Jedyną obietnicą, jaką Siergiej Ławrow złożył podczas wizyty w RPA, były stypendia na rosyjskich uczelniach. To przebiło ofertę pożyczki 8,5 mld dol., którą zaproponowali Amerykanie - mówi w rozmowie z DGP Andrzej Polus afrykanista, profesor Uniwersytetu Wrocławskiego.

Z Andrzejem Polusem rozmawia Estera Flieger
Czy Zachód po rozpoczęciu przez Rosję inwazji na Ukrainę poświęca Afryce należytą uwagę?

Absolutnie nie. Ani teraz, ani wcześniej. A opisuje to paradoks, który polega na tym, że choć w Afryce odnotowano najmniejszą na świecie liczbę zakażeń koronawirusem, to w największym stopniu dotknęły ją gospodarcze konsekwencje pandemii. A teraz musi się mierzyć z kryzysem żywnościowym, bo Władimir Putin, odcinając Afrykę od dostaw zbóż z portów czarnomorskich, używa głodu jako broni. Jak to jest możliwe – że region, w którym większość pracuje na roli, nie jest w stanie sam siebie wyżywić i jest zmuszony sprowadzać żywność? Nie bez znaczenia w tym kontekście będą też w nadchodzących latach zmiany klimatyczne, które są najbardziej widoczne w regionie Sahelu. I tu kolejny paradoks – region, który emituje najmniej zanieczyszczeń, jest najbardziej dotknięty zmianami pogody.

A reszta świata też jej nie zauważa?

Skądże. Qin Gang, nowy szef chińskiego MSZ, podobnie jak poprzednicy zaczął nowy rok od długiego tournée po Afryce. Z podobną intensywnością nad budową relacji z państwami tego kontynentu pracuje Turcja. Od 24 lutego 2022 r. trzykrotnie Afrykę odwiedził szef rosyjskiej dyplomacji Siergiej Ławrow. W Pretorii właściwie mijając się w drzwiach z wysokim przedstawicielem Unii Europejskiej ds. zagranicznych i polityki bezpieczeństwa Josepem Borrellem i sekretarz skarbu USA Janet Yellen...

Czyli jednak Zachód dostrzega Afrykę...

Mam wątpliwości, czy rozmawiając o postawie Zachodu, mówimy dziś o początku dłuższego procesu, czy raczej o chwilowym wzmożeniu zainteresowania. Ponadto pokutuje wciąż myślenie, że Afryka w międzynarodowych organizacjach to jednolity blok, który wystarczy przeciągnąć na swoją stronę. A to przecież 54 państwa. I dla nich to założenie jest największym przekleństwem.

Na czym ono polega?
ikona lupy />
Andrzej Polus afrykanista, profesor Uniwersytetu Wrocławskiego / Materiały prasowe / fot. Materiały prasowe

Wraca widmo zimnej wojny, czyli wymaga się od Afryki jasnych deklaracji, po której ze stron się opowiada. Tym samym liderzy państw czują się przypierani do muru przez narzuconą im z zewnątrz konieczność dokonania wyboru. Tamtejsi politycy doskonale rozumieją sytuację – że tylko opowiedzenie się po jednej ze stron da ich państwom dostęp do wiedzy, rynków zbytu i przyniesie inwestycje zagraniczne. W tym kontekście bardzo wyraźne są korelacje z okresem zimnowojennym. Przy czym kilka z państw w istocie złożyło już bardzo jasne deklaracje: Kenia opowiedziała się po stronie Zachodu, Erytrea oraz Mali stanęły za Rosją. Zachód wydaje się wciąż nie rozumieć, że nieustanne zaznaczanie, jak ważne są jego granty, pomoc rozwojowa czy inwestycje, nie jest najlepszą drogą do pozyskiwania sojuszników. Symboliczne pozostaje dla mnie pierwsze po 24 lutego 2022 r. głosowanie w Zgromadzeniu Ogólnym ONZ, kiedy Rosja została potępiona za inwazję na Ukrainę: przedstawiciele 17 państw afrykańskich wstrzymali się od głosu, zaś ośmiu opuściło salę. I nie towarzyszyła temu żadna refleksja, dlaczego to zrobili, o ile w ogóle ktoś to zauważył.

Co się musi zmienić?

