Argentyna pod rządami Javiera Mileia może się stać nowym laboratorium dla rozwiązań, które niegdyś zapewniły powodzenie całego Zachodu, a potem zostały zarzucone nawet przez partie liberalne.

Inflacja sięgająca 150 proc. (a na koniec roku prognozy wskazują nawet ponad 180 proc.), poważne ryzyko recesji, niemal zerowe szanse pozyskiwania kapitału zagranicznego i ok. 40 proc. mieszkańców żyjących w ubóstwie – to stan gospodarki, z którym musi się zmierzyć nowy prezydent Argentyny Javier Milei. Do tego dochodzą przeżarte korupcją i nepotyzmem elity, niesprawne instytucje, powszechna niewiara w to, że państwo może działać lepiej – to właściwie standard dla Ameryki Łacińskiej (z nielicznymi wyjątkami), tyle że dużo bardziej wyśrubowany. Milei, wykładowca ekonomii na różnych uczelniach i komentator telewizyjny, zdobył nagłą popularność głównie dlatego, że obiecał nową jakość. Nie poprawianie tego, co jest i co nie działa, lecz usunięcie chorej tkanki. Nie chodzi tylko o bank centralny (który chciałby „spalić”) i zepsutą do szczętu krajową walutę peso (którą planuje zastąpić dolarem amerykańskim) ani o drastyczny program prywatyzacji (także usług publicznych) połączony z upowszechnieniem mechanizmów rynkowych. Chodzi też o pożegnanie z panującym na kontynencie przekonaniem, że jeśli ktoś nie jest zdolny do spełnienia standardów ekonomicznych narzucanych przez państwa zachodnie i kontrolowane przez nie instytucje finansowe, to zawsze może się ratować poprzez szukanie protekcji u wschodnich satrapii. Kiedyś głównie w Moskwie, ostatnio w Pekinie.

Zwrot ku Zachodowi

Poprzednik Mileia Alberto Fernández w obliczu narastających problemów w negocjacjach z Międzynarodowym Funduszem Walutowym zwiększył zależność kraju od Chin i zgłosił akces do grupy BRICS, stanowiącej narzędzie ich miękkiego imperializmu. Eksprezydentowi zdarzały się też umizgi do Władimira Putina. Tymczasem Milei zdecydowanie popiera Ukrainę, a o Chinach wielokrotnie wypowiadał się bardzo krytycznie, atakując zarówno ich model polityczno-gospodarczy, jak i agresywne podejście do współpracy gospodarczej z państwami latynoamerykańskimi. Porównał nawet rząd w Pekinie z „zabójcą” oraz stwierdził, że naród chiński „nie jest wolny”. Zapowiedział, że o członkostwie Argentyny w BRICS nie będzie mowy. Na razie zarówno Rosjanie, jak i Chińczycy zachowują dyplomatyczne pozory: pogratulowali Mileiowi zwycięstwa i wydali komunikaty o możliwościach dalszej współpracy. Ale jest oczywiste, że ta prezydentura im nie w smak.

Javier Milei / EPA/PAP / Fot. Juan Ignacio Roncoroni/EFE/EPA/PAP

Do szarży ruszyli za to lewicowi liderzy Ameryki Południowej i Środkowej, co akurat nie jest zaskoczeniem. Prezydent Meksyku López Obrador skomentował wynik wyborów w Argentynie jako „gol samobójczy”; były prezydent Boliwii Evo Morales, bliski sojusznik peronistów z Buenos Aires, przestrzegł przed „sukcesami faszyzmu, ultrakonserwatyzmu i neoliberalizmu”; prezydent Kolumbii Gustavo Petro określił triumf Mileia jako „smutny dla Ameryki Łacińskiej”. Na tym tle wyróżnili się przywódcy Chile (uchodzący za pragmatyka Gabriel Boric) i Brazylii (Luiz Inácio Lula da Silva) – obaj złożyli kurtuazyjne gratulacje, ale też zaprosili Mileia do rozmów i współpracy.

Entuzjastycznie zareagowali eksprezydenci USA i Brazylii: Donald Trump (który życzył elektowi, by uczynił „Argentynę znowu wielką”) i Jair Bolsonaro (ten zauważył, że „rola nowego prezydenta wykracza poza jego kraj”). Notabene, wielu komentatorów twierdzi, że Milei jest ich kopią, choć to nieprawda. Podobieństwa dotyczą głównie ekscentrycznego stylu, natomiast programowo różnice są znaczące.

