31-letni Wa Lone i 27-letni Kyaw Soe Oo zostali aresztowani 12 grudnia, tuż po spotkaniu z policjantami w restauracji w Rangunie, pod zarzutem posiadania tajnych dokumentów. Za załamanie przepisów o tajemnicach państwowych, które sięgają 1923 roku, gdy Birma była jeszcze brytyjską kolonią, grozi im 14 lat więzienia.

Według dziennikarzy policjanci najpierw przekazali im dokumenty, a chwilę później aresztowali za ich posiadanie. Przez ponad dwa tygodnie po zatrzymaniu byli oni przetrzymywani bez możliwości kontaktu z bliskimi ani prawnikami. W lutym sąd odrzucił wniosek o wypuszczenie ich za kaucją.

W piątek o uwolnienie przetrzymywanych reporterów zaapelowali dziennikarze i eksperci skupieni wokół Naczelnej Redakcji Publicystyki Międzynarodowej Polskiego Radia, oceniając, że ich aresztowanie i oskarżenie jest "próbą zamknięcia ust dziennikarzom szukającym prawdy w stanie Rakhine" i jest "wymierzone w podstawowe wartości, jakie przyświecają pracy dziennikarskiej, jakimi są rzetelność, wolność słowa i poszukiwanie prawdy".

"Aresztowanie naszych kolegów-dziennikarzy jest przejawem ataku na odradzające się wolne media" w Birmie – ocenili w apelu przekazanym PAP, dodając, że dwaj pracownicy Reutera "swoimi reportażami oraz analizami próbowali w obiektywny sposób opisywać tragiczne wydarzenia" w stanie Rakhine.

Autorzy zaapelowali do polskich środowisk dziennikarskich i przedstawicieli polskiej dyplomacji o głos w obronie zatrzymanych.

Za zatrzymanymi dziennikarzami ujęli się również m.in. sekretarz generalny ONZ Antonio Gutteres, sekretarz stanu USA Rex Tillerson, przewodniczący Parlamentu Europejskiego Antonio Tajani, przedstawiciele dyplomacji Wielkiej Brytanii i Kanady oraz środowiska dziennikarskie w wielu krajach, w tym grupa 50 laureatów prestiżowej nagrody Pulitzera.

Agencja Reutera informowała wcześniej ogólnie, że Wa Lone i Kyaw Soe Oo zajmowali się kryzysem humanitarnym w stanie Rakhine, gdzie w ubiegłym roku birmańskie wojsko prowadziło brutalną kampanię przeciwko Rohingjom. Przed tymi prześladowaniami do sąsiedniego Bangladeszu uciekło ponad 650 tys. członków tej grupy. ONZ określił działania wojska jako "klasyczny przykład czystek etnicznych". Birmańskie władze utrzymują, że była to zgodna z prawem odpowiedź na wcześniejsze ataki separatystów.

W czwartek wieczorem brytyjska agencja podała, że dwaj zatrzymani dziennikarze badali sprawę egzekucji w wiosce Inn Din, gdzie 2 września ub.r. birmańscy żołnierze i cywile zamordowali 10 Rohingjów – rybaków, sklepikarzy, uczniów szkoły średniej i islamskiego nauczyciela. Reuters ze szczegółami odtworzył te wydarzenia na podstawie zdobytych fotografii oraz rozmów ze świadkami, w tym mieszkającymi w wiosce buddystami, przedstawicielami służb porządkowych i rodzinami ofiar.

Birmańskie władze poinformowały w styczniu, że w Inn Din zabito 10 spośród grupy "200 terrorystów", którzy zaatakowali siły porządkowe. Żaden ze świadków, z którymi rozmawiał Reuters, nie potwierdził jednak, aby doszło tam do takiego ataku.

W piątek na materiał brytyjskiej agencji zareagował amerykański Departament Stanu, domagając się wiarygodnego śledztwa w sprawie opisywanej masakry, jak i w sprawie wcześniejszych doniesień o masowych grobach. "Takie dochodzenie pomogłoby ukazać pełniejszy obraz tego, co się wydarzyło, wyjaśnić tożsamość ofiar, zidentyfikować odpowiedzialnych za łamanie praw człowieka i wspomóc wysiłki na rzecz sprawiedliwości i odpowiedzialności" - oceniła rzeczniczka Departamentu Stanu Heather Nauert.

Agencja Associated Press informowała niedawno, że jej dziennikarze śledczy na podstawie rozmów z ocalałymi z pogromów ustalili, gdzie znajduje się pięć masowych grobów we wsi Gu Dar Pyin. W zbiorowych mogiłach "pochowano ciała rzucone w bezładzie jedno na drugie" - podała amerykańska agencja, dodając, że w samej tej miejscowości takich grobów może być znacznie więcej.

Wioska Gu Dar Pyin została spalona już po zabiciu jej mieszkańców. Władze Birmy twierdziły, że w Gu Dar Pyin nie było żadnej masakry, a jej mieszkańcy po prostu uciekli.

Andrzej Borowiak (PAP)