Johnson ostatnim premierem Zjednoczonego Królestwa? Brexit może doprowadzić do rozłąki nie tylko z UE

| Aktualizacja:
Boris Johnson walczy z Europą od 30 lat. W konsekwencji może doprowadzić do rozpadu swojego kraju. / PAP / NEIL HALL POOL

Boris Johnson walczy z Europą od 30 lat. W konsekwencji może doprowadzić do rozpadu swojego kraju.

Wychodzimy 31 października, „no ifs, no buts” – żadnych „jeśli”, żadnych „ale”. Taką obietnicę złożył Boris Johnson mieszkańcom Zjednoczonego Królestwa w swoim pierwszym przemówieniu w charakterze szefa rządu, wygłoszonym w środę wieczorem przed charakterystycznymi, czarnymi drzwiami z numerem „10”. Na potwierdzenie swojej determinacji dokonał gruntownej rekonstrukcji rządu, oferując ministerialne teki czołowym zwolennikom rozwodu z Unią Europejską, takim jak Jacob Rees-Mogg, Dominic Raab czy Priti Patel.

Magazyn DGP 26 lipca / Dziennik Gazeta Prawna

Determinacja Johnsona jest tak duża, że pozycję specjalnego doradcy – czyli kogoś, kto jest zawsze w cieniu za premierem, z nieograniczonym dostępem do ucha szefa – uczynił arcybrexitera Dominica Cummingsa, który w 2016 r. stał na czele kampanii „Vote Leave”, przekonującej Brytyjczyków do zagłosowania za opuszczeniem UE. Johnson przygarnął go do siebie pomimo tego, że Cummings jest winny walkom związanym z finansowaniem „Vote Leave” i ciągnie się za nim smród, jeśli idzie o kontakty z Rosjanami w kontekście plebiscytu sprzed trzech lat. Co gorsza nowy doradca premiera kompletnie zignorował parlament, kiedy ten wezwał go na przesłuchanie w obydwu sprawach (konkretnie przez poselską komisję ds. manipulacji przy referendum brexitowym).

Boris Johnson wreszcie ma władzę – i ludzi – aby wdrożyć to, do czego pośrednio namawia Brytyjczyków od trzech dekad.

Włoskie kondomy

„Jestem przeciw karze śmierci i przeciw Europie”, miał powiedzieć Johnson w 1994 r. podczas rozmowy z kolegą w redakcji dziennika „The Daily Telegraph”. Do wymiany doszło krótko po tym, jak obecny premier otrzymał w gazecie stanowisko głównego publicysty politycznego. Johnson pożalił się wtedy, że w wielu kwestiach, którymi żyje polityka, nie ma swojego zdania – jak więc miał piastować swoją nową funkcję? Kolega nie dowierzał, przekonując, że jakieś opinie BoJo (czasem jest tak przezywany) musi jednak mieć. Kiedy padło zdanie o karze śmierci i Europie, znajomy spokojnie odparł: „Jestem pewien, że coś z tego ukręcisz”.

Tak też się stało, chociaż wówczas Johnson nie potrzebował już praktyki w eurosceptycznym pisarstwie. Na funkcję głównego publicysty w Londynie został wszak przeniesiony prosto z Brukseli, gdzie praktycznie w pojedynkę stworzył gatunek krytycznego wobec Brukseli dziennikarstwa, niemającego nic wspólnego z rzeczywistością. „Kondomy za duże dla Włochów” – głosił tytuł jego artykułu z maja 1991 r. „Brukselscy biurokraci znów wykazali się swoim legendarnym przywiązaniem do szczegółów, odrzucając nowe rozmiary prezerwatyw” – a konkretnie te o mniejszej szerokości, dopuszczenia których rzekomo domagali się włoscy producenci.