Diana Mondino, ekonomistka i bliska współpracowniczka Mileia, typowana na ministra spraw zagranicznych, non stop udziela wywiadów, w których łagodzi kampanijne zapowiedzi całkowitego zerwania kooperacji z Chinami i Brazylią (ta druga to największy partner handlowy Argentyny), a jednocześnie zapowiada „oparcie jej na nowych, uczciwych zasadach”. Jej szef przypomniał o swoim poparciu dla Ukrainy oraz wymienił Stany Zjednoczone i Izrael jako „głównych partnerów Argentyny”. Jake Sullivan, doradca prezydenta Joego Bidena ds. bezpieczeństwa narodowego, szybko zareagował, oświadczając: „z niecierpliwością czekamy na budowanie naszych silnych stosunków dwustronnych opartych na wspólnym zaangażowaniu na rzecz praw człowieka, wartości demokratycznych i przejrzystości”.

Zwycięstwo Mileia prawdopodobnie przyspieszy zakończenie negocjacji o porozumieniu handlowym Unii Europejskiej i bloku Mercosur (obejmującego poza Argentyną i Brazylią także Urugwaj i Paragwaj jako pełnoprawnych członków oraz kilka innych państw stowarzyszonych). Co prawda w kampanii prezydent elekt krytykował jego zasady, ale dyplomaci zamierzają sfinalizować rozmowy do 7 grudnia. To oznacza, że Milei raczej nie zaryzykuje wycofania kraju z porozumienia. „Pragmatyzm nakazuje raczej stopniowe reformy Mercosur, a nie jego eliminację” – sugerowała Mondino.

Pragmatyzm zapewne wpłynie też na normalizację relacji z Watykanem, a zwłaszcza z samym papieżem Franciszkiem, z pochodzenia Argentyńczykiem. Milei, jeszcze jako szeregowy poseł i komentator, używał sobie na rodaku bez umiaru, nazywając go m.in. „imbecylem broniącym tzw. sprawiedliwości społecznej” i „s…synem głoszącym komunizm”. Insynuował nawet, że poglądy i działania głowy Kościoła katolickiego mają szatańskie inspiracje. Chyba jednak uzyskał przebaczenie, bo Franciszek jako jeden z pierwszych pospieszył z gratulacjami, a we wtorek odbył rozmowę telefoniczną z prezydentem elektem, której owocem ma być rychła wizyta papieża w ojczyźnie, pierwsza od początku pontyfikatu. Jej znaczenie symboliczne byłoby ogromne. W obliczu spodziewanych napięć i protestów społecznych taki sojusznik także może się Mileiowi przydać.

Triumf warunkowy

Kristalina Georgiewa, szefowa MFW, oświadczyła w poniedziałek, że jest gotowa współpracować z prezydentem elektem i jego administracją, przypominając, że na stole wciąż leży program pożyczkowy dla Argentyny o wartości 44 mld dol. Pozytywnie na wygraną Mileia zareagował też m.in. Międzyamerykański Bank Rozwoju. Te zachęcające gesty wpłynęły na optymistyczne reakcje rynków: argentyńskie papiery dłużne i akcje przedsiębiorstw generalnie zanotowały w minionym tygodniu lekkie wzrosty na najważniejszych giełdach.

Teraz fundamentalne pytanie, które zadają sobie analitycy, brzmi: czy Milei odważy się wdrożyć najbardziej radykalne reformy, które zapowiadał w kampanii. Jeśli nie, to nie byłby to szczególnie dziwny przypadek – przywykliśmy do sytuacji, że na wiecach i w studiach telewizyjnych opowiada się przeróżne rzeczy, a po zajęciu właściwego fotela zapomina o nich prawie natychmiast. Ewentualnie opowiada się wyborcom, że „bardzo się staramy”, ale jacyś źli „oni” (względnie: opór materii i bezduszne procedury) nam niestety nie pozwalają. I że chętnie spróbujemy w następnej kadencji, a na razie „poczekajmy na lepszy klimat”.

Jeśli Milei nie zamierza sobie tylko posiedzieć wygodnie „pod żyrandolem”, to za moment będziemy świadkami ciekawego eksperymentu prywatyzacyjno-deregulacyjnego. Oczywiście nie będzie łatwo. Zarówno względy merytoryczne, jak i czysto polityczne mogą spowodować złagodzenie co bardziej radykalnych zapowiedzi z kampanii. Nawet przy relatywnie silnej władzy prezydenckiej Milei będzie miał problem ze zdobyciem poparcia większości parlamentarnej potrzebnej, aby nadać swoim pomysłom formę obowiązującego prawa. Jego koalicja Liberty Advances ma dziś tylko siedem z 72 mandatów w Senacie i 38 z 257 w niższej Izbie Deputowanych. Nie ma swoich gubernatorów ani burmistrzów, co znacząco ogranicza w systemie federalnym jej możliwości sprawcze. W dodatku mocny mandat prezydenta, związany ze świetnym wynikiem wyborczym (56 proc. to rekord w historii dotychczasowych głosowań) ma charakter warunkowy. Jak wynika z badań opinii publicznej, Milei tylko dla jednej trzeciej elektoratu, który na niego zagłosował, był kandydatem pierwszego wyboru. To zaś oznacza, że ze względu zarówno na arytmetykę parlamentarną, jak i kwestie psychologiczne raczej będzie skazany na kompromisy – przede wszystkim z umiarkowanie konserwatywną i centrową częścią sceny politycznej. „Podejrzewamy, że niektóre z jego bardziej radykalnych propozycji – mianowicie dolaryzacja – mogą nie zostać zrealizowane ze względu na ograniczone poparcie zarówno w Kongresie, jak i ze strony opinii publicznej” – napisał już w notatce cytowanej przez Reutersa William Jackson, główny ekonomista ds. rynków wschodzących w Capital Economist.

