Jeśli proces oddalania się USA od Starego Kontynentu nie wyhamuje, europejskie państwa staną przed pokusą powrotu do starej gry o swoje interesy.
Magazyn DGP 09.06 / Dziennik Gazeta Prawna
Czasami bardzo wiele musi się zmienić, by nic się nie zmieniło. „Epoka, w której mogliśmy polegać na innych, do pewnego stopnia dobiegła końca” – ogłosiła 28 maja Angela Merkel, wskazując, że ma na myśli Stany Zjednoczone. Wystąpienie kanclerz może stać się mało znaczącym epizodem w jej kampanii wyborczej. Ale jeśli po zakończeniu prezydentury Donalda Trumpa Waszyngton utrzyma kurs, słowa te wyznaczą datę graniczną. Stając się równie znaczące, jak przemowa brytyjskiego premiera Winstona Churchilla w Fulton z 5 marca 1946 r., w której padły słowa o żelaznej kurtynie dzielącej Europę.
Reklama
Wiatr historii pcha USA w kierunku Azji. Otwarcie napisała już o tym w 2011 r. ówczesna sekretarz stanu Hillary Clinton w analizie „America’s Pacific Century” – wskazywała w nim, że szybko rosnąca potęga ekonomiczna Chin czyni z nich zagrożenie dla hegemonii Ameryki. Prezydent Barack Obama zaaprobował jej strategię oraz zdecydował, że Azja będzie jedynym rejonem, gdzie Ameryka nie zmniejszy swojej obecności militarnej.

Reklama
A teraz jest Donald Trump. Niedawny szczyt państw G7 pokazał, że prezydent USA nie ma zamiaru nagiąć się do roli, w jakiej widzieliby go liderzy UE. Zaraz po przybyciu oświadczył, że „Niemcy są źli, bardzo źli”. Po czym uściślił: „Popatrzcie na miliony samochodów, które sprzedają w USA. To straszne. Zatrzymamy to”. Potem nie było lepiej, a po szczycie G7 Trump ogłosił wycofanie się z paryskiego porozumienia klimatycznego. Gwałtowną krytykę reszty świata, w której rej wodzili unijni przywódcy z prezydentem Francji Emmanuelem Macronem na czele, puścił mimo uszu.
Odejście ochroniarza
„Niemożliwym jest rozszerzenie systemu politycznego mocarstw europejskich na jakąkolwiek część kontynentu amerykańskiego bez zagrożenia dla naszego pokoju i szczęścia” – oznajmił w orędziu w 1823 r. prezydent James Monroe. Tak zaczęła się w polityce zagranicznej USA Era of Good Feelings. Co na polskie realia da się przełożyć cytatem z „Wesela” Stanisława Wyspiańskiego: „Niech na całym świecie wojna, byle polska wieś spokojna”.
Fundamentalne zasady doktryny Monroego sprowadzają się do kilku prostych kwestii. Na półkuli zachodniej dominuje Ameryka i to ona określa zasady gry politycznej i ekonomicznej. Jeśli jakiekolwiek inne państwo podejmie próbę ingerencji, będzie to traktowane jako nieprzyjazne posunięcie wobec Stanów Zjednoczonych. Intruz musiał się liczyć ze zbrojną reakcją Waszyngtonu. Co do Europy to doktryna oznaczała zupełny brak zainteresowania dla konfliktów wewnętrznych na Starym Kontynencie i polityki tamtejszych mocarstw, chyba że coś zagrozi interesowi USA. Na polu handlowym Ameryka trzymała się protekcjonizmu gospodarczego, by nie pozwolić państwom europejskim na zdobycie przewagi. Natomiast głównym obszarem, na którym koncentrowała się uwaga Waszyngtonu, stawał się Daleki Wschód. Najbardziej perspektywiczny region dla ekspansji handlowej.
