Grupą znajomych siedzą w kucki w cieniu pod drzewami. Żują trawę i spoglądają na telefony, które właśnie skończyli ładować w pobliskim domu. Jego właściciel za drobną opłatą udostępnia im prąd. Bierze 50 - 100 dinarów od aparatu. I dobrze, że udostępnia. Inaczej nie można byłoby zadzwonić do matki czy żony, które oglądając wiadomości pewnie zamartwiają się na śmierć.

Dające cień drzewa stoją przy drodze, prowadzącej do oddalonego o kilka kilometrów miasta. Tam też chodzą już tylko w grupach. Pojedynczo jest niebezpiecznie. Nawet nie dlatego, że znów mogą okraść. Gdyby tylko ci złodzieje nie byli agresywni – nie wygrażali pięściami, nie straszyli kijami. Może ich grupy nie zabierałyby ze sobą sznurów i plastikowych drągów. Najgorzej będzie jeśli jakaś zwykła kradzież w blady dzień zmieni się bójkę. Ktoś się poszarpie, da sobie w twarz, okaleczy się dotkliwie. Wiadomo, która strona będzie winna.

Po drugiej stronie drogi są prysznice. Chłodny strumień wody leje się na grupę biorących kąpiel mężczyzn. Śmiechy, gołe torsy i porozwieszane na drucianej siatce ubrania dygocą radośnie tuż przy jezdni. Jest upalny dzień, a oni przebyli tysiące kilometrów. Każdy chce się umyć, odświeżyć. Gorzej jest tu zimą, bo to jedyna woda do jakiej mają dostęp – zawsze zimna, z kranów w ogródku.

Za drzewami, pod którymi Abdul i jego koledzy odpoczywają w cieniu, jest ciglana (z serbskiego 'fabryka cegieł'). Od dawna zamknięta, popadła w sędziwą ruinę. W oknach straszą już tylko potłuczone szyby, a drzwi, o ile są, rzadko mogą się szczelnie domknąć. Zza budynków wystaje przekrzywiony komin fabryki, a cała jej posesja porośnięta jest wysoką trawą i chwastami. W ciglanej jest cicho i spokojnie. W oddali pohukuje tylko stukanie kół przejeżdżających pociągów. To sygnał, że ktoś zaraz przyjedzie, albo właśnie wyjechał.

Tak wygląda ostatni przystanek migrantów przed próbą przedostania się do Unii Europejskiej, dziś wciąż nieszczelnie zamykanej przed nimi żelazną siatą i zasiekami. Położone na obrzeżach Suboticy, niedaleko od granicy serbsko-węgierskiej, tereny i stare, zniszczone budynki ciglanej są tymczasowym domem dla azylantów z Bliskiego Wschodu i Afryki.

Abdul

W rodzinnym Kabulu Abdul pracował na budowie w bazie wojskowej. Kiedy zorientowano się, że zna angielski, zaproponowali mu inną pracę – tłumacza. Akurat mieli nowy projekt, potrzebowali ludzi. Nadawał się. Rodzina nie była zadowolona, bo współpracowanie z rządem i stacjonującym w Afganistanie wojskiem z Zachodu to ogromne ryzyko – talibowie surowo karzą za sprzymierzanie się z ich wrogiem. Abdul zgodził się mimo to, trochę z ambicji, trochę dla pieniędzy, a trochę licząc na szczęście, które wydawało się, że właśnie wtedy przyszło. Ale zamiast szczęścia przyszły konsekwencje ryzykownej decyzji. Po roku umówiony projekt się kończył, a on zaczął otrzymywać pogróżki. „Jak Cię złapiemy to zabijemy”, brzmiały. Takich wiadomości z czasem było coraz częściej. Co z tego, że współpracował z agendą rządową: „Rząd nie może sam się zabezpieczyć, to jak ma bronić ludzi, z którymi współpracuje?” - rzuca retorycznie Abdul. Zrobił swoje, praca się skończyła i trzeba było się rozejść. Został sam z szukającymi rewanżu talibami na głowie. Wspólnie z rodziną postanowili, że życie jest najważniejsze. Spakował plecak, którego zawartość szybko zdążyli mu w drodze obrabować, i ruszył w drogę. - Ta cała wędrówka - przyznaje - i tak jest mniej niebezpieczna niż życie w moim kraju.