W innym, okładkowym (sic!) artykule Johnson pisał, że siedziba Komisji Europejskiej – budynek zwany Berlaymont ma zostać zburzony, a na jego miejsce powstanie biurowiec o rekordowej wysokości. Kiedy brytyjskim komisarzem w Brukseli został Leon Brittan, Johnson pogrywał na antyniemieckich sentymentach Brytyjczyków, pisząc o tym, jak wysłannik z Berlina czyha na delegata z Londynu. Peter Guilford, korespondent konkurencyjnego „The Times” na placówce w Brukseli w tym samym czasie co Johnson, wspominał niedawno w dzienniku „The Guardian”, że artykuły przyszłego premiera robiły taką sensację, iż wydawcy i redaktorzy konkurencyjnych gazet zaczęli wymagać podobnych od swoich korespondentów. – Wszyscy byliśmy pod presją, aby ciągnąć dalej rozpoczęte przez niego tematy. To było jak generator eurosceptycznych treści i wszyscy byliśmy jego częścią, ale Boris Johnson pracował znacznie ciężej niż inni – opowiadał Guilford. Tak ciężko, że – jak pisze w książce „Just Boris: A Tale of Blond Ambition" („Po prostu Boris: historia blond-ambicji”) Sonia Purnell, współpracowniczka Johnsona z brukselskich czasów – przyszły premier przed napisaniem artykułu zamykał się w swoim biurze i wykrzykiwał do siebie przekleństwa, aby wprawić się w odpowiedni nastrój. „Postrzegaliśmy go jako barwną postać, trochę bufona. Nie mieliśmy zielonego pojęcia, że w pojedynkę nada ton brytyjskiej debacie publicznej” – wspominał w „The Guardian” anonimowy dyplomata z tamtych czasów.

Kompletne popolupo

Ten eurosceptyczny ton po wielu latach stał się na tyle donośny, że zmusił premiera Davida Camerona do złożenia brzemiennej w skutkach obietnicy: jeśli konserwatyści wygrają wybory parlamentarne w 2015 r., to zorganizują plebiscyt w sprawie uczestnictwa Wielkiej Brytanii w Unii Europejskiej. Premier chciał w ten sposób odzyskać głosy eurosceptyków uciekających pod skrzydła Nigela Farage’a i – jak dowiadujemy się z serialu dokumentalnego BBC „Europa od kuchni – 10 lat kłopotów – droga do brexitu” – był przekonany, że nigdy nie zrealizuje swojej zapowiedzi, bo nie pozwoli mu na to koalicjant – liberalni demokraci.

Tyle że w 2015 r. torysi wzięli Izbę Gmin z bezpieczną większością głosów i mogli rządzić samodzielnie. Obietnicę trzeba było spełnić, bo inaczej Cameronowi groził bunt eurosceptycznego skrzydła partii. Konserwatyści zostali zwolnieni z lojalności wobec rządu i w nadchodzącej kampanii wyborczej mogli wybrać: albo opowiedzą się za pozostaniem w Unii, albo przeciw. Wyboru musiał dokonać również Johnson.

Ten jednak się wahał. Jak pisze Tim Shipman w książce „Wojna na całego: kompletna historia tego, jak brexit zatopił brytyjską klasę polityczną”, serce byłego korespondenta w Brukseli skłaniało się raczej przeciw Europie. Obawiał się jednak starcia z profesjonalną maszyną referendalną, jaką mieli puścić w ruch zwolennicy pozostania w UE; tego, że brexit zostanie „rozjechany jak żaba”. Co chwila ktoś dzwonił do Johnsona to z jednego, to z drugiego obozu, tak że musiał wyłączyć telefon. Swoją decyzję ogłosił 21 lutego 2016 r.: będzie namawiał Brytyjczyków do opuszczenia Unii.

Ogłosił to na trawniku przed domem, pod którym zebrały się media. „Kiedy skończyłem, poczułem niesamowitą ulgę. Wszyscy mówili, że gadałem bez sensu! A stały tam setki ludzi! To było szalone. Kompletne popolupo” – wspominał u Shipmana Johnson. Należy dodać, popolupo (termin z polskiego tłumaczenia „Szeregowca Ryana”; BoJo użył słowa „goatfuck”, znaczeniowo bliskiego słowu z filmu Spielberga i również mającemu źródło w żołnierskiej mowie), ale o gigantycznych konsekwencjach.