Donald Trump coraz wyraźniej dąży do tego, by Stany Zjednoczone obrały kurs na realizowanie tych celów. Dla mieszkańców Europy oznacza to usunięcie spoiwa gwarantującego równowagę na Starym Kontynencie od ponad 70 lat. Przez ten czas USA brały na siebie rolę ochroniarza broniącego Europejczyków przed wrogiem zewnętrznym, bankiera gotowego udzielić finansowego wsparcia dla ochrony przed krachem oraz wyższej instancji, do której zawsze można było się zwrócić o pomoc. Ale miało to też skutki uboczne. „Kraj zintegrowany z innym traci zainteresowanie własną obroną, gdyż nie ponosi za nią odpowiedzialności” – prezydent Francji Charles de Gaulle ostrzegał w kwietniu 1961 r. przed zbytnim przyzwyczajaniem się do tego luksusu. Na marginesie należy nadmienić, że zachodni Europejczycy zawdzięczali go agresywnej polityce Związku Radzieckiego. Waszyngton nie mógł sobie pozwolić na ryzyko, że Kreml rozciągnie swoje panowanie aż po Atlantyk. Po czymś takim Moskwa miała szansę pokusić się nawet o wyparcie amerykańskich wpływów z Bliskiego i Dalekiego Wschodu. Aż wreszcie komunistyczna Eurazja mogła zawitać na półkulę zachodnią, nie tylko w postaci przyczółku na Kubie. Co, jak dostrzegli autorzy doktryny Monroego, oznaczało konieczność rozpoczęcia działań zbrojnych.
Rozpad ZSRR sprawił, że parasol ochronny Ameryki nad Europą utracił wiele z geostrategicznej konieczności, a w polityce działania altruistyczne mają krótki żywot. Barack Obama odwrót ze Starego Kontynentu planował stopniowo, bo nasz system wartości, zwłaszcza społecznych, był mu bliski. Trump go nie znosi, czemu nieustannie daje wyraz, a rolę ochroniarza gotów jest odgrywać jedynie za sowite wynagrodzenie. Ostatnio Arabia Saudyjska kupiła tę usługę za 350 mld dol. – na taką sumę opiewają kontrakty zbrojeniowe.
Niestety, jak trafnie to dostrzegł kiedyś de Gaulle, a obecnie widzi Merkel, Europa zbytnio uzależniła się od opieki USA. Choć nie to jest największym niebezpieczeństwem dla nas. Dominacja Stanów Zjednoczonych sprawiała, że mocarstwa w Europie z własnych ambicji geopolitycznych. Teraz ten kaganiec może zniknąć.
Stare ambicje nie rdzewieją
„Nieznośna jest sytuacja, w której potężny kraj daje innemu krajowi, bez względu na to, jak bardzo przyjaznemu, prawo do podejmowania decyzji o jego losie – sarkał w 1961 r. de Gaulle. – Francja znalazła się w sytuacji zależności wobec bogatych i potężnych Stanów Zjednoczonych. Francja ustawicznie potrzebowała ich pomocy, by uniknąć załamania finansowego. To od Ameryki Francja otrzymywała broń dla swoich żołnierzy. Bezpieczeństwo Francji zależało całkowicie od amerykańskiej obrony”.
De Gaulle widział szansę na to, by Francja odzyskała mocarstwową pozycję w odrzuceniu kurateli USA i stworzeniu związku z RFN. Wyprowadził więc swój kraj z militarnych struktur NATO i doprowadził w styczniu 1963 r. do podpisania z Bonn Traktatu Elizejskiego. Zobowiązał on rządy obu państw, by prowadzić „konsultacje przed podjęciem jakiejkolwiek decyzji we wszystkich ważnych sprawach z dziedziny polityki zagranicznej, w szczególności w sprawach pozostających w kręgu wspólnych zainteresowań. Celem konsultacji będzie osiągnięcie możliwie najbardziej zbliżonych stanowisk”.
Tak powstał tandem mocarstw, które później zbudowały UE. W zamyśle de Gaulle’a Francja miała odgrywać rolę starszej siostry RFN, kanclerz Konrad Adenauer pozornie godził się na uczestniczenie w realizacji ambicji Paryża, bo dzięki temu Niemcy mogli stopniowo wyzwalać się z piętna nazistowskich zbrodni. Ponadto odzyskiwali polityczną wiarygodność i nie wzbudzali lęku przed powrotem na drogę militarnej ekspansji. Jednocześnie Adenauer okazał się wirtuozem gry na dwóch fortepianach. Uczestniczenie w jednoczeniu Europy nie zepsuło relacji zachodnioniemieckiego rządu z Waszyngtonem. Przeciwnie – ze wszystkich sił wspierał obecność USA w Europie. Prezydent de Gaulle osiągnął więc połowiczny sukces, bo choć Francja stała się rdzeniem Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej, to po jego odejściu i tak musiała wrócić do NATO. Zaś EWG milcząco akceptowała amerykańską kuratelę.
