statystyki

Dlaczego narody dążą do niepodległości?

autor: Andrzej Krajewski10.11.2017, 07:36; Aktualizacja: 10.11.2017, 08:14
Józef Piłsudski

Józef Piłsudskiźródło: Materiały Prasowe

Własne państwo jest jak powietrze. Gdy zaczyna się psuć, od razu każdy to odczuje. A kiedy brak go jakiemuś narodowi, wówczas ten walczy o nie do ostatniego tchu.

Reklama


Z polskiej perspektywy katalońskie starania o niepodległość przypominają farsę. Wszystko dlatego, że nad Wisłą kolejne pokolenia przez stulecia były przyzwyczajane do myśli, iż o własne państwo trzeba się bić. Jego zdobycie wymagało rzucenia „na stos” życia setek tysięcy młodych ludzi. „O ileż mąk, ileż cierpienia/O ileż krwi, przelanych łez/Pomimo to nie ma zwątpienia/Dodawał sił wędrówki kres...” – śpiewali legioniści Piłsudskiego. Tymczasem w słonecznej Hiszpanii cała ofiara sprowadziła się do jednodniowego referendum, gdy zwolennicy niepodległości urządzili sobie zabawę w chowanie urn do głosowania przed funkcjonariuszami Guardia Civil. Ów spektakl nie stał się groteską za sprawą brutalności przysłanych przez Madryt policjantów. Kilkuset pobitych ludzi nadało mu posmak heroizmu, jednak do prawdziwych realiów walki o własne państwo jeszcze bardzo daleko. Nawet jeśli aresztowani ministrowie rządu katalońskiej autonomii oraz jej prezydent Carles Puigdemont rzeczywiście trafią na wiele lat za kraty, to potrzeba czasu i cierpień, by stali się prawdziwymi bohaterami walki za sprawę. A bez legendarnych przywódców, takich jakimi w polskim wydaniu byli choćby Kościuszko, Poniatowski, Piłsudski, jest ona wręcz nie do pomyślenia.

Oprócz postaci zdolnych pociągnąć za sobą masy, potrzeba jeszcze licznych idealistów gotowych oddać życie za niepodległość. Należy wykształcić wspólną pamięć historyczną, nawet jeśli jest zbudowana z legend. Trzeba wreszcie przekonać społeczeństwo, że własne państwo warte jest każdej ofiary. Katalończycy mogliby się nad Wisłą sporo nauczyć, bo receptę, jak budować ruch niepodległościowy, akurat Polacy mają najwyraźniej zakodowaną w genach. Nigdy nie stawiali pytania, po co im własne państwo, ponieważ było oczywiste, że powinno istnieć. Jednak dziś Europa przeciera oczy ze zdumienia, bo po kilku dekadach życia w pewności, iż państwa narodowe nieuchronnie odchodzą w przeszłość, dzieje się coś zupełnie odwrotnego. Niewielka nacja, żyjąca w dobrobycie, ciesząc się pełnią swobód demokratycznych oraz autonomią, której tradycje własnej państwowości są mocno wątpliwe, chce niepodległości. Na razie domaga się jej jakieś 43 proc. obywateli. Oni poszli głosować, a reszta najwyraźniej się waha. Jednak rząd w Madrycie zrobił już wiele, żeby pchnąć większość na drogę irredenty. Bo współczesne czasy może i różnią się znacznie od wcześniejszych epok, lecz chęć posiadania swojej państwowości jest dla każdej, czującej swą odrębność, wspólnoty jednym z najbardziej pierwotnych instynktów. Natomiast wiara, iż da się go stłumić, to tylko powracająca co jakiś czas fantasmagoria.

