statystyki

Prowincja? Coś takiego nie istnieje, pozostały tylko stereotypy

autor: Andrzej Andrysiak01.05.2017, 20:00
W zinternetyzowanym społeczeństwie kategorie geograficzne nic już nie wyjaśniają. Prowincja i wielkomiejscy specjaliści zbliżają się do siebie mentalnie i kulturowo, a wielkość miejscowości ma o niebo mniejsze znaczenie niż przepustowość łącza.

W zinternetyzowanym społeczeństwie kategorie geograficzne nic już nie wyjaśniają. Prowincja i wielkomiejscy specjaliści zbliżają się do siebie mentalnie i kulturowo, a wielkość miejscowości ma o niebo mniejsze znaczenie niż przepustowość łącza.źródło: ShutterStock

Tu zapyziała, konserwatywna prowincja, tam nowoczesne, liberalne wielkie miasta. Pierwsi – zakompleksieni, nieufni i niesamodzielni, drudzy – pewni siebie, prężni i otwarci. Ten podział nie ma już większego sensu. Internet i indywidualizm przeorały cały nasz kraj.

Osiem kilometrów od mojego rodzinnego miasta, we wsi Gomunice, działa klub muzyczny. Sama miejscowość ma niecałe dwa tysiące mieszkańców, jest siedzibą gminy i powiedzieć, że nie ma w niej nic, to użyć eufemizmu. Rolnictwo, lasy, trochę firm, stacja kolejowa i tyle. Większość pracowników dojeżdża do pracy w pobliskiej kopalni lub Elektrowni Bełchatów. A jednak w weekendy do Gomunic ściągają fani muzyki z Piotrkowa Trybunalskiego, Częstochowy, Bełchatowa, nawet z oddalonej o prawie 100 km Łodzi i odległego o 200 km Krakowa. Zdarzają się przyjezdni z Warszawy i ze Śląska. Tylko w tym roku grali tu T.Love, VooVoo, Organek, Czesław Śpiewa i Whisbone Ash.

Klub nazywa się Bogart i prowadzi go 45-latek, Przemysław Urbański. Działa w budynku, w którym w PRL mieścił się zakładowy dom kultury. W małej sali na siłę da się upchnąć 100 osób, większa pomieści kilkaset. Piotr Kaczkowski, słynny prezenter radiowej Trójki, organizuje tu swój festiwal MiniMax. Trasy koncertowe wielu polskich gwiazd wyglądają od dawna podobnie: Gdańsk – Toruń – Warszawa – Łódź – Gomunice – Kraków – Poznań. Miejsce polecają sobie najwięksi z branży.

Okazuje się, że na prowincji – Urbański mówi, że „nie trzeba się wstydzić słowa zadupie” – działa prężna instytucja kultury. Z wielką marką i renomą. Jak to możliwe? Najczęstsza odpowiedź będzie wyglądała tak: to ewenement, rzecz niespotykana, splot okoliczności i determinacji upartego, niestandardowo myślącego właściciela. Ani on, ani sama instytucja nie są reprezentatywni.

Oczywiście, że nie są. Właśnie to jest największy błąd rozmów o prowincji – potrzeba uśrednienia. A tej średniej od dawna nie ma. Wszystko się wymieszało. Jak wszędzie.

Stereotyp w interiorze

W książce „Pułapki myślenia” Daniel Kahneman, amerykański profesor psychologii i laureat ekonomicznego Nobla z 2002 r., pisze o silnej skłonności ludzi do przyjmowania na wiarę, że małe próbki ściśle przypominają większe populacje, z których pochodzą. „Mamy skłonność do postrzegania rzeczywistości w sposób przesadnie spójny i uładzony. Przesadna wiara badaczy, że kilka obserwacji może dostarczyć wartościowej wiedzy, jest blisko spokrewniona z efektem halo, czyli często spotykanym wrażeniem, że świetnie znamy i rozumiemy osobę, o której w rzeczywistości niewiele wiemy” – pisze noblista. „Na podstawie strzępków informacji konstruujemy szczegółowy obraz, nie przejmując się faktami. Maszyna do wyciągania pochopnych wniosków zachowuje się tak, jakby wierzyła w prawo małych liczb. Na poziomie ogólnym ten mechanizm wytwarza przesadnie spójną i sensowną reprezentację rzeczywistości” – tłumaczy.

