Prawie na ukończeniu, jeśli tylko wierzyć amerykańskim urzędnikom, ma być porozumienie między USA a Arabią Saudyjską. Od miesięcy przedstawiane nam jako cudowny lek.
Wojna w Gazie i zatrzymanie krwawych zapędów Binjamina Netanjahu? Pomoże megadeal z Rijadem. Sondażowe problemy Joego Bidena? Też pomoże. Ma to być klejnot w koronie prezydenta. Jego dziedzictwo i idea, która na lata zapewni trwałą i korzystną dla USA architekturę na Bliskim Wschodzie. Izraelowi ma zagwarantować na lata bezpieczeństwo, ajatollahom w Teheranie mają pospadać ze złości turbany, a Ameryka ma przywrócić swoją zszarganą w regionie reputację i z radością patrzeć, jak różowo układa się między Izraelem a Arabią Saudyjską.
Jest jednak jeden mały problem. Do takiego porozumienia nie dojdzie. Może powstać jakieś rozwiązanie protezowe, bo coś przecież trzeba sprzedać elektoratowi w kampanii, ale widoków na wielki deal raczej nie ma. Gdy tylko podrapać mocniej, przyznają to sami Amerykanie. – Saudyjczycy żądają zawieszenia broni w Gazie i drogi do państwa palestyńskiego, ale może się zdarzyć, że Izrael nie będzie w stanie tego zaakceptować – stwierdził niedawno, występując przed Kongresem, sekretarz stanu Antony Blinken. To dość łagodny dobór słów. O Izraelczykach można powiedzieć wszystko, ale z pewnością nie to, że chcą czy dążą do zawieszenia broni. O Saudyjczykach też można powiedzieć sporo, ale na pewno nie to, że będą w stanie porzucić rozwiązanie dwupaństwowe. Nietrudno zauważyć poważny protokół rozbieżności.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.