43-letni Sobel, którego ojciec Leopold jest polskim Żydem i wyemigrował z Polski w 1964 roku, tłumaczył, że będzie apelował do brytyjskich władz "o wywarcie presji na polski rząd" w celu porzucenia kontrowersyjnych przepisów.

"Myślę, że brytyjski rząd jest w silniejszej pozycji, niż być może inne rządy narodowe, aby wywrzeć presję na Polskę, bo w Parlamencie Europejskim Partia Konserwatywna jest w tej samej grupie, co polskie Prawo i Sprawiedliwość" - argumentował, dodając, że wielu polityków torysów - w tym, jak przekonywał, członkowie rządu - udzieliło mu prywatnego poparcia dla zorganizowania parlamentarnej debaty w tej sprawie.

Poseł tłumaczył, że był "zaskoczony" tym, ilu posłów podpisało list do ministra spraw zagranicznych Borisa Johnsona w tej sprawie, co jego zdaniem "jasno wskazuje na poziom zainteresowania w parlamencie".

Wśród 64 sygnatariuszy znaleźli się głównie politycy opozycyjnej Partii Pracy, m.in. były kandydat na lidera ugrupowania Owen Smith, szef sztabu wyborczego w ostatnich wyborach Andrew Gwynne, jeden z czołowych laburzystów zajmujących się polityką zagraniczną Stephen Kinnock (mąż byłej duńskiej premier Helle Thorning-Schmidt), a także aktywne w walce z antysemityzmem Luciana Berger i Ruth Smeeth.

Pod apelem podpisali się także m.in. Bob Blackman i Paul Masterton z Partii Konserwatywnej, Alistair Carmichael i Layla Moran z Liberalnych Demokratów, a także Chris Law ze Szkockiej Partii Narodowej.

Sobel zaznaczył, że w momencie składania wniosku o debatę nie miał jeszcze odpowiedzi od wiceministra spraw zagranicznych Alana Duncana, który później odpisał mu, że sprawa była podnoszona trzykrotnie na spotkaniach międzyrządowych między Polską a Wielką Brytanią: dwukrotnie na poziomie ministrów spraw zagranicznych i raz na poziomie ich zastępców ds. europejskich.

"W debacie przedstawimy konkretne oczekiwania wobec ministra spraw zagranicznych i wiceministra. (...) Jednym z naszych żądań dotyczących przewidywalnej przyszłości będzie to, że za każdym razem, kiedy nasza premier spotka się z polskim premierem, a nasz minister spraw zagranicznych z polskim ministrem spraw zagranicznych, ta sprawa powinna być poruszona" - argumentował polityk.

Jak zaznaczył, będzie się domagał m.in. wprowadzenia tej kwestii pod obrady w trakcie zaplanowanego wstępnie na przyszły miesiąc spotkania w formacie tzw. kwadrygi, tj. polskich i brytyjskich ministrów spraw zagranicznych oraz obrony.

Deputowany Partii Pracy zwrócił jednocześnie uwagę, że "także w Polsce pojawia się kwestia zgodności tego prawa z konstytucją".

"To nie jest tak, że jest ono zupełnie niekontrowersyjne w Polsce, a kontrowersyjne gdzie indziej, w tym tutaj (w Wielkiej Brytanii - PAP) - jest kontrowersyjne zarówno w Polsce, jak i gdzie indziej" - tłumaczył.

Polityk odrzucił argumentację autorów projektu, że wprowadzenie takich przepisów było konieczne, aby nie dopuścić do przenoszenia odpowiedzialności za Holokaust z nazistowskich Niemiec na okupowane kraje, w tym Polskę.

Jednocześnie zwrócił uwagę, że "Muzeum w Auschwitz-Birkenau zetknęło się z falą nienawiści i nienawistnych wiadomości do tego stopnia, że nawet nie dyrektor muzeum, ale jego brat mówił o 50 dniach nienawiści pod adresem instytucji".

Sobel ocenił, że przepisy "otworzyły drogę, dały przestrzeń i tlen wszystkim osobom, które zaprzeczają Holokaustowi (...) z całego świata, nie tylko w Polsce, aby atakować Auschwitz-Birkenau".

