Dlaczego pana zdaniem w Polsce powinny zostać wprowadzone jednomandatowe okręgi wyborcze?

Odpowiedzią jest chociażby wynik wyborów samorządowych – one faktycznie pokazują wolę wyborców. Kolejnym argumentem jest to, że w Polsce nie było dekomunizacji. Nie chodzi o żaden rewanżyzm, tylko o to, że obecna ordynacja wyborcza jest proporcjonalna, a to pozwala zachować status quo grup rządzących Polską od lat. JOW-y pozwolą rozbić postkomunistyczne klany urzędnicze. Można to zrobić na dwa sposoby. Albo drogą krwawego przewrotu jak na Majdanie, albo pokojowo poprzez wprowadzenie JOW-ów.

Co jeszcze przemawia za zmianą ordynacji?

Po wprowadzeniu JOW-ów poseł stanie się odpowiedzialny przed wyborcą, a nie przed wodzem partii. Ordynacja proporcjonalna oznacza w Polsce przyznawanie pierwszych miejsc na listach wyborczych wprost proporcjonalnie do stopnia wierności względem wodza partii. Taki np. Błaszczak może być posłem aż do śmierci Kaczyńskiego. Dopóki podoba się prezesowi, będzie posłem. Czy my tego chcemy, czy nie. Tak samo jest zresztą we wszystkich partiach. Burmistrz czy prezydent może zostać odwołany w referendum w trakcie kadencji, jest ewidentnie odpowiedzialny przed wyborcą. Tak samo powinno być z posłami.

Ale przecież w Senacie to się nie sprawdza. Choć wprowadzono tam JOW-y, to wygrany bierze wszystko – PO zdobyła aż 62 mandaty, drugie w stawce PiS 32, a niezależni tylko 4.

To wynika z braku równości szans. Kandydaci komitetów bezpartyjnych mogą zacząć kampanię dopiero, gdy wybory zostaną rozpisane. Natomiast partie mają już wtedy gotowe sztaby wyborcze. Wyścig do Senatu to są takie zawody, w których wszyscy mogą wziąć udział, ale najpierw startują partyjniacy. Kiedy oni są już blisko mety, to wtedy reszcie mówi się, że mogą ich gonić.

Istotnym czynnikiem jest też finansowanie partii z budżetu. Tu ewidentnie jest łamana konstytucyjna zasada równości. W Polsce mamy 100 senatorów i 37 mln ludzi, jeden senator przypada na 370 tys. obywateli. Media w ogromnej mierze są instrumentami propagandowymi partii i urzędniczych klanów i strzegą tego porządku. Dziś w czasie kampanii wyborczej przy pomocy mediów z bandziora można zrobić kochającego męża i ojca. Jeśli tych okręgów będzie więcej, to byłyby znacznie mniejsze, ludzie znaliby kandydatów lepiej i nie dałoby się zrobić z bandziora anioła. Kluczowa jest wielkość okręgów.

Jak wiele powinno być tych okręgów?

Uważam, że powinniśmy mieć system prezydencki z Senatem wchłoniętym przez Sejm, czyli z 560 posłami. To oznacza 560 okręgów wyborczych. Nie upieram się przy tej liczbie, chodzi o rząd wielkości. Wtedy w okręgu wyborczym mielibyśmy ok. 60–70 tys. wyborców.

Nie sądzi pan, że realne wyniki wyborów samorządowych, czyli porażka partii, przekreślają możliwość wprowadzenia JOW-ów? Politycy będą bronić własnych interesów.

Po pierwsze to nie są politycy w standardowym rozumieniu, a sitwa klanów partyjnych z urzędniczym zapleczem. Po drugie, gdybym nie wierzył w szansę wprowadzenia JOW-ów, to nie poświęciłbym jedenastu, a szczególnie ostatnich dwóch lat swojego życia na walkę o nie. Prędzej czy później ta ordynacja zostanie zmieniona. Mam nadzieję, że nie będzie to za późno. Konstytucja 3 maja była wspaniała, pozwalała Polakom wykorzystywać swoje atrybuty, ale została wprowadzona za późno i państwa nie udało się już uratować.

Co trzeba zrobić, by wprowadzić JOW-y?

W Polsce partie są wodzowskie i zhierarchizowane, wejście do Sejmu zależy tylko od lidera partyjnego. Bezpartyjne komitety lokalne powinny zwrócić się do prezydenta przed wyborami z żądaniem, by działał na rzecz zmiany ordynacji wyborczej. Jeśli on się na to nie zgodzi, to trzeba zacząć zbierać podpisy za referendum dotyczącym wprowadzenia JOW-ów i wystawić własnego kandydata.