Kiedy opadła mi uniesiona pięść, w końcu nadszedł sen, po nim poranek, a wraz ze światłem dnia trzeźwość i bezdenne zdziwienie. Cóż też się stało tej nocy – mnie: człowiekowi normalnemu, humaniście, feministce? Czyżbym naprawdę spędziła ją, z bijącym sercem czytając mizoginistyczne fora? Które odsyłały mnie na blogi facetów wykiwanych przez kobiety? Którzy linkowali badania dowodzące ewolucyjnej wyższości mężczyzn? Z których można było dostać się jednym kliknięciem do niezliczonych historii o „wrednych sukach” twierdzących, że wolą „dobrych chłopców”, a sypiających wyłącznie z cynicznymi mięśniakami? Czyżbym przeczytała na tych stronach wszystkie komentarze, schodząc tym samym w ciemne jądro świadomości mężczyzny, któremu wydaje się, że jest seksualnie i kulturowo ciemiężony? Co więcej, czyżbym uwierzyła mu, temuż mężczyźnie, spuściła ze smyczy empatię i poczuła jego frustrację i złość?

Owszem, tak było. Zaczęłam zresztą niewinnie, od przeglądu wiadomości. W tamtych dniach w Isla Vista w Kalifornii niejaki Elliot Roger zastrzelił sześcioro ludzi, po czym popełnił samobójstwo. Media szybko odkryły jego zaangażowanie w antykobiece społeczności internetowe, takie jak redditowe „The Red Pill”. Wciąż mówi się o opresji kobiet – piszą „redpillowcy” – a przecież to mężczyzna jest ofiarą. Pozbawiony pozytywnych wzorców męskości zmaga się ze swoim uzależnieniem od płci pięknej, dając się traktować jak śmieć w okresie nastoletnim, pozwalając się sobą bawić jako młody dorosły, by skończyć jako żywiciel rodziny z niezadowoloną, leniwą i coraz bardziej pomarszczoną babą u boku, która nagle zaczyna naciskać na monogamię. Dość, mówią odważni. Mężczyźni muszą zażyć czerwoną pigułkę, która od czasów Matrixa jest symbolem rozpoznania prawdy. Niech im łuski feministycznej propagandy spadną z oczu. I wtedy będą mogli manipulować kobietą, jak i ona manipuluje, zabiorą jej część mocy, wreszcie użyją zwodniczej Ewy do swoich celów. Głównie seksualnych, no bo jakże. W takie to rejony internetu przywiodła mnie tamtej nocy ciekawość, próba zrozumienia zabójcy, który podobno zabił z frustracji przedłużającym się celibatem. A potem pijana samotnością nocnego czytania, zahipnotyzowana klikaniem kolejnych linków i podekscytowana odkrywaniem nieznanych cyberterenów niepostrzeżenie wtopiłam się w świat czerwonej pigułki. Przeszłam tymi teoriami tak, jak przechodzi się zapachem. Rozpuściłam się w nich jak esencja herbaciana w wodzie, powoli, stopniowo, bezgłośnie. Ciekawość przeistoczyła się w zrozumienie, a to z kolei w poczucie braterstwa i w końcu – w okolicach czwartej nad ranem – oburzenie dotykającą mych braci niesprawiedliwością. Precz z babami!

Może i sowa Minerwy wylatuje o zmierzchu, ale coś mi mówi, że jak obleci las ze dwa razy, złowi mysz i zagrzmi groźnie „hu hu”, to wraca do dziupli spać – głęboka noc bowiem to czas, kiedy rozum śpi, a budzą się demony. Noc zawiesza doświadczenie. Noc wyłącza dyskretną siłę zdrowego rozsądku, która w dzień działa na myśli jak grawitacja, pozwalając im odlecieć gdzieś z wiatrem, ale zawsze w końcu każąc wrócić na twardy grunt. Ale nawet i najciemniejsza noc nie może do końca wyjaśnić mojej przygody z nagłą wiarą w czerwoną pigułkę. Przecież jestem feministką do cna i na wylot! Już w liceum czytałam Judith Butler! Popłakałam się, gdy niedawno zmarła profesor Claudia Card! Niestraszna powinna być tym ideałom żadna noc, nawet ciemna i burzliwa. A tymczasem, a jednak. Dobrze, że jest dzień, Bogu dzięki, że można spotkać się z ludźmi, bo to w rozmowach z nimi codziennie tka się na nowo materia naszego zdrowego rozsądku. Dlatego to nocne zaćmienie było chwilowe, nawet zabawne, już przy porannej kawie uśmialiśmy się z tej historii z przyjaciółmi.

A jeśli nie ma dnia? Jeśli po samotnej nocy w sieci może być tylko kolejna samotna noc? Struktura zdobywania informacji jest inna niż kiedyś; kiedyś uczyliśmy się stopniowo, wiedza była drzewem, które dzięki książkom i rozmowom wypuszczało kolejne konary i gałęzie, które jednak zawsze trzymały się na pniu, twardym rdzeniu złożonym ze wspólnych naszej grupie tez, mocnych wartości, ważnych przekonań. Dziś nie ma drzewa, a jeśli jest, to słabe i lekko zeschłe. Wystarczy w sieci obejrzeć się za byle białym królikiem, by z tego drzewa spaść w norę bez dna. A wtedy nie masz się czego złapać, nie masz kogo zawołać, tylko lecisz w dół, coraz głębiej, coraz dalej. Pół biedy, jeśli wpadasz w norę mizoginów. To paru smutnych gości, którzy ładują sobie do ust niebieskie pigułki. Ale moja drobna, głupia i nic nieznacząca historia z „The Red Pill” przypomina mi się dziś, gdy czytam o młodych dziewczętach z Europy, które przyłączają się do ISIS.

Myślę o ich nocach, o cichym domu, o zimnym świetle ekranu na twarzach. O podróży w głąb króliczej nory, głębszej, zimniejszej, straszniejszej niż inne. Myślę o tym, jak przenika je na wylot powtarzalna melodia wezwania, jak ulegają mocy języka. O tym, że jak nie ma się czego złapać, komfortu szuka się w spadaniu. I o tym, że każdemu trzeba zapewnić jakiś dzień, każdemu codziennie trzeba na nowo tkać normalność. Z każdym trzeba być, każdy musi mieć kogoś, z kim wypije poranną kawę. Bo sama królicza nora nie wystarczy, by na zawsze spaść. Królicza nora plus odrzucenie równa się radykalizm.