Ale Paryż pamiętał o swoich ambicjach. Kolejnym krokiem miało być powstanie Unii Europejskiej i ustanowienie wspólnej waluty. Ku tym celom parł w latach 80. prezydent François Mitterand oraz przewodniczący Komisji Europejskiej Jacques Delors. Opór kanclerza Helmuta Kohla i ministra finansów RFN Theo Waigela pokonano dopiero, gdy w 1990 r. możliwość zjednoczenia Niemiec przestała być polityczną mrzonką. W zamian za zgodę Paryża na połączenie RFN z NRD zapłacono pożegnaniem z niemiecką marką. Nikt nie podejrzewał wtedy, jak znakomitym dopalaczem dla gospodarki Niemiec okaże się euro. Zwłaszcza w czasach kryzysu. Dość zauważyć, że w 2010 r. dług Niemiec i Francji w relacji do ich PKB wynosił dokładnie po 81 proc. Dziś Niemcy zredukowały go do 69 proc., a nad Sekwaną wzrósł do prawie 98 proc.
Podczas ostatnich wyborów prezydenckich nastąpiło więc we Francji starcie dwóch strategii geopolitycznych. Liderka Frontu Narodowego Marine Le Pen oferowała powrót do starej doktryny. W przypadku Paryża oznacza to szukanie sojusznika na Wschodzie dla zrównoważenia wzrostu niemieckiej potęgi. Do XVIII stulecia była to Turcja, pod koniec XIX w. Rosja, po 1918 r. Polska. „Niezależnie od wyniku wyborów Francją będzie rządziła kobieta: albo ja, albo pani Merkel” – oświadczyła podczas debaty z Emmanuelem Macronem przed drugą turą głosowania.
Francuzi woleli Macrona, który kontynuuje strategię de Gaulle’a. Kalkulując, że kraj utrzyma wielkość, gdy otrzyma wsparcie Niemiec. Choć w obecnej sytuacji jest jeden szkopuł – to Berlin decyduje, czy swego najbliższego sojusznika zachce traktować jak równorzędnego partnera.
Spóźnione mocarstwo
„Po zjednoczeniu Niemcy stały się najpotężniejszym państwem na kontynencie, rosnącym w siłę z każdą mijającą dekadą, co zrewolucjonizowało dyplomację europejską. Od pojawienia się nowoczesnego systemu państwowego za Richelieu, mocarstwa na obrzeżach Europy – Wielka Brytania, Francja i Rosja – wywierały nacisk na centrum. Teraz po raz pierwszy centrum Europy było wystarczająco potężne, aby nacisnąć na peryferie” – zauważa Henry Kissinger w „Dyplomacji”.
Przy czym tak opisuje ciąg zmian mających miejsce po narodzinach II Rzeszy. Państwo Niemców, zjednoczone przez Ottona von Bismarcka, zyskało miano „spóźnionego mocarstwa”. Było zbyt silne na Stary Kontynent i zbyt słabe, by zaspokoić ambicje odwrócenia układu sił na świecie. Do osiągnięcia tego celu zabrakło Berlinowi przede wszystkim cierpliwości. Choć Żelazny Kanclerz zjednoczył Rzeszę dzięki trzem wygranym wojnom, to po nich starannie dbał o pokój w Europie. Udawało mu się to dzięki kontrolowaniu istniejącego układu sił między mocarstwami. Nie dopuścił, żeby Francja wyszła z politycznej izolacji, podsycając jej konflikty z Wielką Brytanią o kolonie, a na wschodzie utrzymywał przyjazne kontakty z Rosją, by Petersburgowi nie przyszło na myśl sprzymierzyć się z Paryżem. W tej układance głównym obszarem ekspansji politycznej i ekonomicznej II Rzeszy stała się Europa Środkowo-Wschodnia. Austro-Węgry oraz mniejsze kraje znajdujące się w rejonie Mitteleuropy zdominowano stopniowo. Kolonizując je ekonomicznie i wystrzegając się przy tym przemocy. Podczas czterech dekad pokoju produkcja w II Rzeszy wzrosła ponadpięciokrotnie, zaś Zagłębie Ruhry stało się największym ośrodkiem przemysłowym Starego Kontynentu.
Przy takim tempie rozwoju zdominowanie przez Niemców innych mocarstw na półkuli wschodniej zdawało się tylko kwestią czasu. Było to tak widoczne, że elity polityczne II Rzeszy uwierzyły, iż jest to nieuchronne – rezygnując z bismarckowskiej ostrożności oraz cierpliwości. Cesarzowi Wilhelmowi II zbytnio się spieszyło do zapewnienia narodowi, godnego jego wielkości, Platz an der Sonne (miejsca pod słońcem). Dążąc do realizacji tego hasła, dopuścił, by Francja wyszła z izolacji, sprzymierzyła się z Rosją i pogodziła z Wielką Brytanią. Zaś na sam koniec Berlinowi udało się nawet sprowokować izolacjonistycznie nastawione Stany Zjednoczone, by włączyły się do I wojny światowej. Te autodestrukcyjne osiągnięcia w dyplomacji międzynarodowej udało się przebić dopiero Adolfowi Hitlerowi.