Nigel Farage podobno miał podskoczyć do góry z radości, zaś w obozie „Remain” nastroje były grobowe. „Decyzja Johnsona była kluczowa. To był śmiertelny cios zadany zwolennikom pozostania w UE. Myślę, że poradzilibyśmy sobie z Michaelem Gove,em (ówczesnym szefem resortu środowiska, również prominentnym brexiterem – red.), ale Borisem po drugiej stronie barykady – to było druzgoczące” – mówiła u Shipmana Anna Soubry, wówczas minister odpowiedzialna za przedsiębiorczość w rządzie Davida Camerona.

Przez kilka następnych miesięcy Johnson brał udział w kampanii, której symbolem stał się czerwony autobus z hasłem „Wysyłamy UE 350 mln funtów tygodniowo”. Rzekomo tyle z powodu konieczności płacenia składek do wspólnotowej kasy traciła brytyjska ochrona zdrowia. Liczba ta była wyssana z palca tak samo jak te, którymi z mównicy sejmowej zwykł rzucać u nas Andrzej Lepper. Nie zmienia to faktu, że przyszły premier czuł się jak ryba w wodzie. O tym, jakim zagrożeniem w pojedynkę był dla obozu „Remain”, niech świadczy choćby telewizyjna debata zorganizowana przez BBC. Podczas gdy zwolennicy pozostania w Unii cytowali ekonomistów, Johnson swoje wystąpienie zakończył stwierdzeniem: „Naprawdę uważam, że brexit to może być nasz nowy dzień niepodległości!”.

Zły trip

Niemniej zwycięstwo w referendum 2016 r. zaskoczyło Johnsona. Zaskoczyło i przeraziło. Kiedy – zgodnie z obietnicą – do dymisji podał się David Cameron i droga na sam szczyt stanęła przed BoJo otworem, ten poczuł, że grunt usuwa mu się spod nóg. Na konferencji prasowej wieczorem 24 czerwca – mówiąc słowami dziennikarza dziennika „The Guardian” – wyglądał jak ktoś, „kto właśnie schodzi z bardzo złego tripa na kwasie i orientuje się, że zabił swojego najlepszego przyjaciela”.

Przejęcie steru rządu po Cameronie wymagało – tak jak miało to miejsce teraz – wzięcia udziału w wewnętrznych wyborach na przewodniczącego Partii Konserwatywnej. Johnson nigdy jednak nie ogłosił oficjalnie swojej kandydatury. Złożyło się na to kilka różnych czynników, ale obawa przed odpowiedzialnością mogła być jednym z nich.

Shipman pisze tak: „Johnson, co nietypowe dla współczesnego polityka, swoje przemówienia pisze sam. Próbował z przemówieniami innych, ale doszedł do wniosku, że cudze słowa nie najlepiej leżą mu w ustach […] Miał dwie i pół godziny na napisanie przemówienia, w którym oznajmia, że będzie ubiegał się o fotel przewodniczącego Partii Konserwatywnej. Kiedy jednak współpracownik wrócił po tym czasie zapytać, jak mu idzie, Johnson odparł: „Nie mam nic”. Jedyne, co mu się udało napisać, to kilka zdań na różnych kartkach. To było dziwne. Johnson zawsze był dumny ze swojego talentu pisarskiego i teraz, w godzinie największej próby, ten talent go zawodził”.

Tamte wybory na szefa Partii Konserwatywnej ostatecznie wygrała Theresa May, która w środę złożyła dymisję i którą pod numerem „10” na Downing Street zastąpi teraz Johnson. BoJo otrzymał zresztą w poprzednim rządzie jedną z najbardziej prestiżowych tek ministra spraw zagranicznych i złożył dymisję w proteście przeciw polityce brexitowej rządu, którą przecież sam współtworzył. Teraz już nie będzie miał tak komfortowej wymówki.

Nie zostawia nam pan wyjścia

W zależności od tego, w jaki sposób dojdzie do brexitu i jakie będą jego konsekwencje, Boris Johnson może być jednak ostatnim premierem Zjednoczonego Królestwa. Warto bowiem przypomnieć, że w referendum w 2016 r. tylko dwie części tego kraju opowiedziały się za rozwodem z Unią Europejską – Anglia i Walia. Szkocja i Irlandia Północna głosowały za pozostaniem. W dłuższej perspektywie czasowej to może oznaczać dla Londynu kłopoty.

