Pomimo tego jeszcze do niedawna wydawało się, że konflikt syryjski może mieć się ku końcowi. Wojska wierne prezydentowi Baszarowi al-Asadowi poniosły bowiem serię porażek, zarówno z rąk demokratycznej opozycji, jak i ugrupowań terrorystycznych. Pojawiła się nadzieja, że w Damaszku pojawi się opozycja, która pod wpływem porażek zacznie martwić się o własny los. W takiej sytuacji obalenie al-Asada od wewnątrz i zajęcie miejsca przy stole rozmów dawałoby zbuntowanym szansę na utrzymanie resztki wpływów w nowym rozdaniu. Nadzieja była również taka, że podobną logiką będą kierować się sojusznicy Asada, przede wszystkim Iran. Nadzieja podparta była fundamentalną dla dyplomacji zasadą: lepiej mieć coś niż nic. Lepiej mieć udział w budowie nowego porządku, niż pozwolić innym urządzać Syrię po swojemu. Interwencja Moskwy, przynajmniej chwilowo, rozwiała te nadzieje.

Strategiczne cele, jakie stawia Moskwa przed interwencją w Syrii, są jednak inne. Rosjanie oczywiście chronią swoje wpływy w regionie i status quo w kraju, który od dawna ma opinię ich sojusznika. Kreml jednocześnie chce pokazać, że – jak przystało na supermocarstwo – jest w stanie „projektować siłę na odległość”. To w tym celu m.in. w weekend na Syrię spadł deszcz rakiet typu Cruise odpalonych ze statków na Morzu Kaspijskim. Moskwa daje również do zrozumienia, że wciąż jest w stanie efektywnie psuć szyki Waszyngtonowi i że USA nie mają wolnej ręki w polityce zagranicznej. Władimir Putin włożył stopę w bliskowschodnie drzwi – i nawet jeśli na Kapitolu lub w Białym Domu ktoś myślał, że Syrię uda się poukładać po wojnie bez udziału Kremla, to teraz te nadzieje się rozwiały. Wreszcie, jak wskazują analitycy z Ośrodka Studiów Wschodnich, wraz z interwencją w Syrii Rosja wygasiła konflikt w Donbasie, licząc, że z kraju zdjęte zostaną międzynarodowe sankcje. Zamrażając wschodnią Ukrainę, Moskwa chce upozorować konstruktywną postawę względem Kijowa.

To wszystko udaje się na razie osiągnąć przy użyciu kilkunastu samolotów. Rachunek zysków i strat jest tak oczywisty, że należałoby się dziwić, gdyby Rosjanie w Syrii się nie pojawili.

Jak jednak wskazuje w analizie dla think tanku Brookings Paweł Bajew z Instytutu Badań nad Pokojem w Oslo, realizacja tych celów nie jest wcale taka pewna. Na razie siły wierne rządowi w Damaszku, a także bojownicy Hezbollahu wspierający na polecenie Iranu reżim prezydenta al-Asada otrzymali wsparcie lotnicze, czego dotychczas byli pozbawieni. Charakterystyka maszyn wysłanych przez Moskwę do Syrii wskazuje bowiem, że taka jest podstawowa rola kontyngentu. Jeśli jednak proasadowej koalicji nie uda się w krótkim czasie osiągnąć znaczących sukcesów, Moskwa ryzykuje, że jej lotnicza interwencja zamieni się w wizerunkową porażkę. Co prawda zawsze istnieje możliwość, że rosyjskie lotnictwo wesprą wyposażeni w ciężki sprzęt „ochotnicy”, ale w Rosji poparcie dla zaangażowania sił lądowych na Bliskim Wschodzie jest niewielkie. Trudno też powiedzieć, czy rosyjska armia jest gotowa na operację przerzucenia i bieżącego zapewniania dostaw dla kontyngentu operującego z dala od macierzy. Już teraz operację obsługują jednostki z trzech różnych flot (Północnej, Bałtyckiej i Czarnomorskiej).

Wiele wskazuje na to, że konflikt w Syrii powoli przeradza się w pełnoprawną wojnę zastępczą (z ang. proxy war), którą mocarstwa toczą ze sobą z dala od swoich macierzystych terenów. Kremlowi udało się włożyć stopę w uchylone drzwi głównie dlatego, że od czterech lat nikt nie był w stanie ich zamknąć. To jednak wcale nie oznacza, że sobie tej stopy nie przytrzaśnie.