- 10,5 zł – tylko tyle potrzeba, aby sfałszować wybory w jednej komisji obwodowej. Bo właśnie za 10,5 zł można w sklepach internetowych kupić długopis wypełniony tuszem, który znika z kartki w kilka godzin po jej zapisaniu – twierdzi Paweł Rybiki, twórca Facebookowego wydarzenia „Weź swój długopis na wybory!”, które zebrało już 34 tys. uczestników.

Co prawda w największym w Polsce serwisie aukcyjnym znajdziemy opisywane przez organizatora produkty, lecz zainteresowanie nimi jest znikome. Paweł Rybnik zachęca jednak do zabrania na wybory własnego długopisu, aby uchronić się przed ewentualnymi fałszerstwami kart, z których po czasie znikną ważnie oddane głosy.

Zdaniem internautów, do długopisu należy dołączyć również świeczkę w celu zatarcia woskiem kratek kandydatów, na których nie mieliśmy zamiaru głosować. Ten zabieg uchronić ma nasz wybór przed unieważnieniem go poprzez dopisanie przez członków komisji kolejnego krzyżyka.

Sarna z krzesłem na głowie

W niedzielnych wyborach na „Sarnę z krzesłem na głowie”, oczywiście przyniesionym ze sobą długopisem, zdecydowało się obecnie zagłosować 21 tys. osób. To jedno z pierwszych Facebookowych wydarzeń, zorganizowane przez prześmiewczy serwis „Faktoid” mające na celu wyrażenie bezradności obywateli przy próbie wyboru jedynego, rozsądnego kandydata.

Organizatorzy akcji nie zachęcają jednak do wyborczego bojkotu. W pierwszym punkcie swojego postulatu wyganiają obywateli na wybory. W drugim każą głosować na wybranego kandydata („albo i nie, jeśli takiego nie masz”). Trzeci punkt jest jednak najważniejszy. Na karcie do głosowania należy dorysować kratkę z nr. 12 dopisać „Sarnę” jako kolejnego kandydata oraz opatrzyć go odpowiednim rysunkiem. Tak urozmaiconą kartę do głosowania należy sfotografować oraz przesłać do redakcji „Faktoidu”. Najlepsze obrazki zostaną opublikowane w serwisie.

Chodź, szogunie!

Użytkownicy sieci dobrze zapamiętali wpadkę Bronisława Komorowskiego, która zdarzyła się podczas podróży dyplomatycznej w Japonii. Obecny Prezydent PR miał przywołać gen. Stanisław Koziej zwrotem „Chodź, szogunie”, co zarejestrowały kamery znajdujące się w japońskim parlamencie. Jak tłumaczyło później MSZ, cała podróż odbyła się zgodnie z przepisami protokołu dyplomatycznego. Internet nie ma jednak litości. Wydarzenie „Nie głosuję na Szoguna” liczy obecnie ponad tysiąc osób. Większy antyprezydencki front zgromadzony został w natomiast wydarzeniu „10 Maja 2015r NIE głosuje na Bronisława Komorowskiego”. Ma on obecnie blisko 100 tys. członków.

Na najsilniejsze jednak poparcie wśród zdeklarowanych Facebookowiczów liczyć może Paweł Kukiz. W wydarzeniu zachęcającym do głosowania na muzyka debiutującego w wyborach prezydenckich wzięło udział już prawie 200 tys. osób. Znaczenie mniej internetowego poparcia zgarnia znany ze swojej popularności w sieci Janusz Korwin Mikke (Partia KORWiN). W wydarzeniu „10 MAJA ZAGŁOSUJE NA KORWINA LUB KUKIZA”, które łączy obu kandydatów bierze udział 123 tys. osób.

Internauci postawili natomiast warunek Magdalenie Ogórek, kandydatce popieranej przez SLD. W Facebookowym wydarzeniu blisko 8 tys. osób deklaruje, iż jest skłonne oddać na nią głos, lecz tylko wtedy, gdy publicznie zaprezentuje im się bez stanika. Oberwało się też przedstawicielowi Ruchu Narodowego Marianowi Kowalskiemu. A konkretnie jego urodzie. Ma on tyle samo internetowych zwolenników co przeciwników. Ponad 7 tys. osób śledzi bowiem prześmiewczy FanPage „Marian Kowalski jest najpiękniejszy”.

Kandydat z House of Cards

Gdyby w wyborach mogły startować postaci fikcyjne, głównym rywalem „Sarny z krzesłem na głowie” stałby się Francis Underwood. To postać znana doskonale fanom politycznego serialu House of Cards odgrywana przez Kevina Spaceyego. Na wydarzenie, które w wyborach wspiera serialowego prezydenta USA zapisało się już ponad 27 tys. osób.

Niedzielne wybory prezydenckie szybko jednak zweryfikują dziwne zachowania internautów. Mocnym w sieci kandydatom nie udawało się bowiem do tej pory osiągnąć większych sukcesów. Miejmy nadzieję, że chociaż internetowo-facebookowe przedwyborcze zamieszanie przełoży się choć trochę na wzrost wyborczej frekwencji. 

KOMENTARZ EKSPERTA

dr hab. Magdalena Szpunar, doktor habilitowany nauk społecznych w zakresie socjologii, specjalizacja: medioznawstwo, socjologia internetu, AGH Kraków

Swoisty dla komunikacji online mechanizm rozhamowania powoduje rozluźnienie więzi i depersonalizację kontaktów, co skutkuje zdecydowanie odważniejszymi i ostrzejszymi sądami niż w kontaktach face-to-face, także w stosunku do osób kandydujących na urząd prezydenta. Rozhamowanie nie jest stałą cechą komunikacji online, a szczególnych jej przypadków, przede wszystkim cechujących się przekonaniem osoby o jej całkowitej anonimowości i niemożliwości identyfikacji. Stąd nawet w stosunku do osób ubiegających się o sprawowanie funkcji głowy państwa pojawiają się w serwisach społecznościowych profile humorystyczne, frywolne, ale także równie często przekraczające granice dobrego smaku, dyskredytujące i obraźliwe. Bezosobowy (w większości przypadków) charakter internetu sprzyja bardziej agresywnym komunikatom niż ma to miejsce w kontaktach bezpośrednich face-to-face. Przekonanie o całkowitej anonimowości implikuje większy dystans emocjonalny, a więc mniejszy stopień empatii w stosunku do odbiorcy. Badania wskazują, że w grupach, gdzie komunikacja była anonimowa pada sześć razy więcej niestosownych uwag niż w grupach nieanonimowych. Warto jednocześnie dodać, że rozhamowania nie należy konotować wyłącznie z negatywnymi konsekwencjami, które ono implikuje. W przypadku zachowań online należy zwrócić uwagę także na proces deindywiduacji. Prowadzi ona do zmniejszenia kontroli własnego zachowania, co przejawia się w szybkich i emocjonalnych zachowaniach, czego doskonałym przykładem są internetowe komentarze w stosunku do kandydatów.