Wracamy do początku rozmowy: wszystko zaczyna się od strukturalnej niemożności zmiany usytuowania Afryki Subsaharyjskiej w międzynarodowym podziale pracy.

Co to znaczy?

Proszę zwrócić uwagę na to, co Ławrow mówi, kiedy odwiedza Afrykę: że wojna w Ukrainie toczy się o nowy światowy porządek, w którym ten kontynent zajmie lepsze miejsce, i dlatego powinien zachować co najmniej neutralność. Dziękuje afrykańskim liderom za „racjonalne decyzje” i niepoddanie się neokolonialnym siłom Zachodu. Takie deklaracje padają w wielu państwach subsaharyjskich na podatny grunt. Dla kontrastu podczas wizyty w RPA amerykańskiej sekretarz skarbu Janet Yellen jasno zaznaczono, jakich sankcji może użyć Waszyngton, jeśli to państwo będzie handlować z Rosją. Z kolei Josep Borrell wzywał do przestrzegania Karty Narodów Zjednoczonych i potępienia Rosji przez RPA, na co południowoafrykańscy komentatorzy reagowali przypomnieniem o zachodniej inwazji na Libię i Irak. Ambasador Rosji w Republice Środkowoafrykańskiej – to państwo, które jak Mali czy Burkina Faso nie jest już we francuskiej strefie wpływów – powiedział, że liczba „rosyjskich instruktorów wojskowych” w tym kraju, czyli wagnerowców, utrzymujących juntę przy władzy, wynosi 1890, i nie ma podstaw, by liczbę tę kontestować. Czyli mniej niż 2 tys. żołnierzy wystarcza Kremlowi, by kontrolować sytuację polityczną oraz czerpać zyski ekonomiczne w RŚA. Czasami naprawdę potrzeba niewiele, aby uzyskać określoną korzyść: premier Wielkiej Brytanii Tony Blair zakończył wojnę pomiędzy Liberią a Sierra Leone, wysyłając 200 żołnierzy SAS. Na Zachodzie ciągle nie myśli się nad długoterminowym zaangażowaniem, a partnerstwo równych pozostaje pustym frazesem. Państwa afrykańskie potrzebują uprzemysłowienia, a w istocie mamy dziś do czynienia z procesami dezindustrializacji tego regionu świata.

Śmialiśmy się z powitania Łukaszenki w Harare przez mieszkanki Zimbabwe ubrane w tradycyjne białoruskie stroje ludowe, ale on przywiózł kontrakty na traktory i nawozy – czyli to, czego to państwo dziś realnie potrzebuje

Na Zachodzie – to więc problem nie tylko Europy, ale również Stanów Zjednoczonych?

Rządy Donalda Trumpa były katastrofalne dla relacji afrykańsko-amerykańskich: prezydent wypowiadał się wulgarnie o państwach afrykańskich, nie wiedział, z przywódcami jakich krajów się spotyka, sam wymyślał nowe – Nambię, a fikcyjna Wakanda zaistniała nawet w oficjalnym rejestrze państw, z którymi USA utrzymują relacje handlowe. To groteska, ale pokazuje szereg problemów. Joe Biden odnowił ideę szczytów afrykańsko-amerykańskich, widać już dużo większe zaangażowanie dyplomatyczne Waszyngtonu w regionie, poza sekretarzami skarbu i stanu Afrykę odwiedziła amerykańska pierwsza dama, planowana jest wizyta wiceprezydent Kamali Harris, która ma przygotować wizytę Bidena. Ale w tym miejscu należy postawić pytanie o podmiotowość państw Afryki Subsaharyjskiej. To powinien być moment, w którym zamanifestują swoją niezależność.

Jak?