Laboratorium, czyli nowe wraca

Milei, akcentując swój status indywidualisty, potrafił krytykować nie tylko papieża, lecz także inną świętość dla dużej części argentyńskiego społeczeństwa: Diego Maradonę. Chwalił za to Margaret Thatcher, co wydawałoby się ryzykowne w kraju, który za czasów Żelaznej Damy przegrał z Brytyjczykami wojnę o Falklandy. Jednak kto wie, czy nie z jej dorobku przyjdzie mu czerpać inspiracje. Nie tylko wolnorynkowe – pamiętajmy, że radykalny, skrajnie liberalny program reform gospodarczych Thatcher w swej pierwszej fazie był już bliski klęski, a ją samą od utraty władzy uratowała w 1982 r. właśnie argentyńska junta. Konflikt, wzrost uczuć patriotycznych, a potem błyskotliwy sukces militarny – to dało rządowi chwilę oddechu i odwróciło trendy. Być może na taki scenariusz liczy ekipa Javiera Mileia, choć nie jest jasne, kto miałby w krytycznym momencie napaść na Argentynę.

Ci, którzy nie zapomnieli o przesłaniu klasyków liberalizmu, liczą na argumenty dla opinii publicznej. Że alternatywa dla etatyzmu istnieje i pozwala rozwiązywać problemy do tej pory nierozwiązywalne

Kolejny paradoks polega na tym, że grono wrogów – zarówno całkiem bliskich geograficznie, jak i dalekich (ale potężnych) będzie się powiększać wraz z ewentualnymi pierwszymi sukcesami nowego prezydenta. Kilka trendów będzie zaś działać na jego korzyść, m.in. prawdopodobny wzrost popytu na lit i gaz łupkowy, których Argentyna ma spore złoża, a także wzrost cen pszenicy, soi i kukurydzy, które stanowią jej ważny towar eksportowy. To oznaczałoby napływ obcych walut, a także lepsze nastroje biznesu i pracowników newralgicznych branż. Możliwe, że najbardziej radykalne pomysły, nierealne lub zbyt ryzykowne politycznie w pierwszym etapie rządów, wrócą za rok albo dwa. Na razie Milei zapowiada, że „nie będzie żadnych półśrodków”, ale jednocześnie przymierza się do nominowania „swojego” szefa banku centralnego zamiast – jak obiecywał – likwidować tę instytucję. To sygnalizuje, że nowicjusz i niedawny outsider szybko uczy się reguł gry, ma profesjonalnych doradców, a prawdopodobnie również ważnych sojuszników – przede wszystkim chodzi tu o konserwatywny blok Razem na rzecz Zmian (Juntos por el Cambio) byłego prezydenta Mauricia Macri i byłą kontrkandydatkę na głowę państwa Patricię Bullrich. Mają wspólnych przeciwników: załamanie gospodarcze, peronistów i innych lewicowych populistów (oraz ich zewnętrzni sponsorzy i przyjaciele). Sporo wskazuje, że zdali sobie sprawę, iż ewentualne powodzenie Mileia działa też na ich korzyść.

Wskutek nawarstwienia się błędów poprzednich ekip rządzących Argentyna może się stać dzisiaj nowym laboratorium dla rozwiązań, które niegdyś zapewniły gospodarcze i polityczne powodzenie całego Zachodu, a potem zostały zarzucone nawet przez partie mieniące się „liberalnymi”. Na to, co bulgocze teraz w argentyńskiej próbówce, czujnie patrzą politycy i intelektualiści z różnych państw, nie tylko latynoskich. Ci, którzy nie zapomnieli o przesłaniu klasyków liberalizmu, liczą na wiatr w żagle i na konkretne, namacalne argumenty dla opinii publicznej. Że jednak się da, że alternatywa dla etatyzmu istnieje, a co więcej, pozwala rozwiązywać problemy do tej pory nierozwiązywalne.

Oczywiście to wszystko pod warunkiem, że ekscentryczny Argentyńczyk wygra wyścig z czasem, a jego pomysły przyniosą pozytywne skutki, które zaistnieją w świadomości społecznej, zanim wszystko wybuchnie rządowi w twarz. ©Ⓟ