Radykalne cięcia zapisano w budżecie Niemiec, Wielkiej Brytanii, Francji i Danii. Popularność centroprawicy, która najpewniej znów będzie budowała rząd w Sztokholmie, jest jednak najciekawszym przypadkiem. Państwo dobrobytu w najdroższej wersji to pomysł skandynawski. Przez lata funkcjonował z powodzeniem. Jednak i w Szwecji okazał się za drogi.

Lider koalicji partii konserwatywnych i liberalnych Fredrik Reinfeldt w niedzielnych wyborach umocni swoją pozycję w szwedzkim parlamencie – wynikało z ostatnich sondaży przed głosowaniem. Po raz pierwszy od 30 lat Socjaldemokraci mogą być odsunięci od władzy przez dwie kolejne kadencje. Reinfeldt zapowiada otwarcie, że będzie kontynuował politykę redukcji wydatków socjalnych państwa. Większość Szwedów uważa jednak, że to nieunikniona cena za utrzymanie zdrowych finansów publicznych, szybkiego wzrostu gospodarczego i ograniczenia bezrobocia.

Reinfeldt wpisuje się w ogólnoeuropejski trend. Mimo doskonałych wyników gospodarczych (Komisja Europejska przewiduje w tym roku wzrost niemieckiej gospodarki o 3,4 proc.) kanclerz Angela Merkel zapowiedziała w minionym tygodniu ograniczenie wydatków socjalnych w ciągu 4 lat aż o 32 mld euro. Posunęła się nawet do tak drastycznych kroków, jak odebranie bezrobotnym subwencji na zapłatę składek emerytalnych czy rachunków za prąd.

Podobnie premier David Cameron. Zasiłki może stracić nawet 2 miliony osób żyjących dziś z socjalu. Minister pracy Ian Duncan Smith uważa, że zniechęcają one do szukania pracy i petryfikują nędzę w brytyjskim społeczeństwie. Reformy nie ominęły Francji, gdzie mimo ogólnonarodowego strajku prezydent Nicolas Sarkozy nie ugiął się przed planem przesunięcia wieku uprawniającego do emerytury z 60 do 62 lat. To ma być początek demontażu tych przywilejów socjalnych, na których Francję już nie stać: wśród nich 35-godzinnego tygodnia pracy. Reformę podjęła też Dania, która przeznacza na wydatki socjalne najwięcej w Europie (22 proc. PKB). Z czterech do dwóch lat skrócono długość płatnego urlopu wychowawczego. Szwecja potwierdza jedynie obowiązujący trend.

Szwedzcy podatnicy nie akceptują już tych, którzy siedzą na garnuszku państwa

Od czterech lat premier Fredrik Reinfeldt systematycznie ograniczał wydatki socjalne państwa. Rozmontowywał szwedzkie państwo dobrobytu, a mimo to sondaże wskazują na jego zdecydowane zwycięstwo w niedzielnych wyborach. Szwedzi przestali wierzyć w wydolność ich modelu państwa dobrobytu?

Szwedzi odnoszą wrażenie, że dzięki reformom przeprowadzonym przez prawicową koalicję kraj przeszedł w miarę suchą nogą przez kryzys. Poprzez oszczędności w latach poprzedzających kryzys rząd wypracował nadwyżkę budżetową odpowiadającą 2 proc. PKB i zredukował dług do około 40 proc. PKB. To dało duże pole manewru, gdy trzeba było znaleźć środki na napędzenie wzrostu. Dzięki temu w tym roku szwedzka gospodarka będzie się rozwijała w tempie 4,5 proc. przy jednym z najniższych deficytów budżetowych w Europie (2 proc. PKB). Rządowi udało się też ograniczyć wzrost bezrobocia (na poziomie 8 proc.). Wszystko to stało się możliwe dzięki radykalnemu ograniczeniu ciężaru państwa. O ile w szczytowym okresie rządów Socjaldemokratów wydatki publiczne stanowiły 73 proc. PKB, to dziś jest to około 50 proc. PKB. To wciąż za dużo, ale jednak postęp jest ogromny. Reinfeldt bardzo uelastycznił też zasady funkcjonowania sektora publicznego. Weźmy szkolnictwo: dziś zarówno szkoły państwowe, społeczne, jak i prywatne ubiegają się na równych zasadach o dotacje państwa. Wygrywa ten, kto jest najlepszy, to zdrowa konkurencja.

Socjaldemokraci obiecują jednak przywrócenie wielu dotacji. Taka polityka pozwalała im utrzymać się nieprzerwanie przy władzy przez wiele dziesiątków lat. Dlaczego teraz już to nie działa?

Z kraju o ideologii kolektywistycznej staliśmy się państwem indywidualistów. Szwecja jest małym krajem, musi wychodzić ze swoimi produktami na świat. A zatem dostosowywać się do międzynarodowej konkurencji. Poddani takiej presji szwedzcy pracownicy już nie akceptują, że ktoś przez ten czas pozostaje na garnuszku państwa, nic nie robiąc. Przed dojściem prawicy do władzy w Szwecji istniało ponad 30 różnych funduszy wsparcia socjalnego. Każdy mógł więc, jeśli nie z tego, to z innego źródła, dostawać zapomogę. To wszystko się skończyło. Z tego samego powodu bez trudu została zaakceptowana reforma systemu emerytalnego, która zakłada, że każdy odkłada na własny rachunek. Poprzedni ustanowiony przez Socjaldemokratów system był tyle razy zmieniany, że ludzie przestali ufać, że cokolwiek kiedykolwiek dostaną.

Jaka według pana powinna być rola szwedzkiego państwa socjalnego?

Musi być ściśle zdefiniowana, a jego wydatki ograniczone do około 35 proc. PKB. Tylko wówczas będziemy mogli skutecznie walczyć z konkurencję Chin i innych tanich krajów.

Co ze strukturą wydatków we wspomnianych przez pana 35 proc. PKB?

Szacuję to następująco: po 8 procent PKB zarówno na ubezpieczenia emerytalne, jak i na powszechny system ubezpieczeń zdrowotnych, 6 proc. na szkolnictwo podstawowe i średnie, 3 proc. na inwestycje w infrastrukturę publiczną (głównie transportową), po 2 proc. na obronę, policję oraz zapomogi dla bezrobotnych oraz po 1 proc. na administrację, badania naukowe i składkę do UE. Państwo nie może ani być obciążone ogromnym długiem, na którego obsługę wydaje kilka proc. PKB, ani nieuzasadnionymi transferami socjalnymi, które zniechęcają ludzi do pracy. Państwo nie powinno też bezpośrednio zarządzać programami socjalnymi, a jedynie finansować działalność tych, którzy okażą się najskuteczniejsi. Tak jest już w szwedzkim szkolnictwie.