Prowadząc sprawną dyplomację i manewrując pomiędzy potęgami współczesnego świata. Są też inne narzędzia, po które mogą sięgnąć: jesteśmy kilka miesięcy przed szczytem państw BRICS – w tym roku przewodniczy mu RPA. Podczas spotkania głównym tematem ma być funkcjonowanie dolara jako głównej waluty rozliczeniowej w gospodarce światowej. Zresztą Janet Yellen ma świadomość tego, co się dzieje, bo próbowała podczas wizyty w Pretorii namawiać do pozostania przy dolarze. A stawkę podbija to, że w kolejce do BRICS stoją Algieria, Indonezja, Argentyna czy Iran. Wszystko zaczyna się na poziomie idei – idei konieczności zmiany zasad, na których funkcjonuje współczesny świat. Zasad, które prowadzą do wzrostu nierówności zarówno w skali globalnej, jak i w poszczególnych państwach. Jestem społecznym konstruktywistą, nie lekceważyłbym więc znaczenia narracji promowanej przez Rosję w krajach globalnego Południa. Tu naprawdę dużą rolę ma do odegrania Polska, która ze względu na swoje doświadczenie historyczne może przeciwważyć narrację Kremla, według której Rosja nigdy nie była mocarstwem kolonialnym. Możemy przecież powiedzieć kilka słów o tym, jak w praktyce wyglądał porządek narzucony naszej części Europy przez Moskwę.

Chce pan powiedzieć, że Polska może przeciwważyć narrację Rosji?

Mamy bardzo dobry wizerunek w wielu afrykańskich państwach: wciąż pamięta się o pomocy dla Angolczyków czy Namibijczyków podczas ich walk o niepodległość i z wojskami wspieranymi przez rasistowski reżim w RPA. Część obecnej elity polityczno-gospodarczej studiowała na polskich uczelniach – Alpha Oumar Konaré, były prezydent Mali, zrobił doktorat na Uniwersytecie Warszawskim; na uniwersytecie w Angoli rozmawiałem po polsku z trzema profesorami. Ubolewam nad tym, że nie mamy obecnie tak bogatej oferty stypendialnej dla studentów z Afryki, jak miało to miejsce kiedyś – to inwestycja w kapitał ludzki, która nie zwraca się szybko, ale która procentuje dziś dla Federacji Rosyjskiej. Należy przypomnieć, że Andrzej Duda jest pierwszym prezydentem Polski, który po 1989 r. poleciał do Afryki – pomijam udział Aleksandra Kwaśniewskiego w Szczycie Ziemi w Johannesburgu. Błędem było zamykanie polskich ambasad w Afryce, o czym, stojąc na czele MSZ, zdecydował Radosław Sikorski, z drugiej strony obecna administracja niedostatecznie wspiera projekt poprzedników „Go Africa”. Odtworzenie sieci placówek, co powoli się dzieje, to trudne zadanie. Doskonale rozumiem przekleństwo położenia geograficznego Polski pomiędzy dwoma mocarstwami, ale wydaje mi się, że 38-milionowe państwo stać na to, by definiować się w kontekście szerszym niż tylko bliskiej zagranicy. Proszę zwrócić też uwagę na to, jak Ławrow sprzedaje już w pierwszym zdaniu każdego swojego wystąpienia opowieść o tym, że Rosja nigdy nie była kolonizatorem i nigdy nie kolonizowała Afryki, i walczyła z imperializmem. A to nieprawda. Narody Europy Środkowej czy Azji Centralnej mogą powiedzieć parę słów o rosyjskim kolonializmie. Co więcej, Rosja miała kolonię w Afryce – Nową Moskwę, która funkcjonowała przez ponad rok. Kto więc, jak nie państwa Europy Środkowo-Wschodniej, może mówić o tym, że historia wyglądała zupełnie inaczej niż ta, która jest prezentowana przez Kreml?

Co jeszcze dopisałby pan do listy zaniedbań Zachodu?

Energetykę i zmiany klimatyczne. 15 państw afrykańskich podpisuje właśnie wstępne lub docelowe umowy z Rosją na budowę elektrowni atomowych. Najbardziej zaawansowany jest projekt w Egipcie. RPA stoi na czele koalicji państw domagających się reparacji klimatycznych, co Zachód ignoruje. Afryka odpowiada za wyprodukowanie mniej niż 3 proc. gazów, które są przyczyną globalnego ocieplenia, tymczasem Sahel w niewspółmiernie wielkim natężeniu odczuwa jego konsekwencje. Robiąc badania nad reformą rolną w RPA, rozmawiałem z białymi farmerami: nie obawiają się tego, że rząd zabierze im ziemię, lecz tego, że susze uczynią rolnictwo nieopłacalnym. Kapsztad jest pierwszym tej wielkości miastem na świecie, dla którego wyznaczono „dzień zero” – w którym zabraknie w nim wody. Z tym że walka ze zmianami klimatycznymi nie powinna się sprowadzać do wprowadzania limitów emisji gazów cieplarnianych, ale do tworzenia alternatywnych możliwości zarobkowania dla osób zamieszkujących tereny, gdzie globalne ocieplenie powoduje pustynnienie, deforestację czy niemożność korzystania z zasobów wodnych.