Interesującą kwestią jest, że pod rządami kanclerz Angeli Merkel Berlin osiągnął bismarckowski ideał równowagi. Francja stała się osamotnionym mocarstwem, które samodzielną politykę prowadziło jedynie w byłych koloniach afrykańskich, zaś Wielka Brytania sama wypchnęła się z UE. Merkel konsekwentnie odgrywa także zalecaną przez Bismarcka rolę uczciwego maklera. Przez to pojęcie rozumiał on przyjmowanie przez Berlin postawy mediatora zażegnującego konflikty międzynarodowe na drodze negocjacji. Przy czym ich przebieg, tak jak podczas Kongresu Berlińskiego w 1878 r., sprowadza się do tego, że inni biją się i godzą, a zawsze zyskują Niemcy. Co potwierdzają ostatnie wydarzenia. Władimirowi Putinowi agresja na Ukrainę przyniosła ochłapy w postaci Krymu i kompletnie zdewastowanego Donbasu (którego jeszcze nawet nie anektowano). Natomiast reszta Ukrainy wyrwała się z rosyjskiej strefy wpływów i wisi obecnie na klamce Berlina, widząc w Niemczech gwaranta kruchej niepodległości. Tak oto amerykański izolacjonizm, francuskie mrzonki o mocarstwowości i rosyjska ekspansywność sprawiły, że pierwszy raz od czasów Żelaznego Kanclerza Niemcy wyrosły na głównego politycznego gracza Starego Kontynentu. Ten stan rzeczy nie musi jednak wcale trwać długo.
Wieczne interesy Albionu
„Jeśli oddamy inne mocarstwa Niemcom w ofierze, sami w końcu zostaniemy zaatakowani” – argumentował na posiedzeniu rządu w 1909 r. minister spraw zagranicznych Wielkiej Brytanii Edward Grey. Podobnie jak pokolenia jego poprzedników oraz następców, kierujących polityką zagraniczną Zjednoczonego Królestwa, trzymał się fundamentalnej zasady – za wszelką cenę nie dopuścić, by Stary Kontynent został zdominowany przez jedno mocarstwo.
Gdy w siłę rośli Habsburgowie – zwalczano ich. Kiedy Europy o mały włos nie podporządkował sobie Ludwik XIV, a półtora stulecia później Napoleon – angielski rząd stał za każdą międzynarodową koalicją tworzoną przeciwko Francji. Tego samego doświadczyły Niemcy. Zagorzały antykomunista Winston Churchill, gdy III Rzesza zaatakowała ZSRR, nie miał cienia wątpliwości, że Józef Stalin nadaje się na partnera dla brytyjskiego imperium. Swojemu sekretarzowi Johnowi Colvillowi wyjaśnił: „Gdyby Hitler napadł na piekło, wypowiedziałbym w Izbie Gmin kilka życzliwych słów pod adresem diabła”. Tego dnia wieczorem złożył Sowietom propozycję sojuszu. Choć półtora roku wcześniej słał broń zaatakowanej przez Armię Czerwoną Finlandii i nawet przygotowywał korpus ekspedycyjny mający wylądować w okolicach Murmańska.
„Kiedy ludzie pytają mnie o to, co jest nazywane polityką, jedyną odpowiedzią jest to, że mamy zamiar robić to, co wydaje się nam najlepsze, w każdej sytuacji w miarę jej rozwoju, kierując się interesami kraju” – tłumaczył w połowie XIX w. premier Henry Temple. Zachowanie równowagi na Starym Kontynencie zawsze wymagało od Londynu skrajnego pragmatyzmu, bez oglądania się na interesy sojuszników. Zresztą wymienianych w miarę potrzeb. Skoro brytyjski wyborca, skuszony wizją powrotu do XIX-wiecznej splendid isolation (wspaniałej izolacji), wybrał brexit, rządowi Jej Królewskiej Mości nie pozostaje nic innego, jak przypomnienie sobie o starych regułach gry. Zwłaszcza że będzie się musiał zderzyć z zacieśniającymi współpracę krajami strefy euro.
