statystyki

Polityczne samobójstwo lepsze niż ciągnięcie na dno innych

autor: Andrzej Krajewski13.01.2017, 07:11; Aktualizacja: 13.01.2017, 09:18
Chamberlain w Monachium, 1938 rok

Chamberlain w Monachium, 1938 rokźródło: ShutterStock

Jeśli polityk nie ma talentu do polityki, to zdecydowanie lepiej dla wszystkich, żeby udało mu się samemu wykończyć, zanim dostanie władzę i pociągnie za sobą na dno innych.

Radość z cudzego nieszczęścia to wyjątkowo nieładne zachowanie. Choć w pewnych przypadkach – dotyczących polityków – jest ona jak najbardziej wskazana. Zanim w Polsce nadeszło Święto Trzech Króli (ostatnio coraz częściej nazywanych sześcioma), z trzech króli opozycji dwóch się samozaorało. Romantyczna wyprawa Ryszarda Petru i ujawnione chwilę później biznesowe zdolności Mateusza Kijowskiego wzbudziły dziką radość wśród zwolennika PiS oraz żałobę w opozycji. Co więcej w kilka dni przeszła ona cztery z pięciu etapów żałoby opisanych w pracach psychiatry Elisabeth Kübler-Ross. Poczynając od zaprzeczenia, przez gniew, targowanie się z rzeczywistością, by dotrzeć do bezbrzeżnego smutku, jaki ogarnął antypisowców (no, może poza walczącym ze swoim uśmiechem Grzegorzem Schetyną). Najwyższa więc pora na nieuchronną akceptację faktów i wyciągnięcie z nich wniosków. A wydają się one oczywiste. Dwaj królowie, w których lokowano wszelkie nadzieje na powstrzymanie zwycięskiego marszu Prawa i Sprawiedliwości, nijak się do tej roli nie nadają. A trzeci z nich to Schetyna, zwycięsko trwający na opozycyjnym pobojowisku. Czarna rozpacz wydaje się więc być jak najbardziej uzasadniona.

Tymczasem nic bardziej błędnego. Wielką zaletą demokracji jest selekcja wstępna. Ci, którym marzy się rządzenie, muszą nie tylko stworzyć sprawnie działającą partię i uwieść wyborców. Równie wymagającą sztuką jest dać wrogom jak najmniej powodów do ataków. Te bowiem są nieuchronne. Zaś osoba wychodząca z nich obronną ręką ma zadatki na zostanie przywódcą z prawdziwego zdarzenia, a nie balonem, pompowanym przez życzliwe media. Dla obywateli wielkim szczęściem jest, gdy taki balon pęknie, nim władza wpadnie w jego ręce. Potem eksplozja miewa dużo większy zasięg i obryzgać może wszystkich. Co zdarza się tym częściej, im mniej rzetelna bywa selekcja wstępna.

Głowa cesarza

Maksymilian Habsburg kochał żeglowanie po morzu i botanikę. Jego największym marzeniem była wyprawa do brazylijskiej dżungli, by tam odkrywać nowe gatunki roślin. Ale miał pecha, bo pochodził z cesarskiego rodu, a jego starszy brat, cesarz Franciszek Józef, władał Austrią. Z tej racji meksykańskim monarchistom zamarzyło się, by Maksymilian przybył do ich kraju, anulował republikańskie reformy Benito Juáreza i został cesarzem. Co zaproponowała mu delegacja przybyła w 1859 r. na spotkanie we włoskim Trieście. Ale, choć przekonywali młodego arcyksięcia, że mieszkańcy Meksyku marzą o takim władcy, ten uprzejmie odmówił. Wtedy jeszcze miał nadzieję na przejęcie korony austriackiej po starszym bracie lub własne państwo na Półwyspie Apenińskim. Te plany spełzły jednak na niczym.


Pozostało jeszcze 85% treści

Czytaj wszystkie artykuły
Miesiąc 97,90 zł
Zamów abonament

Mam kod promocyjny
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy INFOR Biznes. Kup licencję

Reklama

Komentarze (1)

  • PiSymista-ateista(2017-01-14 13:18) Zgłoś naruszenie 20

    Artykuł powyższy to ostatni etap żałoby: płonna nadzieja, że śmierć najbliższych nie poszła na marne.

    Odpowiedz

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Galerie