W drodze Abdul jest od 3 miesięcy, od kilku tygodni w nierozłącznej 12-osobowej grupie. Razem jest i bezpieczniej, i raźniej. Najpierw sam wsiadł do samolotu lecącego z Kabulu i do Teheranu. Tam odesłał swój paszport do domu i ruszył dalej pieszo. Twierdzi, że dokument i tak na nic by się nie zdał. Zresztą – jak dodaje – nikt go o niego nie pytał. W Iranie musiał być bardzo ostrożny, bo policja wyłapuje i odsyła takich jak on z powrotem do domów. Później była granica turecka. - Wiedziałem, że jak tę przekroczę, to reszta jakoś się uda - wspomina. W Turcji na azylantów czekają ludzie, którzy organizują dalszą drogę – owiane tragiczną sławą rejsy, bo po dziś dzień, już ponad 2500 migrantów straciło już życie w wodzie. Te przeprawy to akty desperacji, których zdrowy rozsądek, siedzący wygodnie w europejskim domu, nie może zrozumieć. W Turcji dostali numer telefonu do człowieka, który pomógł im kupić łódkę. 3 metry na 1 metr i 17 osób. 3 godziny dryfowania z szybkimi przystankami na wylewanie wody za burtę, której pod ciężarem ludzi zbierało się niebezpiecznie dużo. Abdul był kapitanem. Dopłynęli wymęczeni, ale szczęśliwi. Po krótkim pobycie w obozie dla uchodźców w Grecji ruszyli dalej – przez Macedonię do Serbii. Tam straż graniczna pokazywała im drogę przez zieloną granicę, dzięki czemu mogli się nocą prześlizgnąć niezauważeni. Potem przez Belgrad pociągiem do Suboticy. Ze stacji kolejowej w centrum miasta do buszu za starą fabryką cegieł na przedmieściach.

Niechciani z Ciglanej

W obozowisku wśród wysokich traw mieszka cała 12-osobowa grupa. Wszyscy z Afganistanu, poznali się w Turcji. Za dnia rozstawione tu namioty wietrzą się otwarte, a na drzewach suszą się ubrania. Nie mają ich dużo więc prać trzeba wszędzie, gdzie się da. Na rozłożonych na trawie kocach siedzi rodzina z małym synkiem, na oko 4-letnim. Reszta grupy pochłonięta jest przygotowywaniem obiadu. Jeden pilnuje garnka, z którego paruje kartoflana papka, reszta obiera ze skóry i kroi w drobne kawałki dopiero co zarżniętą owcę, dokładnie wykrawając każdy kawałeczek jej mięsa. Trzema nożami, z grupą gapiów dookoła, dochodzi do całkowitego rozkładu przed chwilą jeszcze żywej zwierzyny. Trudno się dziwić – choć warunki, w jakich owca przemienia się w obiad pozostawiają wiele do życzenia. W Serbii ciężko o mięso, które byłoby halal, choć patrząc na okoliczności, może Allah mógłby wybaczyć im jedzenie innego. A konserwy – jak mówią – z czasem przyprawiają o ból brzucha. Choroby i boleści najmniej im akurat są potrzebne w trakcie wędrówki.

-Wszyscy mamy podobne historie – kontynuuje Abdul i oferuje miejsce do siedzenia - pogróżki (wskazuje na kolegę w oddali), zdemolowane domy (wskazuje na jeden z namiotów, w którym ktoś leży i z którego wystają tylko stopy), prześladowania (wskazuje kilku mężczyzn, przerzucających drewno). Wszyscy uciekamy przed tym samym... Ale nie o wojny tu chodzi, choć to właśnie one wypędziły ich z rodzinnych domów, a o ratowanie przyszłości swojej i najbliższych. Każdy bardziej niż o przeszłości, stara się tu myśleć o wyczekanym i opłaconym trudem i strachem lepszym życiu w Europie.

Rozmowę przerywa krzyk i po chwili wszyscy obecni zmierzają w stronę rozłożonych na trawie śpiworów i koców. Ktoś puszcza muzykę z telefonu i podryguje wesoło. Na tej zielonej polanie życie przez chwilę płynie jak na pikniku. Żarty, uśmiechy, zabawa. Zmęczeni podróżą uchodźcy starają się znaleźć choć trochę normalności. - Musimy czasem wypocząć, oderwać się, pożartować, inaczej zwariujemy - mówi Abdul jakby czuł, że musi się wytłumaczyć z chwilowego braku łez i dramatów.

Nie musi. Ciglana jest dramatem samym w sobie. Świadomość, że w serbskim buszu, spłoszeni, poukrywani po kątach, zamaskowani w wysokiej trawie i chwastach ludzie znaleźli kawałek normalności, normalnym wcale nie jest. Przyzwyczajenie i oswojenie w sobie takiej rzeczywistości jest wymowniejsze niż płacz. Na pozór tylko jest tak jak piszą rodzinom w esemesach - „dobrze”. Tylko, że tu „dobrze” nie oznacza dobrobytu. Znaczy: „żywy i na wolności”.

