Bankowość to jedna z najwspanialszych innowacji w historii ludzkości. Jeśli jednak ten sektor nie dokona autoreformy, biznes przejmie Google, Facebook i inne przedsiębiorstwa cyfrowej epoki.
Są ludzie, do których czuję niechęć bez względu na polityczną orientację. Nieważne prawak czy lewak – czuję niechęć, jeśli nie znosi bankierów. O ile przed kryzysowym 2008 r. nastawienie to było stłumione, bo gospodarka rosła, o tyle po krachu zaczęto artykułować je ze dwojoną siłą. Minęło osiem lat i banki nie odzyskały dobrej reputacji. Gorzej. Kryzys zaufania do tego sektora się pogłębia. Krzywym okiem patrzą w jego stronę już nie tylko zwykli Kowalscy, ale nawet biznesmeni, którzy bez banków nie mogliby rozwijać firm.
Krytyczne słowa w stronę bankierów skierował ostatnio Janusz Filipiak, założyciel i szef Comarchu, dużej spółki informatycznej. – Jeśli bogacisz się, wytwarzając dobra, to w porządku. Natomiast jeżeli bogacisz się na skutek działalności bankierskiej, to już jest to moralnie wątpliwe. (...) Za greckimi filozofami powtórzę, że bogactwo gromadzone w sektorze produkcyjnym ma głębszy sens – mówił w wywiadzie dla Money.pl.
Czy rzeczywiście bankierzy biorą to, co nie jest im należne? Czy naprawdę niczego realnego nie produkują? Czy słusznie należy im się potępienie? Ta radykalna ocena jest błędna. Obrona banków przed gniewem tłumu to jednak zadanie karkołomne, a ci, którzy się jej podejmują, nie powinni zakładać białych koszul. Pójdą bowiem w ruch pomidory.
Święty oszust
Bankierzy od zawsze byli na cenzurowanym i zawsze patrzono na nich podejrzliwie. Akurat to nie dziwi, bo raz po raz dawali powody, by traktować ich jak zło konieczne.
Ekonomiczna legenda, czyli teoretyczny scenariusz powstania bankowości, zaczął się z końcem epoki barteru. Wówczas ludzie doszli do wniosku, że zamiast wymieniać ziarno na kury, lepiej posłużyć się czymś uniwersalnie wymienialnym. Tak powstał pieniądz.
Gdy pojawił się pieniądz (najpierw w formie złotych i srebrnych monet, banknoty to dzieło nowożytności), pojawiła się potrzeba jego składowania (deponowania). Potrzeba ta dyktowana była wygodą i bezpieczeństwem. Zapewniali je bankierzy i za usługę tę pobierali opłaty, w zamian obiecując dostęp do depozytu w dowolnie wybranym terminie. To oznaczało, że nie mogli powierzonymi im pieniędzmi obracać. Jak więc finansowali drugą gałąź swojej działalności, tj. udzielane przez siebie kredyty? Z pożyczek, które sami zaciągali (zarabiali na różnicy w oprocentowaniu), bądź z zysków na depozytach. Hiszpański ekonomista Jesús Huerta De Soto w „Pieniądzu, kredycie bankowym i cyklach koniukturalnych” zauważa, że mechanizm ten sam z siebie wytwarzał pokusę nadużycia. „Osoby przyjmujące depozyty pieniężne doświadczały pokusy, by naruszyć obowiązek bezpiecznego przechowywania. Bankierzy mogli bez wiedzy deponentów obracać wielkimi kwotami pieniędzy i osiągać zyski, nikomu jawnie nie wyrządzając szkody” – pisze.
Nadużycia bankierów były często opisywane przez kronikarzy. W starożytnej Grecji bankowa profesja była w powszechnej pogardzie do tego stopnia, że nikt szlachetnie urodzony się nią nie parał. Bankierami zostawali ludzie społecznego marginesu – np. byli niewolnicy. Artystoteles w „Polityce” pisał, że „najsłuszniej znienawidzone jest rzemiosło lichwiarza, ponieważ osiąga się z zysk z samego pieniądza (...) Ten sposób zarobkowania jest w najwyższym stopniu przeciwny naturze”. (Nawiasem mówiąc, prof. Filipak powinien nadstawić tu ucha – Arystoteles potępiał także sam handel, bo uważał go za przeciwny naturze).