Urok walki o wolność

Gdyby bezkrytycznie traktować współczesną historiografię, to chęć walki o niepodległość własnego państwa jest pochodną procesu formowania się narodów w XIX wieku. Nacjonalizm, stając się spoiwem nowoczesnych państw narodowych, okazał się również atrakcyjną ideą dla społeczności, które państwowości nie posiadały. W przypadkach niektórych nacji, jak Słowacy, Estończycy czy Ukraińcy trudno w ogóle doszukać się w ich historii momentu, kiedy można by przed rokiem 1918 mówić o jakiejkolwiek niepodległości. W teorii wykorzenienie dziewiętnastowiecznego nacjonalizmu powinno przynieść zanik w społeczeństwach tęsknoty za własnym państwem. Przez ostatnie dekady, podążając za tą ideą, budowano Unię Europejską. Po czym przydarzyła się Katalonia, a w kolejce czeka kilka innych regionów, gdzie marzenia o politycznej suwerenności nigdy nie wygasły, o czym mogą poświadczyć Baskowie, Walonowie, Flamandowie czy Korsykanie. Fakt, że zamieszkują kraje Unii Europejskiej i na co dzień mogą się cieszyć pełnią swobód obywatelskich, zupełnie nie tłumi poczucia narodowej odrębności. Łatwo też zgadnąć, jak bardzo by się ono nasiliło, gdyby zaczęto je systematycznie zwalczać. Własne państwo kojarzy się bowiem nieodmiennie z ojczystą odmianą wolności. Obywatele mogą rządzić się wedle własnych zasad, przewodzą im ich samodzielnie wybrani przywódcy, są u siebie, w swoim kraju. A co najważniejsze, obcy nie mogą ich do niczego przymusić.

Siła mitu jest ogromna. Potrzebują go nawet najpotężniejsze nacje. Kto nie wierzy, powinien pójść w Londynie nad brzeg Tamizy i popatrzeć na statuę królowej Boadicei (Budyki), pędzącej rydwanem wraz z córkami w stronę gmachu brytyjskiego parlamentu. Jej pomnik stanął tam w 1902 r., kiedy w siłę rosła II Rzesza, a wyspiarze po raz pierwszy od czasów napoleońskich zaczęli bać się inwazji z kontynentu. Legendarna Boadicea symbolizowała ducha walki Albionu i tego, że nie odda swej niepodległości żadnemu najeźdźcy. Cały kłopot Anglików polegał na tym, że jak najbardziej słusznie uznawali się za spadkobierców Normanów Wilhelma Zdobywcy. Ci zaś 900 lat wcześniej ujarzmili Wyspy Brytyjskie, dokonując inwazji z kontynentu. A co gorsza, nikt ich potem nie okupował. Mit walki o niepodległość musiano więc zaczerpnąć aż z czasów starożytnych. Za to był on perfekcyjny, ponieważ posiadał wszelkie niezbędne cechy heroicznego eposu.

Gdy Imperium Rzymskie zmusiło do uległości królestwa znajdujące się na wyspach brytyjskich, natychmiast rozpoczęło kolonialną eksploatację podbitych terenów, brutalnie pacyfikując wszelki opór, przejmując ziemie miejscowych ludów i zakładając na nich kolonie dla osadników z Italii. Pozbawionych własnych państw Celtów wyzyskiwano na różne sposoby. Wreszcie w roku 60 n.e. Neron nakazał likwidację resztek niezależności celtyckich królestw, mimo iż wcześniej obiecał im ograniczoną autonomię. Wedle opisu rzymskiego historyka Tacyta prokurator Decianus Catus wraz z kohortą legionistów wkroczył do pałacu królowej Icenów. „Budykę chłostą sponiewierano, a córki nierządem zhańbiono” – zapisał w „Dziejach” Tacyt. Podobny los spotkał jej poddanych. „Najznakomitszych z Icenów, jak gdyby Rzymianie cały obszar w darze otrzymali, z dziedzicznych dóbr wyzuto” – dodawał. Na koniec okupanci najechali na leżącą u wybrzeży Walii wyspę Mona, świętą dla wszystkich Celtów. Zhańbionej królowej udało się wówczas porwać do walki nie tylko Icenów. Ludy z innych królestw także przyłączyły się do powstania. Zaskoczeni Rzymianie tracili kolejne miejscowości, upokorzenie było tym większe, że przegrywali z wojskiem, którym dowodziła kobieta.


Pozostało jeszcze 64% treści

Czytaj wszystkie artykuły
Miesiąc 97,90 zł
Zamów abonament

Mam kod promocyjny
Więcej na ten temat

Reklama


Reklama

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Galerie