- Dlaczego Europa nas nie chce? - pyta nagle Abdul, bo wie, że nastroje antymigracyjne rosną w siłę. Patrząc na życzliwość i otwartość tych uchodźców, którzy w zamian chcieliby dostać tylko to samo i może jeszcze trochę zrozumienia, ciężko wytłumaczyć, że Europejczycy spodziewają się po nich najgorszego – że albo przyciągną nam wojnę, albo zaczną wprowadzać szariat, albo Bóg wie co jeszcze. Nie zrozumieją, bo żaden z nich nie wspomniał jeszcze o Allahu, a od wojny przecież chcą uciekać jak najdalej. Już się na nią napatrzyli i wcale im się nie podobało. Opowieści o liczbach, których bogate Niemcy, cel ich wędrówki, mogą nie zdołać ponieść, też mogą okazać się dla nich niezrozumiałe. Bo oni są mili i nie mając nic, dzielą się wszystkim.

Przypowieść o miłosierdziu

Przez busz przedziera się młody chłopak i machając zachęcająco rękoma w górze, krzyczy „come, come!” („chodźcie, chodźcie!”). Wszyscy, prócz rodziny z dzieckiem, wstają i ruszają jego śladem w stronę budynków fabryki.

Pod zadaszeniem przy starej ciglanej stoi mini van, a przed nim – kolejka. Na wystawionym przed samochodem stole leżą konserwy, pasztety, puszki z rybami i paczuszki z podstawowymi środkami do higieny: maszynki do golenia, pasty do zębów. Obok, w plastykowych skrzyniach, prawie na baczność jak teraz migranci, ustawione są bochenki chleba – jeden obok drugiego, spokojnie, ciasno, ale bez przepychanek. Każdy po kolei bierze coś dla siebie, rodziny i grupy, ale nie nadużywa przywiezionych produktów. Dla wszystkich musi przecież starczyć.

Za samochodem młody chłopak w gumowych rękawiczkach ogląda stopy migranta z Pakistanu. W popękane i poszarpane od drogi wdarło się zakażenie. Trzeba założyć opatrunek. W kolejce do oględzin ustawia się drugi. Wysoko podwijając rękawy, wyciąga pokryte wysypką i strupami ręce. „Ma to na całym ciele.” - tłumaczy inny. „Tu zwykły opatrunek nie wystarczy”, rzuca młody mężczyzna i decyduje się wezwać pogotowie.

Zakładający opatrunki młody chłopak to syn prawosławnego księdza, Tibora Vargi, który przyjeżdża do migrantów w Ciglanej od 4 lat. Tyle mniej więcej trwa napływ migrantów i uchodźców przez granicę węgierską do Europy, którego nasilenie obserwujemy od kilku miesięcy. Rodzina organizuje jedzenie, koce i inne rzeczy, które w starej fabryce mogłyby do czegoś posłużyć. Dużo z tego, co przywozi, pochodzi z prywatnych donacji. - Ludzie wiedzą, że tu przyjeżdżamy. Sami do mnie dzwonią i pytają jak mogą pomóc - tłumaczy Tibor, dzięki któremu w pomoc migrantom udało się zaangażować wiele osób, mimo że biedna Serbia też nie zawsze ma się z czego dzielić. Subotica, niegdyś dobrze rozwinięte miasto z fabrykami i ogromnym targiem, dalej nie podniosła się po kryzysie, który zaczął i zakończył się rozpadem Jugosławii.

Tibor dostarcza żywność i kontroluje stan zdrowia przybyszów, pomaga, co traktuje po części jak misję, którą zesłał mu Bóg. To słowo boże nakazuje przyjęcie poszukującego schronienia, nakarmienie głodnego, napojenie spragnionego. Wprowadza te chrześcijańskie nauki w życie bez względu na różnice religijne. Zresztą chrześcijaństwo i islam o pomocy bliźniemu mówią to samo: „W podobny sposób wystawialiśmy na próbę jednych przy pomocy innych (...) A kiedy Ci, którzy wierzą w Nasze Znaki, przyjdą do Ciebie, powiedz: Pokój z wami!”, mówi Koran. I tu, w Ciglanej, ten pokój zdaje się panować.

Obie Święte Księgi nawołują do czynienia dobra i dawania szansy drugiemu człowiekowi. Nie można ich jednak spełniać, kiedy zamykamy się na drugiego człowieka – zamykając oczy na jego nieszczęście czy budując bariery z różnic kulturowych czy religijnych. Tibor, wysłannik kościoła chrześcijańskiego, do którego przynależność głosi także znaczna część Europy, codziennie przyjeżdża więc do Ciglanej otwarty na potrzeby innych.

