W przypadku naszych sąsiadów zza Bałtyku jedno jest pewne: nowy rząd nie powstanie tam prędko. W niedzielnym głosowaniu ani rządząca dotychczas centrolewica, ani centroprawica nie uzyskały wymaganej do samodzielnego rządzenia większości 175 miejsc w Riksdagu. A to oznacza, że rozmowy koalicyjne mogą przez jakiś czas nie przynieść efektu. Możliwe jest też, że w Sztokholmie ostatecznie powstanie rząd mniejszościowy.

W ten sposób Szwecja może dołączyć do grona państw, które miały ostatnio problem z wyłonieniem stabilnej większości parlamentarnej, a wraz z nią rządu. Po ubiegłorocznych wyborach w Holandii proces zajął prawie osiem miesięcy. W Niemczech – niemal pół roku. Andrejowi Babišowi w Czechach udało się otrzymać wotum zaufania po 10 miesiącach od wygrania wyborów. We Włoszech rozmowy nad sformowaniem rządu trwały trzy miesiące, a polityczny pat został przerwany tylko dzięki porozumieniu dwóch ugrupowań antyestablishmentowych.

Imigracja: temat numer 1

Polityczne przepychanki w Sztokholmie nie mają takiego wpływu na Unię Europejską, jak chociażby problemy w Berlinie, Rzymie czy Paryżu. Niemniej jednak bez stabilnego rządu głos Szwecji na arenie unijnej będzie osłabiony. Tymczasem Bruksela po letniej przerwie budzi się do życia, a wraz z nią wszystkie problemy i wyzwania chwilowo odłożone na półkę z powodu wakacji.

Numerem jeden jest oczywiście migracja. To głównie temu problemowi ma być poświęcone środowe wystąpienie przewodniczącego Komisji Europejskiej Jeana-Claude’a Junckera przed Parlamentem Europejskim (będzie to tzw. State of the Union, podsumowanie minionego roku w Unii oraz zapowiedź planów na przyszłość). Jeśli wierzyć weekendowym doniesieniom hiszpańskiego dziennika „El País”, szef KE skupi się przede wszystkim na projekcie utworzenia unijnej – czy też „federalnej” – straży granicznej. Nowa formacja miałaby zyskać możliwość działania zarówno na terenie całej UE, jak i – w razie potrzeby – państw trzecich.

Migracja, okrojony budżet, brexit – to tematy, z którymi mierzy się UE

Dysponowałaby ponadto takimi samymi uprawnieniami, jak już istniejące służby graniczne poszczególnych państw członkowskich, w tym możliwością prowadzenia działań operacyjnych. Federalna straż graniczna nie miałaby jednak zastąpić państwowych służb, ale uzupełnić i wspomóc ich działania, koncentrując się na najważniejszych problemach. Obecnie jest to walka z nielegalną migracją. Sam pomysł powołania takiej formacji nie jest nowy. Budził on jednak dotychczas bardzo silny opór wśród niektórych państw członkowskich niechętnych wizji utworzenia paneuropejskiej, uzbrojonej straży.

Porozumienie daleko, jak zawsze

Problemowi imigracji ma być również poświęcony nieformalny szczyt przywódców państw unijnych, który odbędzie się 20 września w Salzburgu. Poprzedzi go spotkanie polityków z Europejskiej Partii Ludowej – najsilniejszej frakcji w europarlamencie, do której należą Platforma Obywatelska i Polskie Stronnictwo Ludowe – na którym imigracja także będzie grała pierwszoplanową rolę. O ile pomysł powołania europejskiej straży granicznej czy specjalnych centrów dla imigrantów poza granicami UE stanowi próbę odpowiedzi na pytanie, w jaki sposób ograniczyć napływ ludzi na teren Unii, o tyle państwa członkowskie wciąż nie wiedzą, co zrobić, kiedy już taki ktoś przybędzie do Wspólnoty.

Nie ma więc zgody co do tego, według jakich przepisów państwa członkowskie powinny zająć się takim imigrantem. Na razie wspólna polityka azylowa – czyli zestaw reguł dotyczących tego, kto może się ubiegać o azyl na terenie UE, ile czasu powinno to trwać i kiedy będzie mógł ściągnąć członków swojej rodziny – pozostaje mirażem na skutek poważnych różnic między krajami Wspólnoty. W efekcie wciąż obowiązuje zlepek przepisów krajowych, jednych mniej, a drugich bardziej hojnych, który wywołuje zjawisko wtórnej migracji, a więc przemieszczania się wewnątrz Unii w poszukiwaniu najbardziej sprzyjającego systemu.

