Nie wiem, czy mam się czuć zaszczycona, czy rozśmieszona. A może urażona. Na pewno zaś czuję zażenowanie – poziomem debaty nad poważnym problemem, a raczej kilkoma, o których napisałam w tekście z 31 marca „Akademia”. Było w nim o sporze dr. Kamila Kuleszy i jego Centrum Zastosowań Matematyki i Inżynierii Systemów (CZMIS) z Instytutem Badań Systemowych Polskiej Akademii Nauk (IBS PAN).
Jednostkowej sprawie, ale nieźle obrazującej stosunki i sposób działania publicznych instytucji naukowych. Oraz o jeszcze jednej, równie ważnej, jeśli nie ważniejszej kwestii – sposobie wydawania pieniędzy na naukę, oraz honorariach, jakie pobierają prominentni pracownicy PAN.
Tutaj warto zacytować: „W 2015 r. głośna była w środowisku naukowym sprawa związana z Instytutem Chemii Fizycznej PAN, kiedy na skutek audytu wszczętego jeszcze przez prof. Michała Kleibera, poprzednika obecnego prezesa PAN, prof. Jerzego Duszyńskiego, okazało się, że w ciągu dwóch lat dwie osoby z kierownictwa IChF zarobiły ok. 1,5 mln zł.
Przeprowadzony tam audyt wykazał, że w 2014 r. dyrektor tej naukowej placówki zarobił ponad 600 tys. zł (ponad 50 tys. zł miesięcznie), a jego zastępca ok. 400 tys. zł (ponad 33 tys. zł miesięcznie). Historię opisał portal WirtualnaPolska.pl, ale bałagan szybko został zamieciony pod dywan.
Ale jak się dowiaduje DGP, ta awantura była jedynie częścią – bo nie chcę napisać czubkiem – góry lodowej. Okazało się, że podobne praktyki stosowano w większości jednostek podległych Polskiej Akademii Nauk – jedno ze źródeł mówi, że nawet w 50 na 65. Mechanizm wysysania pieniędzy polegał na tym, że oprócz stałego wynagrodzenia z tytułu pracy szefostwo instytutów zarabiało na udziale (czasem rzeczywistym) w grantach oraz na premiach, które były udzielane sobie wzajemnie – na zasadzie dyrektor podpisuje się pod wnioskiem wicedyrektora, a pod wnioskiem o premię dyrektora podpis składa główny księgowy”. Dalej było o tym, że kiedy sprawa wyszła na jaw, część szefostwa instytutów oddała budżetowi pieniądze (ok. 20 mln zł), wyrażając czynny żal.
To teraz wróćmy do moich uczuć spowodowanych polemiką, na którą odpowiadam. Zaszczycona jestem – to nie ironia – że aż dwie tak poważane w polskiej nauce persony, jak prof. Jerzy Duszyński, prezes PAN, oraz prof. Sławomir Zadrożny, dyrektor IBS PAN, zadały sobie trud, aby ustosunkować się do mojego tekstu. Rozbawiona jestem poziomem argumentacji. A nieco urażona niepoważnym, paternalistycznym potraktowaniem – nie tyle mnie, która nie ma pięciu lat i kręconych blond włosków – ale spraw, które dla przedstawicieli tak szacownej instytucji, jaką jest PAN, powinny być pierwszorzędne. Nie tylko z powodów wizerunkowych (choć także), ale – proszę mi wybaczyć wzniosły ton – dotyczących dobra polskiej nauki, państwa, przyszłych pokoleń.
Profesor Duszyński w polemice przekonuje, że walczy ze stereotypami: „Zapewne jakieś wycinkowe doświadczenia z instytucjami szkolnictwa wyższego i nauki ugruntowały w nich poczucie niskiej wartości tych instytucji i słabej jakości wykształcenia tam zdobywanego” i prosi, żeby mu wierzyć, że są wyjątki w tej regule. Tak, są wyjątki potwierdzające regułę, ale zbyt często są one mordowane, zanim zdążą rozwinąć skrzydła. O czym może świadczyć chociażby pozycja naszych uczelni w rankingach światowych. Czy nie spadliśmy ostatnio na liście szanghajskiej z czwartej do piątej setki?
Obaj Panowie Profesorowie zarzucają mi braki warsztatowe, które mają polegać na tym, że dałam im za mało czasu na odpowiedź i że nie rozumiem złożoności struktury PAN i mieszam pojęcia. Otóż mylicie się, Panowie. W przypadku gazety codziennej, jaką jest DGP, „niecałe trzy dni”, o których był uprzejmy wspomnieć prof. Zadrożny, to cała epoka. Dziennik to nie kwartalnik historyczny, co zresztą, ku zadowoleniu dziennikarzy, zostało uwzględnione w projekcie nowelizacji prawa prasowego. Zadziwiona zaś jestem słowami prof. Zadrożnego, iż z dr. Kuleszą miałam jakoby uzgadniać tekst przez miesiąc. Skąd te informacje?
Nie przekonują mnie także słowa prof. Duszyńskiego o tym, że jako szef struktury skupiającej ponad 60 jednostek miał problem z ustosunkowaniem się do zarzutów, gdyż – jak to wynika z mojej wiedzy i posiadanych dokumentów – prezesi PAN byli dużo wcześniej (choć nie przeze mnie) informowani o konflikcie i proszeni o mediację w sprawie CZMIS. No i zapłacił rachunek za prace audytorów. Zaś wyjaśnienia, że IBS PAN to tak naprawdę nie PAN, a coś całkiem innego, mogą wywołać tylko uśmiech, gdyż korporacyjny charakter tej placówki składającej się z sieci niezależnych instytutów został wręcz podkreślony w tekście. Zarzut, iż artykuł dotyczący tej korporacji został opatrzony zdjęciem przedstawiającym jej centralę, wydaje się co najmniej chybiony: ilustracja odgrywa także rolę symboliczną, nie jest pełnym odzwierciedleniem rzeczywistości z jej wszystkimi niuansami. Oczywiście możemy sobie wyobrazić, że tekst zostałby zilustrowany mapą Polski, na której zaznaczylibyśmy wszystkie jednostki mające w nazwie PAN. Albo portretem jej prezesa...