- Oni nie jadą do Europy zamykać się w swoich gettach. Jeśli nie otworzymy się na nich, to właśnie do tego doprowadzimy – mówi. Bo na wpuszczeniu uchodźców, podzieleniu się obowiązkiem przyjmowania z innymi i daniu im dachu nad głową sprawa się nie kończy. Otworzenie się na inność migrantów i uchodźców jest kluczową kwestią w ich integracji ze społeczeństwami, do których trafiają. Jeśli będziemy ich od siebie odseparowywać, doprowadzimy do tego, czego tak się obawiamy – do powstawania uchodźczych czy imigranckich enklaw. Naszą postawą sami ich tam zamkniemy. Bo pomoc dla azylantów to nie tylko pomoc rzeczowa czy finansowa. To także włączanie ich w życie naszych społeczności tak, by poczuli się ich częścią i tworzyli wspólnoty, w których będą mogli normalnie funkcjonować.

W rozpakowywaniu pomocy dla azylantów pomaga też wypachniony rakiją serbski uchodźca z Chorwacji, jeszcze z czasów wojny jugosłowiańskiej. Srebrnowłosy mężczyzna, który każe mówić do siebie Abraham. W przerwach między podawaniem bochenków chleba, poklepuje nowych przybyszów po plecach i zaprasza na kielicha. Sam też mieszka w Ciglanej więc jeśli się zdecydują, daleko nie będzie, choć bardziej niż zaproszenie, podoba im się to przyjazne poklepywanie i szeroki uśmiech na jego twarzy. „Życie potrafi być przewrotne” - mówi jeden ze stojących w kolejce - „wczoraj sam jeszcze uchodźca, a dziś już pomaga innym. Tego się nie zapomina, Siostro.”

Wspólnota

W Unii na przemian słychać głosy przeciw wpuszczaniu migrantów na europejskie terytoria i te popierające przyjmowanie szukających schronienia przed wojnami i konfliktami. Kiedy Europa popada w coraz bardziej schizofreniczną walkę na słowa, tysiące migrantów i uchodźców jak spały na chodnikach i na polach, tak dalej śpią. Jedyną odpowiedzią jaka przychodzi na myśl politykom to wysyłanie coraz poważniejszych jednostek mundurowych do zabezpieczania granic. Tylko ani nie przynosi to skutku, ani nie daje rozwiązania. Może szkoda, że nie przemyślano problemu, kiedy pierwsi migranci zaczęli pojawiać się w Ciglanej kilka lat temu. Albo kiedy jeszcze z afgańskich czy syryjskich domów wysyłali do Europy wnioski o azyl, bo to kiedy nie dostając odpowiedzi, postanowili osobiście zapukać do drzwi urzędów i spytać o decyzje w ich sprawach.

Kryzys, jaki wywołał napływ azylantów, stał się także kryzysem człowieczeństwa i ludzkiej empatii. Europejskie wartości z głośnych jeszcze niedawno sloganów nawołujących do tolerancji, wzajemnego poszanowania i zrozumienia, odbijają się głośnym echem w smutnej pustce rozterek, rasistowskich argumentów oraz niezliczonej ilości uprzedzeń i obaw. Na to wszystko nie ma jednak czasu. Konkretne decyzje w sprawie napływu migrantów powinny były zostać podjęte już dawno, tak by gwarantowały bezpieczeństwo, wartość absolutnie niepodzielną, zarówno obywatelom Europy, jak i migrantom i uchodźcom. Ale zamiast podejmować działania, patrzymy na nieudolność władz i brak porozumienia wspólnoty europejskiej, o ile jeszcze potrafimy myśleć w kategoriach wspólnoty?

Jeśli nie Europa, nie ma dla nas przyszłości

Abdul i jego grupa planują już dalszą podróż. Na Węgry. Więc całe popołudnie spędzają na obmyślaniu drogi, na której nie zostaliby schwytani przez straż graniczną. Martwią ich zasieki, które groźnie nastroszone strzegą wejścia do Unii, ale nimi przejmują się mniej niż mundurowymi. I te odciski palców. „Jak nas złapią na Węgrzech i tam wezmą odciski, to będziemy musieli tam zostać.”, dywagują ze strachem w głosie. Niepewni, ale zdeterminowani nie wyobrażają sobie, że plan może się nie udać: „Jeśli nie Europa, to nie ma dla nas przyszłości.” - mówi Abdul, nie zadając sobie pytań czy Europa widzi przyszłości z nimi. Plan jest jeden – przetrwać.

Zapatrzeni w telefony uzbrojone w gps'y i mapy, godzinami planują każdy krok i przerzucają się pomysłami. Jeśli pogoda dopisze, Abdul i jego grupa jutro zamówi taksówki, które zawiozą ich pod same fortece węgierskie. Mają nadzieję, że uda im się pokonać granice, te dosłowne i te mniej. Pod drzewem w buszu w Ciglanej zostawią po sobie pakunki dla następnych migrantów, którzy już są w drodze: koce, namioty, garnki. Wszystko to, co będzie kolejnym przybyszom potrzebne do przetrwania kilku dni zanim szlakiem innych ruszą w dalszą drogę. Tu nikt nie ma wątpliwości, że ruszą.

Magdalena Chodownik