Informację, że były dyrektor Centrum Projektów Informatycznych (CPI) Andrzej M. mury aresztu tymczasowego opuścił w miniony wtorek, potwierdziliśmy w wydziale przestępczości zorganizowanej i korupcji warszawskiej prokuratury apelacyjnej. – To nasza decyzja. Andrzej M. będzie tzw. małym świadkiem koronnym – wyjaśnił jeden z oskarżycieli. Zgodnie z art. 60 kodeksu karnego oznacza to, że gdy trafi do sądu akt oskarżenia, prokuratorzy wskażą dowody na pozytywną rolę Andrzeja M. w wyjaśnianiu przestępstw i sąd będzie mógł zdecydować o niskim wymiarze kary lub wręcz odstąpieniu od niej.

Decyzja w sprawie Andrzeja M. to przełomowy moment w jednym z najpoważniejszych w kraju śledztw, w którym badane są kulisy przetargów na komputeryzację państwa: Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, Komendy Głównej Policji oraz wielu innych resortów i agend państwa. Nad sprawą pracuje dwóch prokuratorów z elitarnego wydziału oraz zespół agentów z Centralnego Biura Antykorupcyjnego. – To świetni fachowcy, bez których ujawnienie tych mechanizmów nie byłoby możliwe. Ale już docieramy do kresu możliwości ze względu na rozmiary patologii na tym rynku i pojawiające się wciąż nowe wątki – tłumaczy.

Dotąd śledztwo koncentrowało się właśnie na byłym dyrektorze CPI, który do aresztu trafił jesienią ub.r. Wraz z nim agenci CBA zatrzymali wiceprezesa dolnośląskiej firmy Netline. Wkrótce dołączyli do nich kluczowi menedżerowie koncernów IBM i HP. Od nich wszystkich Andrzej M. miał otrzymać 4 – 5 mln zł łapówek. Jak to więc możliwe, że wyszedł na wolność i może liczyć na nadzwyczajne złagodzenie kary? – Był ważnym urzędnikiem, ale nie podejmował decyzji, raczej je realizował. Jest też kwestia nadzoru nad jego pracą – wyjaśnia osoba znająca kulisy śledztwa.

To oznacza, że prokuratorzy i agenci CBA badają rolę przełożonych Andrzeja M., czyli wiceministra Witolda Drożdża oraz wicepremiera i ministra spraw wewnętrznych Grzegorza Schetyny. Obaj zdecydowali o utworzeniu CPI i powierzeniu kierowania tą instytucją prowadzącą przetargi na e-administrację Andrzejowi M.

Według nieoficjalnych informacji DGP inny z najpoważniejszych wątków śledztwa dotyczy działań Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, a raczej ich braku. ABW na mocy ustawy odpowiada za bezpieczeństwo ekonomiczne państwa. Śledczy chcą znaleźć odpowiedź na pytanie, jak to możliwe, że największa służba specjalna nie zauważyła takiej skali korupcji, i to w kluczowych ministerstwach i instytucjach. – To cały system, który funkcjonował na długo przed objęciem ważnych stanowisk przez Andrzeja M. w Komendzie Głównej Policji, a później w Centrum Projektów Informatycznych – wyjaśnia nam jeden z rozmówców.

Prokuratura już dysponuje materiałami wskazującymi, że największe przetargi (wartości nawet kilkuset milionów złotych) były ustawiane przed ich ogłoszeniem. Proceder zaczynał się od firm doradczych, które opiniowały, jaka jest wartość projektu, oczywiście ją przeszacowując. To z tej nadwyżki firmy mogły później wypłacać łapówki decydentom. Jest również przypadek, że jeden z koncernów założył firmę bez żadnych formalnych powiązań. Wszystko po to, by nie budzić podejrzeń, że zdobywa wszystkie zamówienia, i przegrywać z młodą polską konkurencją.

Efektem nieprawidłowości są opóźnienia w realizacji najważniejszych projektów dotyczących informatyzacji państwa, co może skutkować nawet utratą dofinansowania z Brukseli sztandarowych projektów informatycznych. Chodzi m.in. o ePUAP, czyli platformę do załatwiania spraw urzędowych przez internet, pl.ID, czyli dowód osobisty z chipem, OST 112, czyli system powiadamiania ratunkowego, i inne programy. Dotąd straciliśmy 137 mln zł dofinansowania, a jeśli spełni się czarny scenariusz, to możemy stracić niemal 3 mld zł.