Z czasem – w miarę, gdy usługi bankierów stawały się coraz bardziej różnorodne – z ich uczciwością było tylko gorzej. Oszustem okazał się nawet przyszły papież i święty – Kalikst I (217–222 r.). „Pierwotnie był niewolnikiem chrześcijanina Karpoforusa, działał w jego imieniu jako bankier, przyjmując depozyty od innych chrześcijan. Zbankrutował jednak i został przyłapany przez swego pana na próbie ucieczki (...) Kalikst oszukańczo sprzeniewierzył pieniądze, a ponieważ nie mógł ich zwrócić, gdy tego zażądano, próbował ucieczki drogą morską, a nawet samobójstwa. Po wielu przygodach został wychłostany i skazany na ciężkie roboty w kopalniach Sardynii. Ostatecznie ułaskawiono go na prośbę tych samych chrześcijan, których oszukał. Trzydzieści lat później, jako człowieka wolnego, obrano go siedemnastym papieżem” – pisze De Soto.
Co ciekawe, średniowieczny Kościół katolicki oficjalnie potępiał lichwę rozumianą jako pobieranie odsetek od pożyczek, a ludziom, którzy to robili, odmawiał sakramentów, co sprawiło, że bankowością zaczęli parać się niekatolicy, głównie Żydzi.
Jeszcze w średniowieczu nadużycia bankierów tępiono radykalnie – karą więzienia, a nawet śmierci. Przypadek ścięcia bankiera zanotowano np. w 1360 r. w Katalonii. Dawni szefowie Lehman Brothers mają szczęście, że urodzili się w XX w.
Pusty pieniądz? Pełny portfel
Pokusa nadużycia, o której pisze De Soto, stała się większa, gdy w XVII-wiecznej Europie pojawiły się banknoty. Dzięki nim pieniądz kruszcowy mógł właściwie nie opuszczać bankowego skarbca, a bankierzy – bez większego ryzyka, że zostaną przyłapani – mogli emitować banknoty bez pokrycia i rozdawać je w formie pożyczek. Było to uznawane za oszustwo tylko do czasu, gdy królowie zorientowali się, że banki mogą stać się sojusznikami ich państwowej sprawy i takim pseudopieniądzem finansować wojny. Bankierom było to na rękę także ze względu na wypłacane przez królów odsetki. W ten sposób Wielka Brytania sfinansowała wojnę z Francją Napoleona (wygraną w 1815 r.), a obligacje wyemitowane na ten poczet są w obrocie do dzisiaj.
W XIX i XX w. papierowy pieniądz bez pokrycia w kruszcach czy towarach stał się czymś prawnie akceptowalnym. Nie będę wdawać się w historyczne szczegóły tej „legalizacji”, warto jednak zapamiętać jej trzy kluczowe momenty. Pierwszy to przyjęcie w Anglii w 1844 r. tzw. Peel’s Bank Charter Act, czyli ustawy pozwalającej na utrzymywanie w bankach zaledwie cząstkowej rezerwy na poczet wypłaty depozytów. Podobne ustawodawstwo zaczęły przyjmować potem inne państwa. Drugi – to całkowite zniesienie powiązania dolara ze złotem w 1971 r. (od czasów powojennych obowiązywało ono na poziomie rozliczeń między państwami po sztywnym kursie 35 dol. za uncję), co dało grunt pod gigantyczny rozrost sektora bankowego i tzw. finansjalizację. W 1970 r. łączne aktywa banków USA stanowiły 25 proc. amerykańskiego PKB, obecnie niemal 90 proc. W strefie euro dysproporcja ta jest jeszcze większa – aktywa niemieckich banków to ok. 250 proc. PKB, a holenderskich – prawie 400. W Polsce to ok. 90 proc. PKB. I trzeci – w 1913 r. w USA przyjęto ustawę o powołaniu do życia Rezerwy Federalnej, czyli banku centralnego. Instytucja ta stała się szybko najważniejszym bankiem świata, decydującym o sile obecnie najważniejszej waluty – dolara, a przez to o globalnym porządku finansowym. Od samego początku nie darzono jej sympatią. Podejrzany był już sam akt założycielski. Jak przekonuje G. Edward Griffin w „Finansowym potworze z Jekyll Island” (książce, która zrobiła prawdziwą furorę wśród ludzi niechętnych bankierom), Fed powstał w wyniku konsekwentnych 17-letnich nieformalnych nacisków rodów bankowych na amerykański rząd. Trwało to tak długo, ponieważ zwykli Amerykanie wcale nie kochali Rockefellerów i Morganów.