W Europie jawą stają się najczarniejsze sny – w dużej mierze za sprawą efektu politycznego zainicjowanego przez unię walutową. W obecnym kształcie euro jest dla niemieckiej gospodarki tanią walutą, wspierającą rozwój i eksport. Dla Francji, Włoch i Hiszpanii jest z kolei zbyt silne, czyniąc z tych krajów rynki zbytu dla niemieckich towarów. Wspólny parlament, budżet i możliwość emitowania euroobligacji (przed tym ostatnim broni się Berlin) dawałyby możność redystrybuowania zysków oraz umożliwiały prowadzenie skoordynowanej polityki ekonomicznej. Choć po części niwelując negatywne oddziaływanie euro na gospodarki słabszych państw. Unia wielu prędkości sprowadzająca się do stworzenia federacji wokół Niemiec, by te zechciały podzielić się swoim bogactwem, to pomysł, jaki podchwyciły rządy Hiszpanii i Włoch. Niejako naśladując strategię Emmanuela Macrona.
To, że w dużej mierze swoją politykę zagraniczną będą musiały dostosować do linii Berlina, nie stanowi wielkiego problemu. Przez ostatnie dekady czyniły to w stosunku do Waszyngtonu w zamian za ochronę. O wiele większą niewiadomą jest to, na ile niemieccy podatnicy pozwolą rządowi federalnemu dzielić się ciężko wypracowanym bogactwem z biedniejszymi południowcami. Zwłaszcza jeśli mają ich za leni i oszustów.
Dekada zmian
„Musimy zdawać sobie sprawę, że sami musimy walczyć o naszą przyszłość, jako Europejczycy musimy kształtować swój los” – mówiła podczas wiecu 28 maja Merkel, kładąc nacisk w emocjonalnym wystąpieniu na nieuniknione konieczności i za główną uznając zacieśnienie jedności państw Unii.
Jednak skoro zniknięcie ZSRR oraz wzrost siły Chin musiały przynieść osłabienie zainteresowania Stanów Zjednoczonych sprawami europejskimi, to co przyniesie porzucenie przez Amerykanów Starego Kontynentu? Jego gospodarcza i polityczna integracja nastąpiły dlatego, że z jednej strony groziła mu sowiecka inwazja, zaś z drugiej polityczne i ekonomiczne zdominowanie przez USA. Dziś oba te czynniki znikły. W krótkiej perspektywie dojdzie zapewne do zacieśnienia unii walutowej. Co nie musi przynieść trwałej jedności. To, że udało się stłumić na Zachodzie nacjonalizm, a wszelkie radykalne ideologie (poza ekstremizmem islamskim) stłamsić pod pokrywką politycznej poprawności, wcale nie oznacza rezygnacji z dbałości o egoistyczne interesy.
Wbrew powszechnie panującej wierze nacjonalizm nie stanowił głównej przyczyny katastrof, jakimi były dwie wojny światowe. Wybuchły one za sprawą ogromnych ambicji przywódców mocarstw prących do realizacji egoistycznych interesów lub szalonych wizji. Natomiast nacjonalizm od początków XIX w. stanowił bardzo użyteczne spoiwo, pozwalające jednoczyć społeczeństwa wokół wspólnych celów. Wcześniej tę rolę odgrywały osoby monarchów oraz religie. Spoiwa w Europie się zmieniały, natomiast interesy polityczne elit poszczególnych państw pozostawały te same. Dziś zacieśnienie związków Paryża z Berlinem wydaje się najłatwiejszym sposobem ratowania świetności Francji. Jednak jeśli nie przyniesie odczuwalnych sukcesów, zwłaszcza na polu ekonomicznym, siła rozczarowania może w końcu zainicjować strategiczny zwrot polityczny, jaki proponuje Marine Le Pen. Wypchnięta poza kontynent Wielka Brytania, jeśli potraktuje się ją zbyt brutalnie, stanie przed koniecznością rozbijania jedności Unii Europejskiej, aby chronić własne interesy. Ma w tej kwestii kilka wieków praktyki i może liczyć na wsparcie wielu zainteresowanych tym samym sił oraz państw.
Wreszcie największe wyzwanie stanie przed Niemcami, bo Angela Merkel nie jest wieczna, a w Berlinie wpadanie w bezrozumną euforię i poczucie potęgi, z racji odnoszonych sukcesów, też ma długą tradycję. Następcy pragmatycznego do bólu Bismarcka tak byli pewni potęgi II Rzeszy, że w końcu poprowadzili ją w stronę efektownego samobójstwa.