Tutaj dotykamy drugiego problemu: nie ma też zgody co do tego, gdzie taki imigrant powinien być kierowany. Nawet jeśli pomysł rozdzielania imigrantów między wszystkie państwa członkowskie wydaje się być martwy, w Unii wciąż są politycy, którym się on podoba. Gorącymi orędownikami są przede wszystkim Włosi, którzy nie chcą przyjmować u siebie wszystkich przybyszy zza Morza Śródziemnego.

Jakby tego było mało…

Chociaż rozmowy o imigracji do łatwych nie należą, wydaje się, że jest determinacja polityczna, aby w końcu znaleźć jakieś rozwiązania. Płynie ona głównie z Berlina, gdzie pod wpływem tarć na tle polityki migracyjnej notowania chrześcijańskich demokratów Angeli Merkel po raz pierwszy od 2006 r. spadły poniżej 30 proc. (w niedzielnym sondażu dla dziennika „Bild am Sonntag”). Jakby tego było mało, z działań całej wielkiej koalicji zadowolona jest mniej niż połowa wyborców (47 proc.).

A przecież imigracja – która wróciła niespodziewanie na agendę europejską tuż przed wakacjami, wraz z zaprzysiężeniem nowego rządu we Włoszech – nie jest jedynym trudnym tematem, z którym muszą się zmierzyć europejscy politycy. Kolejnym jest unijny budżet na lata 2021–2027. W tej kwestii niewiele się działo od maja, kiedy Komisja przedstawiła wstępne założenia dla wspólnotowych finansów. Zakładały one poważne cięcia w środkach płynących do naszej części UE. Teraz można się spodziewać przyspieszenia rozmów, chociaż targi o każdego eurocenta mogą zostać przyćmione przez brexit.

Nieubłaganie zbliża się wszak data 29 marca 2019 r., czyli dzień oficjalnego opuszczenia Unii Europejskiej przez Wielką Brytanię. Jeśli strony chcą uniknąć wariantu, w którym Londyn po prostu przestaje być członkiem UE bez żadnych specjalnych przepisów, muszą osiągnąć porozumienie do końca roku. Michel Barnier, negocjator po stronie unijnej, zapewnił we wczorajszym przemówieniu w słoweńskim mieście Bled, że jest ono możliwe do osiągnięcia w „sześć do ośmiu tygodni”.

Chodzi o przepisy przejściowe, które dotykałyby najważniejszych spraw (np. celnych), gdy strony mogłyby spokojnie pracować nad bardziej długoterminowym rozwiązaniem. Problem polega na tym, że takie porozumienie – chociażby pod postacią przedstawionego przez premier Theresę May tzw. planu z Chequers – może się spotkać z wewnętrzną opozycją w rządzącej Wielką Brytanią Partii Konserwatywnej. Nawet jeśli więc na plan przystanie Bruksela, może zostać odrzucony przez Izbę Gmin.

Do tego wraz z końcem wakacji oficjalnie rozpoczął się wyścig o najwyższe stanowiska unijne. W przyszłym roku państwa będą musiały uzgodnić wybór najważniejszych wspólnotowych urzędników, w tym przewodniczącego Komisji Europejskiej, prezesa Europejskiego Banku Centralnego, przewodniczącego Parlamentu Europejskiego oraz szefa Rady Europejskiej. Za pierwszą salwę w tej walce uznano deklarację Berlina, że widziałby na stanowisku szefa KE Niemca (a konkretnie Manfreda Webera, przewodniczącego Europejskiej Partii Ludowej w PE). To jednak wcale nie jest oczywiste, bo w Brukseli często można usłyszeć, że na kluczowych stanowiskach jest zbyt wielu Niemców: Martin Selmayr jest szefem unijnej służby cywilnej, Klaus Welle – sekretarzem generalnym PE, Werner Hoyer przewodzi Europejskiemu Bankowi Inwestycyjnemu, a Klaus Regling – Europejskiemu Mechanizmowi Stabilizacyjnemu (funduszowi od bailoutów).