W jakim stopniu Afrykę, zwłaszcza w relacjach z Zachodem i Rosją, determinuje kolonialna przeszłość?

Jest bardzo ważna. W 1986 r. Gorbaczow powiedział, że ZSRR nie stać na dalszą pomoc dla Afrykańskiego Kongresu Narodowego i na zaangażowanie w Namibii, ale do tego momentu Moskwa mocno wspierała ruchy narodowo-wyzwoleńcze. O tym się pamięta, a oprócz tego ogromnym kapitałem Rosji są osoby wykształcone w dawnym Związku Sowieckim. Jedyną realną obietnicą, jaką Ławrow złożył podczas wizyty w RPA, były stypendia na rosyjskich uczelniach. To zostało docenione. I przebiło ofertę pożyczki 8,5 mld dol., którą zaproponowała Yellen, bo – co skwapliwie zauważyli południowoafrykańscy komentatorzy – kredyt to nie grant. Wartość handlu Rosji z Afryką to 20 mld dol., Chin – 256 mld dol. Rosja nie ma kapitału, który mogłaby inwestować, ale umarza zaciągnięte jeszcze w czasach sowieckich długi. Za to bardzo efektywnie używa ograniczonych zasobów, którymi dysponuje. Inwestycją we wpływy polityczne są wagnerowcy, którzy gwarantują utrzymanie się wojskowych u władzy. Ale ma w talii jeszcze dyplomację atomową, kontrakty na sprzedaż broni i właśnie stypendia. Nie posiadając więc aktywów porównywalnych z Zachodem czy Chinami, skutecznie korzysta z tego, co ma. I teraz porównajmy to z Zachodem, który tych zasobów ma przecież dużo więcej. Pytanie, dlaczego ciągle więcej kapitału z Afryki Subsaharyjskiej drenujemy, niż w niej akumulujemy. W ten sposób Zachód utrzymuje Afrykę w pozycji peryferium kapitalistycznej gospodarki świata. Tymczasem to, czego Afryka potrzebuje, dają jej Chiny – drogi, mosty. Śmialiśmy się z powitania Alaksandra Łukaszenki w Harare przez mieszkanki Zimbabwe ubrane w tradycyjne białoruskie stroje ludowe, ale on przywiózł kontrakty na traktory i nawozy – czyli to, czego to państwo dziś realnie potrzebuje.

A na ile zaniedbania Zachodu są uwarunkowane stereotypowym obrazem Afryki – głodnej, nękanej epidemiami i nieustannymi rewoltami?

Afryka mierzy się z wie loma problemami, ale czy poza nimi rozmawiamy o bogactwie afrykańskiej kultury? W popkulturze państwo afrykańskie może zaistnieć tylko dzięki kosmicznej interwencji, jaką był np. film „Czarna pantera”. Opowiadając historię Afryki, zaczynamy w szkolnych podręcznikach dopiero od pojawienia się tam portugalskich żeglarzy. Czy w programach polskich uczelni jest afrykańska filozofia? Sprawdziłem – nie. Czy możemy sobie wyobrazić poszerzenie listy naszych lektur o współczesną literaturę afrykańską? Czy byłby możliwy taki sukces, jaki odniosła w Polsce literatura południowoamerykańska? Lub sukces Nollywoodu, a więc nigeryjskiego przemysłu filmowego, podobny do tego, jaki odniósł Bollywood? To prawda, że Afrykę dręczą korupcja i epidemie, ale rzadko słyszymy o tym, jak świetnie potrafi sobie z tym poradzić – niemalże co roku ugandyjskie służby medyczne duszą w zarodku epidemię eboli. Zachód ma moc tworzenia kategorii opisu rzeczywistości, to zjawisko opisał już w 1979 r. w „Orientalizmie” Edward Said. Afryka służy wciąż Zachodowi jako punkt, w którym nie chce się on znaleźć – synonim niedorozwoju. Afrykańczycy to ci, którymi ludzie Zachodu nie chcą się stać. Konieczna jest dekonstrukcja tych kategorii. ©℗