Koniec końców stworzono globalny system, w którym pieniądzem jest nawet nie papier, ale elektroniczny zapis na bankowym komputerze. Czy można czynić z tego zarzut? Cóż, z całą pewnością obecny system jest dla bankierów korzystny – bez żadnej przesady można powiedzieć, że pod kuratelą banków centralnych sprawują faktyczne rządy nad naszymi portfelami. Co więcej, niektóre banki rozrosły się do rozmiarów takich, że ich upadek groziłby zawaleniem się całej finansowej układanki. Dlatego, jak podkreśla Martin Wolf, komentator „Financial Times”, bankowość to „jedyna branża, która może zdewastować całą gospodarkę”. Tyle że bankierzy w razie kłopotów – także tych, którym sami są winni – mają realną państwową gwarancję, że włos im z głowy nie spadanie. Nie boją się już gilotyny czy szubienicy. Przeciwnie – czekają najpierw na ratunkowy zastrzyk z pieniędzy podatników, a potem na premie, w najgorszym razie na sute odprawy. Jeden z wielu przykładów: po tym, gdy w 2007 r. bank Morgan Stanley musiał spisać na straty wierzytelności o wartości niemal 10 mld dol. (bo nieopacznie udzielił aż tylu złych kredytów) pula bonusów wypłacanych jego kadrze kierowniczej wzrosła o 18 proc. Rok wcześniej prezes banku John Mack zarobił 40 mln dol. Gdzie powiązanie między skutecznością i efektywnością a płacą? Trudno je dostrzec.
Zdrowa tkanka
Specyficzna jest ta nasza apologia bankierów, bo skupia się tylko na wstydliwych epizodach z ich historii – wygląda raczej na atak. To jednak mylne wrażenie. Jest ona, owszem, przyznaniem racji antybankowym krytykom w wielu kwestiach, lecz też próbą zarysowania historycznego podłoża popularnej narracji o bankierach, która mrozi krew w żyłach do tego stopnia, że mamy mogłyby snuć ją dzieciom zamiast bajki o złym Bazyliszku. Po co? To proste. Żeby przejść do faktycznej mowy obronnej, trzeba przecież znać stanowisko prokuratora.
Niestety, współcześni adwokaci bankowości godzą się często na przedstawianie jej jako wyjątkowo złośliwego pasożyta na „realnej gospodarce”, przekonując, że należy go zaakceptować tylko dlatego, że właściwie nie wiemy, jak nasze życie wyglądałoby bez niego. Dodają też, że ludzie pracujący w bankach – kasjerki, ochroniarze i sprzątaczki – są zazwyczaj uczciwi i to tylko wśród niektórych prezesów trafiają się czarne owce. Nie możemy ogólnie zdrowej tkanki postrzegać przez pryzmat kilku komórek rakowych. Cóż, taka linia obrony nikogo nie przekona. A przecież można użyć innego, mocniejszego argumentu: współczesna bankowość to jedna z najwspanialszych innowacji, jakie wymyśliła ludzkość. Bez niej bylibyśmy biedniejsi. Bogacimy się dzięki produkcji i handlowi, ale produkcja i handel bez nowoczesnej bankowości – nawet tej lichwiarskiej – po prostu nie mogłyby się rozwijać w tempie, jakie obserwujemy od ponad 200 lat. Profesor Oded Galor na łamach DGP (195/2016) podkreślał niedawno, że aż do 1800 r. światowe PKB stało w miejscu. I dlaczego nagle ruszyło z kopyta? Jedną z wielu przyczyn była właśnie liberalizacja zasad rządzących bankowością. Nie dziwne, że potęgami bankowymi stały się USA oraz Anglia, czyli awangarda wzrostu gospodarczego. Rozwój bankowości szedł w parze z rozwojem gospodarki, przyśpieszając go, a nie – nawet biorąc pod uwagę kryzysy, którym była winna – spowalniając.
