której mogliśmy polegać na innych, do pewnego stopnia dobiegła końca” – ogłosiła 28 maja Angela Merkel, wskazując, że ma na myśli Stany Zjednoczone. Wystąpienie kanclerz może stać się mało znaczącym epizodem w jej kampanii wyborczej. Ale jeśli po zakończeniu prezydentury Donalda Trumpa Waszyngton utrzyma kurs, słowa te wyznaczą datę graniczną. Stając się równie znaczące, jak przemowa brytyjskiego premiera Winstona Churchilla w Fulton z 5 marca 1946 r., w której padły słowa o żelaznej kurtynie dzielącej Europę.

Wiatr historii pcha USA w kierunku Azji. Otwarcie napisała już o tym w 2011 r. ówczesna sekretarz stanu Hillary Clinton w analizie „America’s Pacific Century” – wskazywała w nim, że szybko rosnąca potęga ekonomiczna Chin czyni z nich zagrożenie dla hegemonii Ameryki. Prezydent Barack Obama zaaprobował jej strategię oraz zdecydował, że Azja będzie jedynym rejonem, gdzie Ameryka nie zmniejszy swojej obecności militarnej.

A teraz jest Donald Trump. Niedawny szczyt państw G7 pokazał, że prezydent USA nie ma zamiaru nagiąć się do roli, w jakiej widzieliby go liderzy UE. Zaraz po przybyciu oświadczył, że „Niemcy są źli, bardzo źli”. Po czym uściślił: „Popatrzcie na miliony samochodów, które sprzedają w USA. To straszne. Zatrzymamy to”. Potem nie było lepiej, a po szczycie G7 Trump ogłosił wycofanie się z paryskiego porozumienia klimatycznego. Gwałtowną krytykę reszty świata, w której rej wodzili unijni przywódcy z prezydentem Francji Emmanuelem Macronem na czele, puścił mimo uszu.

Odejście ochroniarza

„Niemożliwym jest rozszerzenie systemu politycznego mocarstw europejskich na jakąkolwiek część kontynentu amerykańskiego bez zagrożenia dla naszego pokoju i szczęścia” – oznajmił w orędziu w 1823 r. prezydent James Monroe. Tak zaczęła się w polityce zagranicznej USA Era of Good Feelings. Co na polskie realia da się przełożyć cytatem z „Wesela” Stanisława Wyspiańskiego: „Niech na całym świecie wojna, byle polska wieś spokojna”.

Fundamentalne zasady doktryny Monroego sprowadzają się do kilku prostych kwestii. Na półkuli zachodniej dominuje Ameryka i to ona określa zasady gry politycznej i ekonomicznej. Jeśli jakiekolwiek inne państwo podejmie próbę ingerencji, będzie to traktowane jako nieprzyjazne posunięcie wobec Stanów Zjednoczonych. Intruz musiał się liczyć ze zbrojną reakcją Waszyngtonu. Co do Europy to doktryna oznaczała zupełny brak zainteresowania dla konfliktów wewnętrznych na Starym Kontynencie i polityki tamtejszych mocarstw, chyba że coś zagrozi interesowi USA. Na polu handlowym Ameryka trzymała się protekcjonizmu gospodarczego, by nie pozwolić państwom europejskim na zdobycie przewagi. Natomiast głównym obszarem, na którym koncentrowała się uwaga Waszyngtonu, stawał się Daleki Wschód. Najbardziej perspektywiczny region dla ekspansji handlowej.

Donald Trump coraz wyraźniej dąży do tego, by Stany Zjednoczone obrały kurs na realizowanie tych celów. Dla mieszkańców Europy oznacza to usunięcie spoiwa gwarantującego równowagę na Starym Kontynencie od ponad 70 lat. Przez ten czas USA brały na siebie rolę ochroniarza broniącego Europejczyków przed wrogiem zewnętrznym, bankiera gotowego udzielić finansowego wsparcia dla ochrony przed krachem oraz wyższej instancji, do której zawsze można było się zwrócić o pomoc. Ale miało to też skutki uboczne. „Kraj zintegrowany z innym traci zainteresowanie własną obroną, gdyż nie ponosi za nią odpowiedzialności” – prezydent Francji Charles de Gaulle ostrzegał w kwietniu 1961 r. przed zbytnim przyzwyczajaniem się do tego luksusu. Na marginesie należy nadmienić, że zachodni Europejczycy zawdzięczali go agresywnej polityce Związku Radzieckiego. Waszyngton nie mógł sobie pozwolić na ryzyko, że Kreml rozciągnie swoje panowanie aż po Atlantyk. Po czymś takim Moskwa miała szansę pokusić się nawet o wyparcie amerykańskich wpływów z Bliskiego i Dalekiego Wschodu. Aż wreszcie komunistyczna Eurazja mogła zawitać na półkulę zachodnią, nie tylko w postaci przyczółku na Kubie. Co, jak dostrzegli autorzy doktryny Monroego, oznaczało konieczność rozpoczęcia działań zbrojnych.

Rozpad ZSRR sprawił, że parasol ochronny Ameryki nad Europą utracił wiele z geostrategicznej konieczności, a w polityce działania altruistyczne mają krótki żywot. Barack Obama odwrót ze Starego Kontynentu planował stopniowo, bo nasz system wartości, zwłaszcza społecznych, był mu bliski. Trump go nie znosi, czemu nieustannie daje wyraz, a rolę ochroniarza gotów jest odgrywać jedynie za sowite wynagrodzenie. Ostatnio Arabia Saudyjska kupiła tę usługę za 350 mld dol. – na taką sumę opiewają kontrakty zbrojeniowe.

Niestety, jak trafnie to dostrzegł kiedyś de Gaulle, a obecnie widzi Merkel, Europa zbytnio uzależniła się od opieki USA. Choć nie to jest największym niebezpieczeństwem dla nas. Dominacja Stanów Zjednoczonych sprawiała, że mocarstwa w Europie z własnych ambicji geopolitycznych. Teraz ten kaganiec może zniknąć.


Pozostało 73% tekstu

Prenumerata wydania cyfrowego

Dziennika Gazety Prawnej
7,90 zł
cena za dwa dostępy
na pierwszy miesiąc,
kolejny miesiąc tylko 79 zł
Oferta autoodnawialna
KUPUJĘ

Pojedyncze wydanie cyfrowe

Dziennika Gazety Prawnej
4,92 zł
Płać:
KUPUJĘ
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy INFOR Biznes. Kup licencję

Reklama

Komentarze (1)

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Galerie