statystyki

Polityka historyczna to propagandowa fantasmagoria Prawa i Sprawiedliwości

autor: Andrzej Krajewski11.02.2018, 20:30
Jeśli komukolwiek nad Wisłą wydaje się, że Szoa dla niej niewiele znaczy, powinien pofatygować się 27 stycznia do Auschwitz na obchody rocznicy wyzwolenia obozu

Jeśli komukolwiek nad Wisłą wydaje się, że Szoa dla niej niewiele znaczy, powinien pofatygować się 27 stycznia do Auschwitz na obchody rocznicy wyzwolenia obozuźródło: ShutterStock

Państwowe instytucje, mające do wydania ponad pół miliarda złotych, nie potrafią zadbać o polską politykę historyczną. A prawdziwa klęska może dopiero się wydarzyć.

Wobec rosnących zagrożeń zewnętrznych MON planuje w tym roku przeznaczyć na wojska specjalne 294 mln zł. Jednak w dzisiejszym świecie muszą być jeszcze niebezpieczniejsze fronty, skoro na szeroko rozumianą politykę historyczną państwo polskie zarezerwowało sumę już prawie trzy razy wyższą. Dysponuje nią – niezależnie od siebie – kilka podmiotów. W przypadku Instytutu Pamięci Narodowej jego budżet w tym roku wyniesie 363 mln zł. Z kolei na konta Polskiej Fundacji Narodowej spółki Skarbu Państwa przelały już 243 mln. Dysponujący marnymi 6 mln zł Ośrodek Badań nad Totalitaryzmami im. W. Pileckiego (utworzony przez Ministerstwo Kultury) wygląda przy tym jak nieistotny karzełek. Jednak szykuje się jeszcze powołanie do życia Instytutu Solidarności i Męstwa za, bagatela, 75 mln zł. Jego zadaniem będzie „upamiętnianie osób różnej narodowości”, które zasłużyły się dla Polski i Polaków. Już tylko powyższe zestawienie daje kwotę około 680 mln zł. Suma, dzięki której można całkiem sporo zdziałać. Zwłaszcza w momencie, gdy wizerunek Polski na arenie międzynarodowej został tak boleśnie sponiewierany.

Tymczasem kryzys w relacjach polsko-izraelskich obnażył brak zdolności III RP do prowadzenia własnej polityki historycznej, choć miała ona być wizytówką rządów Prawa i Sprawiedliwości. Wystarczyła jedna sytuacja podbramkowa, a okazało się, iż mimo dwóch lat jest ona propagandową fantasmagorią, nieistniejącą w realnym świecie. W ciągu dwóch tygodni trwania sporu wymienione instytucje zdolne były dać z siebie dwie oznaki życia. Polska Fundacja Narodowa przygotowała jeden tweet w kolorach flagi Niemiec, głoszący, że niemieckie obozy zagłady były niemieckie. Wywołał on lawinę komentarzy mogących każdego czytelnika przyprawić o skręt kiszek, po czym zniknął. Z kolei IPN zabłysnął oświadczeniem, że „uważa za niestosowną ingerencję ambasady innego państwa w nowelizację ustawy, która jeszcze nie została uchwalona”. Przy okazji przypomniano rytualnie, jak to Polska „pierwsza padła ofiarą niemieckiego okupanta” (sic!). Na koniec chwaląc się, że przecież: „IPN stworzył anglojęzyczny portal »Prawda o obozach śmierci« (Truth about camps)”. Zapominając dodać (oczywiście przypadkiem), że wspomniany portal powstał już w 2012 r.

Jak na byty za pół miliarda złotych rocznie, to efektywność iście porażająca. Ale zawsze można na nie wydać jeszcze więcej. Nim tak się stanie, warto przemyśleć, czemu ów bezwład jest nieuchronny, a o polską narrację historyczną w świecie musi walczyć pospolite ruszenie oraz internetowi partyzanci, niemający żadnych szans w zderzeniu z kampanią medialną przeprowadzaną przez profesjonalistów. Zwłaszcza jeśli ci dysponują olbrzymimi zasobami finansowymi.

Państwowy domek z kart


Pozostało jeszcze 84% treści

Czytaj wszystkie artykuły na gazetaprawna.pl oraz w e-wydaniu DGP
Zapłać 97,90 zł Kup abonamentna miesiąc
Mam kod promocyjny

Reklama

Komentarze (1)

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Galerie