Szefowa szkockiego rządu Nicola Sturgeon od dawna zapowiada, że brexit – a zwłaszcza jego twarda wersja, czyli bez żadnej umowy i z nieprzewidywalnymi konsekwencjami dla lokalnej gospodarki – z punktu widzenia Edynburga będzie przyczynkiem do organizacji kolejnego referendum niepodległościowego. „Biorąc pod uwagę pańskie publiczne wypowiedzi o opuszczeniu Unii Europejskiej 31 października bez żadnej umowy, „bez względu na to, co będzie dalej” i „wyjście albo śmierć”, Szkocja musi mieć alternatywę. Teraz nawet bardziej niż kiedykolwiek wcześniej” – zdążyła już napisać do nowego premiera pierwsza minister z Edynburga.

Warto przypomnieć, że taki plebiscyt już się w Szkocji odbył w 2014 r. i większość opowiadająca się za pozostaniem w Zjednoczonym Królestwie nie była wcale taka duża – 55,3 proc. kontra 44,7 proc., przy 86-procentowej frekwencji.

I nawet jeśli pięć lat po tamtym głosowaniu wyraźna większość domagająca się odłączenia od Londynu jeszcze się nie wykształciła, to brexitowe zawirowania z powodzeniem mogą przyczynić się do jej powstania. To między innymi dlatego Boris Johnson w pierwszym przemówieniu jako premier zadeklarował pomoc dla zarabiających na chleb połowami – ponieważ wyjście z Unii oznacza koniec pomocy ze wspólnej polityki rybołówstwa.

Sturgeon w liście do Johnsona precyzuje, że kolejny plebiscyt mógłby się odbyć najwcześniej w 2021 r., co politykom w Edynburgu dałoby wystarczająco dużo czasu na zorientowanie się, czy wyjście z UE zaszkodziło gospodarce i przyczyniło się do erozji zaufania do Zjednoczonego Królestwa. Nie wszyscy szkoccy politycy są jednak tak dyplomatyczni jak Sturgeon – Angus McNeil, wywodzący się ze Szkockiej Partii Narodowej (SPN) szef komisji handlu międzynarodowego w Izbie Gmin, powiedział w czwartek, że rządy Borisa Johnsona zostały jego krajowi narzucone – i wezwał rząd do jednostronnej deklaracji niepodległości albo do uznania za taką zwycięstwa SPN w najbliższych wyborach w Szkocji.

Jeśli od Zjednoczonego Królestwa mieliby odłączyć się Szkoci, to następna w kolejce będzie Irlandia Północna. Zawarte w 1998 r. porozumienie wielkopiątkowe (zakończyło ono konflikt między zwolennikami przyłączenia prowincji do Irlandii oraz chcącymi pozostać pod zwierzchnictwem korony brytyjskiej) przewiduje, że gdyby nastroje za zjednoczeniem wyspy się nasiliły, to oba rządy są zobligowane do organizacji odpowiedniego referendum, a następnie uszanowania jego wyniku.

Tymczasem sytuacja w Belfaście nie sprzyja politycznym wstrząsom. Od dwóch lat Irlandia Północna nie ma rządu, bo w lokalnym parlamencie trwa impas. Rządzą więc de facto urzędnicy – stan, który nie może mieć miejsca podczas brexitu, ponieważ w sytuacjach kryzysowych (zwłaszcza po twardym brexicie) zbyt wiele decyzji będzie wymagało odpowiedniego politycznego mandatu – a nie mają go nawet najwyżsi rangą przedstawiciele lokalnej służby cywilnej. Problem można było rozwiązać, gdyby Irlandią Północną zarządzać z Londynu, ale wszyscy obawiają się, że powrót do tego stanu spowodowałby nasilenie się tendencji separatystycznych.

Kiedyś w jednym z wywiadów Boris Johnson powiedział, że problemy rozwiązuje w ten sposób, że „łata je taśmą klejącą, a następnie stara się znaleźć wyjście, o ile to możliwe”. Wobec perspektywy rozpadu Zjednoczonego Królestwa będzie musiał zamknąć się w gabinecie i wykrzykiwać różne bezeceństwa wyjątkowo długo, jeśli chce coś wymyślić.

Ropa nadal tania