Skąd Comarch prof. Filipiaka brałby pieniądze na kolejne przejęcia zagranicznych spółek czy inwestycje w nowe produkty, gdyby nie banki? Banki niezwykle sprawnie, szybko i w wymiarze globalnym mobilizując oszczędności, kreują kredyt i kierują go tam, gdzie przedsiębiorcy widzą zysk. To właśnie wspomniana innowacja. Wszystkie giełdy czy fundusze venture capital biorą swój początek w bankowości. To, że banki to instytucje ponadnarodowe, to dobrze – dzięki temu działają lepiej, na większą skalę i w harmonii ze światowym handlem. Z tej perspektywy nawoływanie do repolonizacji banków jest niebezpieczne. Cofnęłaby ona banki w rozwoju, nam dając zaledwie iluzję kontroli. Mówi się, że w trakcie globalnego kryzysu międzynarodowe banki wycofują kapitał z zagranicznych oddziałów do centrali. To się zdarza, ale co by się stało, gdybyśmy zrepolonizowali nasze banki, a za jakiś czas doświadczyli recesji? Skąd wówczas wzięlibyśmy dodatkowy kapitał na odbicie się z dna? Przecież recesja pewnikiem wyniszczyłaby zrepolonizowane instytucje.
Podwójna miara dla banków i reszty firm, jaką się często stosuje – ta, która prowadzi do wniosku, że gromadzenie pieniędzy z działalności bankowej to wypaczenie – jest dla tych pierwszych krzywdząca. Te pieniądze nie są gorsze. Owszem, nie pochodzą z wytwarzania i sprzedaży fizycznych produktów takich jak samochody czy meble, a nazywanie oferty bankowej „produktami” to faktycznie semantyczne nadużycie, ale pochodzą z działalności umożliwiającej produkowanie. Pośredniczą w tworzeniu dobrobytu.
Spójrzmy dla kontrastu na kraje arabskie, np. na Arabię Saudyjską czy Zjednoczone Emiraty Arabskie, w których po dziś dzień obowiązuje prawo szariatu, a więc i bardzo konserwatywna bankowość. Zgodnie z nim operacje bankowe muszą być proste, a pobieranie procentu jest zakazane. Nie ma mowy nie tylko o lichwiarskich pożyczkach, lecz także np. o tworzeniu instrumentów pochodnych. Bogactwo tych krajów bierze się z dostępu do ropy, a nie z ciężkiej pracy i produkcji użytecznych przedmiotów. Ich bankierzy nie zajmują się zwykle kredytowaniem produktywnych przedsięwzięć, a księgowaniem „transakcji ropopochodnych”. Taka konserwatywna bankowość to, niestety, nieatrakcyjna oferta i gdy banki oparte na szariacie pojawiają się w Europie, klienci nie rzucają się na nie szturmem, by zdeponować tam swoje oszczędności. Dlaczego? Czyż nie są przekonani o zgniliźnie bankowości Zachodu? Czyżby woleli banki z Wall Street? Niewiarygodne, ale tak – wolą Wall Street. Co więcej, nawet sami szejkowie są świadomi ograniczeń „swojej” bankowości – dlatego np. w Dubaju szariat nie obowiązuje. Efekty, czyli dynamiczny rozwój miasta, są powszechnie znane.
Nie zapominajmy, że banki to też usługi dla zwykłych Kowalskich. Najpowszechniejsza to rachunki bieżące, które większość z nas posiada. Są często darmowe, czasami oferowane są w pakiecie z ubezpieczeniem na życie. Z takich usług można korzystać, nie ponosząc żadnych kosztów dodatkowych. No chyba, że ktoś chce wziąć pożyczkę albo kredyt – tyle że to nie jest obligatoryjne. Ale obligatoryjne nie jest nawet posiadanie konta. Każdy z nas posiada ustawowe prawo odbioru pensji bezpośrednio i w gotówce – a nie przelewem. A jednak wybieramy przelew do banku i nie odwodzi nas od tego nawet wysoka pensja jego prezesa. Bo – między Bogiem a prawdą – system wynagradzania menedżerów w bankowości powinien być pewnie związany mocniej z ich długoterminowymi wynikami, ale ogólnie rzecz biorąc, skala tego problemu jest znacznie mniejsza niż skala korzyści, jakie z istnienia banków odnosimy.
Zmierzch bankowości
Czy zatem – dla większego dobra, czyli wzrostu gospodarczego – należy przymknąć oczy na wypaczenia bankierów? W żadnym wypadku. Przeciwnie. Największą bolączką bankowości jest dzisiaj to, co stanowiło o jej sile: zatraciła zdolność do tworzenia pożytecznych innowacji. W tworzeniu skomplikowanych produktów finansowych bankierzy są świetni, ale handel takimi produktami nie wpisuje się przecież w istotę działania banków – jest nią rola pośrednika i negocjatora pomiędzy oszczędzającymi a inwestującymi.