I tak właśnie wyglądają nasze rozmowy, analizy, dysputy dotyczące prowincji. Albo, jak lubią mówić warszawiacy, interioru. Pełne stereotypów i jednostkowych historii, które mają słuszności tych stereotypów dowieść. Z jednej strony lekceważenie i przekonanie o opóźnieniu cywilizacyjnym i kulturowym prowincjuszy, z drugiej – absurdalna gloryfikacja „swojskiego żywota blisko natury” jako kontra dla zabieganych korporacyjnych szczurów kursujących między garażami podziemnymi apartamentów i biurowców. Obie strony ani nie zauważają, ani nie doceniają zmian, które zaszły na prowincji w ostatnich latach. Obie nie rozumieją, jak bardzo zmienił się obieg informacyjno-kulturowy, i obie żyją w błogim przeświadczeniu, że internetowa rewolucja dotknęła tylko wielkomiejską elitę.

Ma rację Jarosław Kuisz, redaktor naczelny Kultury Liberalnej, gdy twierdzi, że „niemała część debat odbywa się na podstawie anegdot. Ktoś widzi jakiś przypadek, opisuje go – co oczywiście jest atrakcyjne jako pojedyncza historia, przyciąga uwagę – ale na podstawie takich informacji trudno jest planować jakąkolwiek skuteczną politykę w skali państwa”. Stąd też w rozmowach o relacjach między wielkomiejskością i małomiasteczkowością tyle barwnych opisów.

A ja to jechałem kiedyś przez zapyziałe wioski i tam ani widu, ani słychu. Ludzie siedzieli w domach albo w rowach przy kapliczkach (pewnie chodziło o nabożeństwo majowe), a jak szukałem restauracji, to wskazywali mi kebaba.

A ja to wzięłam kiedyś warszawiaka na kwaterę i przez cały pobyt kręcił mi nosem. Woda za zimna, kawa za słodka, jedzenie za tłuste, słońce za gorące. W d... się poprzewracało.

Owe sytuacje mają dowodzić, że taka jest właśnie norma, a jednostkowe przeżycie ma być w jakiś sposób reprezentatywne. I gdyby na tym anegdotyzmie się skończyło. Ale dokładnie tak samo wyglądają dysputy dotyczące ważniejszych spraw.

Weźmy edukację. Stereotyp jest taki: dobrze wykształcić dziecko można tylko w wielkim mieście, w małych zawsze będzie miało pod górkę. A to trafi na znudzonego życiem nauczyciela, a to na nierozwojowe środowisko. Skąd się biorą ci wszyscy pochodzący z małych miejscowości mieszkańcy wielkich miast robiący karierę? Nieważne. Przekonanie o wyższości wielkomiejskich placówek uznajemy za oczywistość niewartą dowodzenia. A co mówią dane? Według rankingu gimnazjów z 2016 r. przygotowanego przez Dziennik Gazetę Prawną najefektywniej w Polsce kształci gimnazjum TWP w Ciechanowie (45 tys. mieszkańców). Ma najwyższe wskaźniki edukacyjnej wartości dodanej (EWD), które mierzą, z jakimi wynikami uczeń przyszedł do szkoły i z jakimi ją opuścił. W innym ogólnopolskim rankingu gimnazjów, przygotowanym przez firmę Operon na podstawie wyników próbnego testu gimnazjalnego w 2016 r., pierwsze miejsce zajęła szkoła z Wrocławia, drugie z Leszna (64 tys. mieszkańców), trzecie i czwarte z Warszawy, piąte z Wrocławia, szóste z Ciechanowa, siódme z Czechowic-Dziedzic (35 tys. osób). Gdzie ta dominacja? Gdzie oczywistość?


Pozostało jeszcze 59% treści

Czytaj wszystkie artykuły na gazetaprawna.pl oraz w e-wydaniu DGP
Zapłać 97,90 zł Kup abonamentna miesiąc
Mam kod promocyjny
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy INFOR Biznes. Kup licencję

Reklama

Komentarze (1)

  • prowincja istnieje i ma się dobrze(2017-05-02 13:18) Zgłoś naruszenie 11

    cóż, niestety wyjątki potwierdzają regułę. Gomunice również. Klub to jedno, wieś to dalej ******** Enklawy nie czynią z prowincji Paryża. Ich oddziaływanie na środowiska lokalne są znikome, żeby nie powiedzieć, że żadne. Do tego klubu przyjeżdżają ludzie z Polski, ale nie z tej wsi. To tylko przykład, że dobry biznes można zrobić wszędzie, ale nie, że zmienił się nam kraj. Zespół muzykujących dzieciaków w klubie Gomunicach? Nie słyszałem :(

    Odpowiedz

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Galerie