Ale idźmy dalej. I skupmy się właśnie na pieniądzach, tych milionach złotych, które zarabiają zatrudniani przez struktury działające pod marką PAN. I na grubej słomce, przez którą je wysysają, której to metafory użyłam w tekście. Pisze Pan Prezes, że absolutną nieprawdą jest (nawiasem mówiąc – nieprawda się nie stopniuje, coś jest nieprawdą albo prawdą, inaczej można domniemywać, że mamy do czynienia z podwójnym przeczeniem), że takie ssanie miało miejsce w większości instytutów. A jeśli już, to w „zdecydowanej mniejszości”. Byłabym wdzięczna za skonkretyzowanie: w ilu? I na jaką skalę? Dalej stoi, że nie wydaje się Panu Prezesowi prawdą, iż z racji tych nieprawidłowości zwrócono do Skarbu Państwa 20 mln zł. Jako dziennikarka, podatnik, świadomy obywatel czułabym się lepiej, gdyby Pan Profesor to wiedział, a nie zdawał się na domniemania. Tym bardziej że nie rozmawiamy o 20 zł. Jeśli trudno jest dziś podać tę kwotę precyzyjnie, prosiłabym o jej – możliwie jak najdokładniejsze (do pełnych setek tysięcy złotych) oszacowanie. Ile to może być – 10 mln zł, 15 mln zł? Pisze Pan także, iż sprawy nie zamieciono pod dywan, ale podjęto bardzo intensywne działania, wprowadzono mechanizmy kontroli, jednoznacznie zinterpretowano sytuację i wprowadzono stosowne zalecenia. A w 2017 r. wszelkie ewentualne nieprawidłowości zostały usunięte. Proszę wybaczyć, ale trudno jest mi zaakceptować te wyjaśnienia. Znów odwołując się do zasad logiki: w jaki sposób można usunąć nieprawidłowości, jeśli pozostają one li tylko w sferze ewentualności, a w dodatku nie jesteśmy w stanie ocenić ich zakresu? I to jeszcze w tak ekspresowym tempie? Proszę wybaczyć sceptycyzm, który zapewne byłby mniejszy, gdyby Pan Profesor podzielił się informacjami o tym, na podstawie dokładnie jakich faktów podejmowano decyzje? Co konkretnie zrobiono? I jak się ma wyrywkowo zaordynowany audyt (dlaczego wyrywkowo?) w trzech instytutach, który – jak dorozumiewam, jeszcze trwa – do wprowadzenia stosownych zaleceń i usunięcia wszelkich nieprawidłowości?
Kwestii, które powinnam poruszyć w tej odpowiedzi na polemikę, jest więcej. Choćby ta dotycząca dr. Kuleszy, którego Panowie Profesorowie w sposób bardzo surowy, żeby nie powiedzieć obraźliwy, potraktowali w swoim tekście. Ale ja nie jestem stroną tego konfliktu, nie jestem także adwokatem dr. Kamila Kuleszy, więc mogę go tylko zachęcić, aby sam odpowiedział na zarzuty. Ze swojej strony dodam tylko tyle, że według wiedzy, którą posiadam, oraz dokumentów, które czytałam, IBS PAN podpisał umowę, z której się nie wywiązał. W rezultacie ludzie, właśnie młodzi naukowcy, niepodczepieni pod żaden układ, którzy pracowali na jej podstawie, nie dostali pieniędzy za pracę. I nie były to kwoty rzędu 50 tys. zł miesięcznie. W dodatku wszelkie operacje finansowe, wszelkie przelewy, jakie były wykonywane, wbrew temu, co można było przeczytać w polemicznym tekście autorstwa Panów Profesorów, przechodziły przez księgowość IBS PAN i musiały być przez nią zaakceptowane. Zdaję sobie sprawę, że tu i teraz nie wyjaśnimy wszelkich wątpliwości, nie odpowiemy na wszystkie narzucające się pytania. Jak zresztą zasygnalizowałam w swoim tekście, ta historia to świetna sprawa dla prawników. Zwłaszcza tych, których w imieniu akademijnych instytucji będą opłacać podatnicy. To, co mnie trapi, to obawa, że zanim zapadnie sądowy wyrok i poznamy odpowiedzi na te wszystkie pytania i wątpliwości, może upłynąć kilka długich lat. Oraz to, że niezależnie od tego, jak będzie brzmiał werdykt, wszyscy drogo za to zapłacimy. W sensie materialnym prócz adwokackich honorariów większą stratą jawią się utracone kontrakty z firmami (także tymi należącymi do Skarbu Państwa), ich zniechęcenie do szukania partnerów w kręgach naukowych. Oraz wizerunkowe, które to straty najtrudniej ograniczyć. No i jeszcze jedno pytanie/wątpliwość na koniec: W jaki sposób eskalacja tego konfliktu przełoży się na podwyższenie pozycji polskich instytucji naukowych, np. w rankingu szanghajskim? Jak mawiał prof. Tischner, każdy ma swoją prawdę. Niedobrze by jednak było, aby ta trzecia była tą, która zwycięży.