Ostatnią prawdziwą dobroczynną innowacją w bankowości było, jak to ujął Paul Volcker, jeden z niewielu szanowanych byłych szefów Fed, wynalezienie bankomatu.
Z kolei Jeff Bussang, inwestor z nowojorskiego funduszu venture capital Flybridge, uważa, że banki są po prostu zbyt duże. „JP Morgan Chase i Bank of America zatrudniają po 200 tys. osób. Citigroup – 350 tys. Z punktu widzenia strukturalnego, organizacje te są zbyt duże, by rozwijać przełomowe rozwiązania, myśleć poza schematem, na nowo definiować bankowe rozwiązania. Pojawia się więc miejsce dla przedsiębiorców, którzy zaczynają »hakować« bankowość” – pisze na blogu. „Hakować”? Tak. Po prostu odbierają bankierom biznes. W 2014 r. Peter Marens, ówczesny członek zarządu giganta hi-tech Cisco, stwierdzał, że banki mają właściwie monopol na jeden już tylko produkt – rachunek bieżący. Resztę usług można kupić od innych. Dawał w ten sposób do zrozumienia, że ludzie potrzebują usług bankowych, ale nie samych banków, i świat, w którym firmy takie jak Google czy FB świadczą kompleksowe usługi finansowe, jest już o krok.
Słabe strony sektora bankowości, które wykorzystują przedsiębiorcy, zauważają już od jakiegoś czasu uznani ekonomiści. Już ponad 18 lat temu prof. Raghuram G. Rajan, obecny szef banku centralnego Indii, przyznawał, że to, co oferują banki, może oferować zwykły rynek. Zastrzegał też, że choć jest „za wcześnie, by spisać banki na straty”, to „siła banków może brać się w istocie z tego, że są w stanie okresowo sięgać do publicznej kiesy”, a nie z innowacyjności.
Matt Harris, dyrektor funduszu Bain Capital, który skupia się na firmach finansowych, nie dziwi się, że dla banków najważniejsza stała się działalność finansowo-spekulacyjna. „To naturalne, że przestają stawiać na odnogę komercyjną, jeśli nie umieją stworzyć rentownych innowacji w dziedzinie płatności czy kredytów – pisze w jednym z komentarzy. – Jest jednak dobra wiadomość dla bankierów: można coś z tym zrobić. Jeśli banki lepiej dostosują się do regulacji, skoncentrują się na walce z nadużyciami oraz zaczną lepiej strzec kapitału deponentów, to w efekcie zredukują nadwyżkowe koszty, ekspozycję na ryzyko i uproszczą swoje procedury operacyjne. To ścieżka do tego, by odzyskać status fundamentu społeczności, wspierającego cały system handlu. Dokoła banków wyrosną wtedy innowacyjne biznesy, które sprostają potrzebom współczesnego konsumenta”.
To, o czym pisze, wiąże się z rezygnacją z części działalności inwestycyjnej banków i zgodą na to, by innowacyjne usługi bankowe pojawiały się poza bankowością sensu stricto. Oznacza to sporo „autoreformatorskiej” pracy po stronie bankierów. I autoograniczenia. Czy są do tego zdolni?
Brutalnie mówiąc: to ich sprawa. Jako konsumenta nie interesuje mnie szczególnie, kto dostarcza mi dane usługi, byleby mnie satysfakcjonowały. Jeśli banki się nie zreformują i ich biznes w trzeciej dekadzie XXI w. przejmą inne, nowocześniejsze niebankowe podmioty – to same sobie będą winne. I to, że kilku prezesów pójdzie z torbami, zupełnie mnie nie zmartwi.
Obawiam się jednego: banki żyją w symbiozie z rządem. Jeśli nie zechcą odzyskać blasku i społecznego zaufania, co jest trudne, postawią zapewne na zacieśnienie tej współpracy, co jest dla nich relatywnie łatwe. To oznacza, że alternatywne dla banków rozwiązania mogą zostać za pomocą narzędzi prawnych zduszone w zarodku, co ograniczy nasz wolny wybór.
Ale wtedy obrony bankierów nie podejmie się już nikt.
ikona lupy />

Kup w kiosku lub w wersji cyfrowej