Jak zastrzegł, "absolutnie nie twierdzi, że taka była intencja polskiego rządu, ale nieplanowane konsekwencje tego prawa są takie, że Auschwitz-Birkenau otrzymuje nienawistne wiadomości".

Brytyjski poseł zaznaczył jednocześnie, że inną z konsekwencji jest to, że wiele elementów dyskursu o Holokauście, o jednostkowej odpowiedzialności Polaków za udział w Holokauście byłoby niezgodnych z nowym prawem.

"Mogę to powiedzieć tutaj, rozmawiając z panem przez telefon, kiedy siedzę w Leeds, ale jeśli pojadę do Polski - a planuję pojechać w grudniu na konferencję klimatyczną - to potencjalnie mógłbym być za to ścigany. Jestem pewien, że są takie rzeczy, które powiedziałem publicznie, które sprawiłyby, że mógłbym zostać oskarżony - to byłaby kwestia mojej decyzji, czy pojadę do Polski, oraz dla polskich władz, czy chcą mnie ścigać" - tłumaczył.

Sobel ocenił jednocześnie, że jego więzi rodzinne z Polską sprawiają, że "być może jest w lepszej pozycji, aby wnioskować o tę debatę niż inni", choć zaznaczył, że w Izbie Gmin jest większa liczba posłów o polsko-żydowskich korzeniach.

"Wielu z ich rodziców nie urodziło się jednak w Polsce lub przyjechało do Polski wcześniej, podczas gdy mój ojciec (...) urodził się, żył i chodził do szkoły w Polsce, więc mam znacznie bliższe związki" - tłumaczył.

Polityk ocenił, że w związku z tym "czuje odpowiedzialność" za to, aby "uzyskać większą jasność co do tego, co działo się w Polsce i ogółem w Europie w trakcie wojny światowej", a także bronić historii Holokaustu, a w szczególności "powstrzymywać tworzenie barier dla prawdy oraz nie dopuszczać do stworzenia kultury, w której akceptowany jest rewizjonizm historyczny".

"Niestety żyjemy w erze +fake news+, fałszywych wiadomości i zachęcanie do ich większej liczby nie jest tym, co powinny robić odpowiedzialne rządy" - zakończył.

5 czerwca br. w Izbie Gmin odbędzie się debata na temat polskiej ustawy o IPN zwołana po tym, gdy grupa posłów oskarżyła polski rząd o "przepisywanie historii na nowo" przez kwestionowanie udziału Polaków w mordowaniu Żydów w trakcie drugiej wojny światowej.

Izba Gmin będzie pierwszym parlamentem państwa członkowskiego Unii Europejskiej, który zajmie się wzbudzającą kontrowersje ustawą.

Jak dowiedziała się PAP, dyskusja odbędzie się nie w głównej izbie, ale w Westminster Hall, co wiąże się z nieco niższą rangą polityczną wydarzenia i zakończy się przyjęciem neutralnie sformułowanego stwierdzenia, że "ta izba rozważyła polskie prawo o zniesławieniu". Wnioski z wystąpień posłów nie będą prawnie wiążące dla brytyjskiego rządu, ale mogą wywrzeć presję polityczną.

Uchwalona przez Sejm w styczniu nowelizacji ustawy o IPN zakłada m.in., że każdy, kto publicznie i wbrew faktom przypisuje polskiemu narodowi lub państwu polskiemu odpowiedzialność lub współodpowiedzialność za zbrodnie popełnione przez III Rzeszę Niemiecką lub inne zbrodnie przeciwko ludzkości, pokojowi i zbrodnie wojenne, będzie podlegał karze grzywny lub do trzech lat więzienia. Taka sama kara grozi za "rażące pomniejszanie odpowiedzialności rzeczywistych sprawców tych zbrodni".

Przepisy te wywołały krytykę m.in. ze strony Izraela i USA. 6 lutego prezydent Duda podpisał znowelizowaną ustawę, a następnie w trybie kontroli następczej skierował ją do TK. Prezydent chce, by Trybunał zbadał, czy przepisy ustawy nie ograniczają w sposób nieuprawniony wolności słowa, oraz aby przeanalizował kwestię tzw. określoności przepisów prawa. Zmienione przepisy obowiązują od 1 marca.